Felietony

Grzeszne rozkosze #2. Armageddon

Autor: Karolina Chymkowska
opublikowano

W kolejnej części cyklu Grzesznych rozkoszy film, który oglądam pasjami z niezmienną przyjemnością, chociaż chyba jednak łatwiej byłoby nauczyć astronautów, jak zrobić odwiert, niż przeobrażać grupę oryginałów w astronautów.

Trudno mi doszukać się jednoznacznych powodów, dla których zapałałam tak intensywnym uczuciem do kina katastroficznego. Podejrzewam, że musi się to jakoś przewrotnie wiązać z nawracającymi apokaliptycznymi koszmarami, które nawiedzają mnie, odkąd sięgam pamięcią. Niektórym śni się spadanie, innym zabójcze bestie, jeszcze inni przechadzają się nago po bulwarach. Mnie natomiast z regularnością zegarka objawia się apokalipsa. Może to dlatego?

Fakt pozostaje faktem – jeśli tylko film o treści katastroficznej wpadnie w moje ręce, nie odpuszczę. Obejrzę na pewno. Jestem zatem stała w swoich uczuciach, z żalem jednak stwierdzam, że pozostają one w większości nieodwzajemnione. Perełki w tym gatunku zdarzają się bowiem na tyle rzadko, że można je policzyć na palcach jednej ręki.

armageddon 1
Armageddon, rzecz jasna, cierpi na wszystkie gatunkowe bolączki, które można podsumować zestawem słów kluczowych: patos, flaga, Ameryka, Bóg, miłość, rodzina, odkupienie, poświęcenie, jeszcze trochę patosu i flagi, Paryż (może być też Rzym, Berlin, Tokio, niepotrzebne skreślić) zmieciony z powierzchni globu, swobodny stosunek do realiów, w szczególności naukowych, ale wszystko i tak kończy się dobrze, bo wkracza ekipa niespodziewanych bohaterów i pojawia się szansa na nowy, wspaniały początek.

[quote]Uwielbiam ten film![/quote]

Po premierze Armageddon przyprawił krytyków o zbiorowy ból zębów. Jęk poszedł po recenzjach, Roger Ebert rozprawił się z dziełem Michaela Baya bezlitośnie i uznał za najgorszy film 1998 roku (tuż przed Spiceworld). Posypały się nominacje do Złotej Maliny i Bruce Willis nawet jedną zgarnął (kiepski to był dla niego rok, z Kodem Merkury i Stanem oblężenia do kompletu). W 2013 poszła fama, że Bay wreszcie postanowił „przeprosić za Armageddon” – w wywiadzie dla „Miami Herald” przyznał, że szesnaście tygodni kręcenia to za mało, że gdyby tylko mógł, poprawiłby całą sekwencję w kosmosie, i w ogóle koszmar. Potem odżegnywał się od tej opinii, tłumacząc, że odnosił się wyłącznie do montażu – faktycznie krytykowanego najczęściej – nie zaś do filmu jako całości.

armageddon 2
Osobiście jestem zdania, że jeżeli już koniecznie ma potrzebę za coś przepraszać, to niech przeprasza za Transformers, ponieważ Armageddon to czysta, nieskrępowana, katastroficzna rozrywka. Fakt, widać, że nad głową ekipy montażowej szalał pożar, co oprócz zawrotnego tempa doprowadza do wyraźnego zagięcia czasu i przestrzeni (w ciągu osiemnastu godzin z niedużym okładem cała drużyna Harry’ego rozprasza się po świecie, a A.J. nawet zakłada własną firmę).

Liczba naukowych i rzeczowych błędów jest ponoć tak ogromna, że kandydaci na menedżerów w NASA są proszeni o wymienienie ich podczas treningów kwalifikacyjnych, a studenci astrofizyki mierzą się z tematem na specjalnych kursach. Plus rozbuchany do obrzydliwości wątek miłosny – pierwotnie w ogóle go nie było, pojawił się, by przyciągnąć rozkochane w Titanicu fanki DiCaprio, zastępując tym samym wątek historii Trumana (a szkoda).

armageddon 3
Ale jakie to ma znaczenie w obliczu faktu, że ogląda się z taką przyjemnością? Konkurencyjny i odrobinę wcześniejszy Dzień zagłady to przy tym ciepłe kluski i kakao z pianką, głównie dlatego, że nikogo się tam nie da tak naprawdę polubić. Tymczasem zestaw poczciwców w Armageddonie budzi niekłamaną sympatię, są wyraziści, są zabawni, to głównie dzięki nim pierwsza część filmu ma tak lekki ton, a druga pozwala się szczerze wzruszyć. Po wrześniu 2001 roku trudno byłoby poprowadzić film o takiej tematyce w podobnie rozrywkowej konwencji. Tragedia dwóch wież (widocznych zresztą w jednej ze scen) wyraźnie zmieniła pogląd na to, do jakiego stopnia można się bawić konwencją katastrofy – widać to chociażby w 2012 Emmericha.

Piękne były te czasy, kiedy wierzyło się bez zastrzeżeń, że niezależnie od problemu zawsze zjawi się Bruce Willis i wyratuje nas od złego. Tą drogą czy inną. Nawet jeśli sytuacja wygląda skrajnie beznadziejnie, i tak można spać spokojnie, ponieważ bohater zawsze znajdzie sposób. Wydaje się, że z roku na rok o to trudniej. Coraz częściej bohater potrzebuje supermocy w miejsce trzypokoleniowego doświadczenia w robieniu odwiertów.

Nie jest to film, który kupi każdy. Nie każdy będzie się na nim dobrze bawił, nie będąc w stanie odseparować się od racjonalnej analizy faktów, które mu się każe zaakceptować. Jednak już podstawowy zarys fabuły – grupa specjalistów od odwiertów ruszająca w kosmos po kilkudniowym szkoleniu, by wywiercić dziurę w asteroidzie i rozsadzić ją na kawałki – dosyć jasno wskazuje na to, że nie będziemy mieć tu do czynienia z niczym chociażby częściowo zbliżonym do prawdy.

Sekretem Armageddonu jest stworzenie sympatycznej alternatywnej rzeczywistości, w której to wszystko staje się możliwe. Czy to manipulacja? Oczywiście, na więcej niż jednym poziomie. Czy usprawiedliwiona? Zależy, jak na to spojrzeć. Jeśli za każdym razem bawisz się świetnie, śmiejesz się z tekstów Rockhounda i Andropova, sięgasz po chusteczkę podczas finałowej sekwencji i nawet nie masz ochoty rozkminiać, czemu, u licha, helikoptery zawsze latają trójkami, to nad czym się w ogóle zastanawiać i przede wszystkim, dlaczego sobie tego odmawiać?

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane