Seriale TV

Grzeszne rozkosze #4. Pretty Little Liars

Autor: Karolina Chymkowska
opublikowano

Na cierpliwym łonie Netfliksa kokosi się już szósty sezon Pretty Little Liars, pozwólcie, że będę trzymać się tytułu oryginalnego zamiast polskich Słodkich kłamstewek, które budzą we mnie odruchowy sprzeciw i z trudem przechodzą przez klawiaturę. Już od dwóch lat mamy zagwarantowany również sezon siódmy. To strasznie dużo zmarnowanego czasu, nie przeczę.

Wydawało mi się, że apogeum rozpaczy osiągnęłam już w sezonie trzecim. Ale nie, oglądam do tej pory, zgrzytając zębami, rwąc włosy z głowy i zazwyczaj nie wiedząc – śmiać się czy płakać. Co w tym jest? Jakieś ukryte tendencje masochistyczne? Głębokie zaburzenia, których sobie nie uświadamiam? Krótki rzut oka na reddit, tumblr i forum IMDB i już wiem, nie jestem w tym szaleństwie sama. Wszyscy płaczą. Wszyscy narzekają. Po finale pierwszej części szóstego sezonu i wielkim objawieniu tożsamości największego złego (znanego jako A), główna producentka i scenarzystka I. Marlene King stała się jedną z bardziej znienawidzonych osób w internecie. Do tego stopnia, że totalnie zniknęła z mediów społecznościowych, gdzie wcześniej była niebywale aktywna.

Nadmuchana do granic możliwości bańka oczekiwań okazała się bowiem co najwyżej nieśmiałym pruknięciem. Oburzyli się wszyscy, fani od piątego do pięćdziesiątego roku życia, środowisko LGBT, ba, nawet aktorzy mieli niewyraźne miny. I co? I wszyscy jak jeden mąż oglądają dalej. Załamują ręce i oglądają. Psioczą, hejtują i twittują – i oglądają.

Co ten serial takiego w sobie ma?!

pll 1
Dużo łatwiej wymienić, czego nie ma. Mianowicie nie ma dobrego aktorstwa, sensownych rozwiązań fabularnych, logiki w scenariuszu (nie mówimy nawet o dziurach, ale po prostu o rażących w oczy niekonsekwencjach), świeżych pomysłów, nieoczekiwanych zwrotów akcji… Wróć, nieoczekiwane zwroty akcji są, ale znowu, sensu w nich za grosz. Mnożą się bohaterowie poboczni, którzy po kilkunastu odcinkach okazują się jednak nieistotni dla fabuły i znikają jak złoty sen (bo aktor podpisał kontrakt na główną rolę w innej produkcji, względnie aktorka urodziła dziecko).

Tropy podbijane jako super ważne okazują się ślepą uliczką, ponieważ scenarzyści nie mają pomysłu na ich rozwijanie. Centralne miejsce akcji, czyli senne miasteczko Rosewood w Pensylwanii, okazuje się wylęgarnią niekompetencji i perwersji. W Rosewood obowiązuje kilka podstawowych zasad: każdy policjant to idiota, a jeśli przypadkiem idiotą nie jest, to na pewno działa w drużynie Zła. Każdy atrakcyjny mężczyzna w okolicach trzydziestki interesuje się wyłącznie dziewczętami poniżej osiemnastego roku życia, czasami kilkoma na raz. Każdy pogrzebany trup ma duże szanse wrócić z martwych. A jest wszędzie i Wielki Brat to przy nim nędzny amator. A potrafi ukryć wiadomości w przypadkowych chińskich ciasteczkach z wróżbą. Objawić się w płatkach śniadaniowych. Ukryć trop w zębie ofiary (!). Skorumpować i zaszantażować dosłownie każdego. Dzieją się też biblijne cuda: ślepy widzi, chromy chodzi, a mąż z żoną schodzą się, lekko licząc, trzydzieści razy, i zawsze jest to tak samo niespodziewane i zaskakujące.

Widzicie, zaczęło się dobrze, w tym rzecz. Pretty Little Liars przez pierwsze dwa sezony to ciekawy i wciągający przedstawiciel mystery teen TV series. Poznajemy bohaterki – Spencer (tę mądrą), Emily (tę lojalną), Hannę (tę pełną podziwu) i Arię (tę współczującą), kiedy próbują sobie radzić z tajemniczą śmiercią wspólnej przyjaciółki, Alison. Socjopatki pierwszej wody, manipulującej, złośliwej, wrednej małpy, obdarzonej jednak takim magnetyzmem (i niepodważalnym statusem królowej całej okolicy), że nie da się obok niej przejść obojętnie. Każda z dziewczyn ma swoje sekrety, Alison miała ich najwięcej. Ktoś te sekrety zna i planuje je wykorzystać, szantażując, prześladując i torturując każdą z kliki z osobna.

Pretty Little Liars Wallpaper @ go4celebrity.com

Gdyby serial chciał utrzymać właściwy poziom, na tych pierwszych dwóch sezonach powinien się zakończyć wraz z objawieniem pierwszego A (nawiasem mówiąc, najlepszej aktorsko i obdarzonej największą dozą zdrowego rozsądku postaci). Sporo fajnych elementów, ciekawych zagadek, sekrety, które faktycznie są trudne i bolesne, kilka interesujących i ważnych motywów (jak chociażby zmagania jednej z bohaterek z własną seksualnością). Dużo dobrego, ale co więcej – i chyba w tym należy się upatrywać źródeł ciągłej popularności lecącego na łeb, na szyję serialu – kilka sprytnych zabiegów, a w zasadzie (wówczas jeszcze spełnionych) obietnic.

Najważniejsza z nich: w Rosewood nic nie dzieje się przypadkowo.

Proste, genialne i podstępne. Konsekwentna realizacja tej obietnicy na początku serialu utrwaliła w wiernych widzach przekonanie, że twórcy PLL wiedzą, co robią. Jeśli podsuwają jakiś trop, to on musi mieć znaczenie. Jeśli ktoś używa jakiegoś sformułowania – to musi to mieć głębszy sens. Jeśli ktoś uśmiechnie się tajemniczo, kryje się za tym jakaś gruba historia.

W ten oto sposób ekipa Pretty Little Liars wychowała sobie zastępy chciwych odbiorców, spragnionych czegoś więcej i doszukujących się tego w każdym jednym elemencie scenariusza. Wystarczył nieskomplikowany zabieg – utrzymanie tożsamości A w tajemnicy jak najdłużej się da i mnożenie pobocznych wątków. Fanowskie strony zaludniły się teoriami. Niektóre z nich wydawały się żywcem wyjęte z oper mydlanych i brazylijskich telenowel – X jest tak naprawdę bliźniakiem Y, który został ukryty przez Z z powodu jej romansu z B i tak dalej. Inne były tak rewelacyjnie dopracowane i przemyślane, że scenarzyści z Marlene na czele powinni pokornie brać lekcje u swoich fanów. Zamiast tego skupili się na szerzeniu dezinformacji. A że Varjak. A że Śniadanie u Tiffany’ego. A to znowu enigmatyczna postać Czarnej Wdowy i Czerwonego Płaszcza. A to szpital psychiatryczny Radley, w którym chyba prędzej czy później musi wylądować każdy obywatel zameldowany w Rosewood. Węsząc dobry interes nakręcający widownię, dorzucali do pieca bez najmniejszego opamiętania, dobrze wiedząc, że składają obietnice, których w ogóle nie planują dotrzymać. Więc jeszcze – garść przypadkowych postaci. Niech odbiorcy sądzą, że one się liczą, skoro wciąż wierzą, że wszystko, co robimy, ma znaczenie. Doimy, póki się da!

To bezpardonowe dojenie realizowało się ostro również poza ekranem. Odpowiednio przeszkoleni aktorzy udzielali enigmatycznych wywiadów, cykając entuzjazmem i w kontrolowany sposób wypuszczając „przypadkowo” niespodziewane „spoilery”. Ale to będzie rozwiązanie, łolaboga. Taki ciężar emocjonalny, że się nie pozbieracie. Nikt się tego nie spodziewa. „Nikt nie odgadł prawdy, raz widziałam właściwą teorię, zapisałam sobie nazwisko jej twórcy, żeby potem mu pogratulować” – ćwierkała Marlene od niechcenia. O rany. Marketingowo to wszystko było niesamowicie sprytne, a czy uczciwe wobec widzów – o to mniejsza.

PLL 3
Finał połowy szóstego sezonu się zbliżał i wtedy wybuchła bomba. Natura bomby do dzisiaj jest niejasna, ale jej implikacje dają sporo do myślenia. Otóż na najbardziej aktywnym fanowskim kanale objawił się troll, który przedstawił się jako wylany z roboty za używki montażysta PLL. Zniechęcony i rozgoryczony, rzucił – pytajcie. Nic mnie to już nie obchodzi, powiem wam wszystko.

Nie pierwszy troll legitymujący się rzekomymi koneksjami, oczywiście. I na pewno nie ostatni. Ale w tym akurat było coś dziwnego. Niezwykle celnie opisał wydarzenia z kolejnych dwóch odcinków, każde jego słowo się sprawdziło. Potem – ogłosił, kim jest A. Co więcej, jego kandydat miał sens. Duży sens. Opisał genezę, opisał realizację, opisał nawet scenę (związaną z kwestią akcentu), która byłaby rewelacyjna, gdyby faktycznie do niej doszło. Sprawa nabrała takiego rozgłosu, że otarła się o Marlene i jej klikę, każde z nich po kolei udzielało wywiadów, dyskredytując rewelacje rzekomego trolla. Potem wyemitowano finał, oczywiście z zupełnie innym A. Ten finał, który zawiódł wszystkich i który niósł ze sobą co najmniej kilka rażących sprzeczności fabularnych. Zupełnie jakby ktoś konstruował go w pośpiechu, planując niespodziewaną dokrętkę…

PLL 4
To oczywiście teoria spiskowa, która ma tyle samo zwolenników, co przeciwników – niemniej ogólnie dobrze wpisuje się w zjawisko, które osaczyło całe uniwersum PLL. Twórcy dmuchali w bańkę, póki tylko mogli. Wykorzystali trend do cna, do suchości. Ale o ile z pewno sporo na tym zyskali, o tyle w ostatecznym rozrachunku był to strzał w kolano – nie byli w stanie dorosnąć do oczekiwań, które sami rozbudzili. Niezależnie od tego, czy informator był prawdziwy, czy też nie (pojawiły się nawet głosy, że rzeczony informator był przemyślaną i klepniętą prowokacją).

Pokazano nam A, wytłumaczono nam, czemu ta osoba właśnie A jest, i jęk zawodu poniósł się echem. To było takie naciągane, takie naiwne, takie bezsensowne. Takie nieuczciwe wobec wszystkich, którzy nauczyli się poważać A jako zręcznego manipulatora i wytrawnego stratega. Jakaś gęsta zupa mdłych emocji. No obrzydliwe!

I co jest w tym najbardziej zaskakujące? Że ta machina wciąż działa. Nabrani, oszukani, zwiedzeni na manowce widzowie wciąż jeszcze wierzą, że coś ich zaskoczy. Że twórcy są w stanie ich uwieść, co więcej, że im na tym zależy. Druga część szóstego sezonu rozgrywa się po upływie pięciu lat od finału poprzedniej. Dziewczyny (w teorii) dojrzały, rozpoczęły nowe życie, pokończyły studia, zaczęły karierę zawodową. W praktyce – ich mentalność nadal głęboko tkwi we wczesnych czasach licealnych. Jest nowy zły i nowa wielka zagadka, i jasny gwint, znowu dajemy się wpuszczać w maliny, że tym razem to będzie miało sens. Coś jak ranka po wewnętrznej stronie policzka – przeszkadza, ale nie możesz się powstrzymać, żeby jej ciągle nie drażnić. Płaczemy, oglądamy, marnujemy czas. Grzeszna to na pewno, ale czy tak naprawdę rozkosz…

Kim, do cholery, jest ten „B”? Chcę to wiedzieć! Teraz, zaraz i natychmiast!

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane