Gry

HALF-LIFE. Filmowe gry komputerowe

Autor: Mikołaj Lewalski
opublikowano

Half-Life rozpala wyobraźnię graczy od niemal 20 lat. To klejnot w koronie gier na PC i legenda całego medium. Mało która seria doczekała się takiego uwielbienia i oddanego grona fanów – zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę to, że zostały wydane tylko dwie części (plus dodatki), a trzecia funkcjonuje głównie w modlitwach graczy od przeszło dekady. Przed premierą pierwowzoru fabuła i reżyseria w strzelankach praktycznie nie istniały. Grający mogli się wcielać w napakowanych twardzieli, którzy niczym filmowi herosi lat 80. powalali zastępy przeciwników, w międzyczasie racząc nas koszmarnymi one-linerami. Historia zazwyczaj okazywała się pretekstowa i sprowadzona do kilku linijek tekstu. Punkty otrzymywane za zabitych przeciwników, tajemne pokoje z sekretami do odkrycia, poziomy przypominające konstrukcją misternie rozplanowane labirynty – to wszystko składało się na dużą satysfakcję z gry, ale także na poczucie kompletnego braku realizmu. Grając w klasyki takie jak Doom czy Quake, nawet na chwilę nie zapominamy, że mamy styczność z grą. Z czymś zupełnie oderwanym od rzeczywistości. Half-Life pokazał, że FPS-a można zrobić inaczej. Filmowo.

Już od pierwszych minut gry czujemy, że przyszło nam obcować z czymś innym niż ówczesne strzelanki. Okazuje się, że nie wcielamy się w żołnierza, kosmicznego komandosa czy innego pogromcę demonów. Główny bohater, doktor Gordon Freeman, jest bowiem zwykłym fizykiem pracującym w Black Mesa Research Facility. To młody mężczyzna o zwyczajnej aparycji. Nie jest pokryty górą mięśni, nie popala cygara – zamiast tego nosi okulary. Z takim bohaterem rzeczywiście możemy się utożsamiać. Kolejnym zaskoczeniem jest sam prolog. Tym razem nie zostajemy wrzuceni w sam środek akcji bez żadnego wytłumaczenia i minie trochę czasu, zanim będzie nam dane użyć broni po raz pierwszy. Grę bowiem otwiera… podróż do pracy. Przez początkowe kilka minut jedziemy kolejką i słuchamy ogłoszeń dla pracowników. Daje to nam fantastyczną okazję obejrzenia dużej części kompleksu badawczego, który później przyjdzie nam eksplorować. Dzięki temu świat gry już na samym starcie wydaje się bardziej wiarygodny – Black Mesa sprawia wrażenie realistycznie funkcjonującego miejsca pracy, a nie kolejnej lokacji z gry komputerowej. Kanciastość grafiki końcówki lat 90. bardzo szybko przestaje mieć większe znaczenie i w żadnym razie nie rujnuje immersji, nawet współcześnie. Kiedy podróż dobiega końca, a my razem z naszym bohaterem przechadzamy się po pomieszczeniach laboratorium, poczucie filmowości wzrasta. Inni pracownicy zakładu są zajęci własnymi sprawami, rozmawiają między sobą i nie porzucają swoich zajęć, żeby stanąć sztywno przed bohaterem i wypowiedzieć swoje kwestie. Wszyscy wydają się niezwykle podekscytowani zbliżającym się eksperymentem, który oczywiście kończy się katastrofalnie.

Wskutek nieudanego eksperymentu powstaje wyrwa w czasoprzestrzeni, która łączy naszą planetę z obcym światem pełnym kuriozalnych i agresywnych istot. Te wykorzystują okazję i przedostają się do obiektu badawczego, masakrując wszystko co spotkają. Dodatkowo wiele systemów i elementów kompleksu zostaje zniszczonych, a jednostka specjalna, która przybywa z pomocą, zabija nie tylko monstra, ale także pracowników. I jasne, można powiedzieć, że fabuła pierwszego Half-Life nadawałaby się na scenariusz horroru sci-fi klasy B, ale należy mieć tu na uwadze kilka spraw. Po pierwsze, przedtem FPS-y były niemal całkowicie pozbawione historii, więc nawet taki scenariusz jest dużym krokiem naprzód. Po drugie, w tym przypadku nie liczy się wyłącznie fabuła, ale także sposób jej przedstawienia.

Reżyseria jest niezaprzeczalnie fantastyczna i prawdziwie przełomowa jak na tamte czasy.

Zrezygnowano bowiem z klasycznych cutscenek (przerywników filmowych, które w grach mają za zadanie przedstawiać ważne momenty w filmowy sposób) na rzecz skryptów, czyli wydarzeń w świecie gry, które są aktywowane np. kiedy zbliżymy się do danego miejsca. Dzięki temu nie jesteśmy wyrywani z ciała głównego bohatera na czas różnych sytuacji, tylko obserwujemy je jego oczyma. Zachowujemy pełną kontrolę i możemy równie dobrze odwrócić wzrok od  czyjejś brutalnej śmierci. Kolejnym krokiem w kierunku zapewnienia graczom prawdziwie angażującego doświadczenia było pozbawienie Gordona Freemana głosu. To sprawia, że możemy niejako umieścić siebie na jego miejscu i czuć, że to my walczymy o przetrwanie w kompleksie Black Mesa, a nie konkretna postać, którą tylko sterujemy.

Na tle innych FPS-ów zdecydowanie wyróżnia się także sam projekt świata gry i kreatur, z którymi się mierzymy. O tym pierwszym już nieco napisałem. Black Mesa to miejsce niezwykle autentyczne i wiarygodne. Sensowny podział kompleksu na sekcje, rozmieszczenie poszczególnych jego części, elementy, którymi jest zapełniony – to wszystko potęguje poczucie znajdowania się w prawdziwej lokacji. Świetnie idzie to też w parze z otoczką brutalnego, klaustrofobicznego horroru. Uciekanie przed krwiożerczymi bestiami po sterylnych korytarzach, przeciskanie się przez ciemne szyby wentylacyjne czy walka z zombie (a raczej ludźmi z pająkopodobnymi stworami na głowach) w spowitych mrokiem magazynach to motywy, które widywaliśmy w kinie nieraz. Lokalizacje naturalnie zmieniają się i z ciasnych pomieszczeń trafiamy do gigantycznych hal, na okoliczną pustynię czy do kanałów wypełnionych żrącymi toksynami. Pod koniec zaś przenosimy się do ojczystego świata obcych – na planetę Xen. Jej nazwa ma swoje źródło w greckim słowie Xenos, które oznacza „obcy” albo „nieznajomy”. I bardzo słusznie, gdyż to niezwykle dziwaczne miejsce, prawdziwie odmienne od tego, co znamy. Kuriozalne, niezrozumiałe, ale i fascynujące.

Half-Life dał również początek kultowej grze Counter Strike oraz doczekał się dodatków Opposing Force Blue Shift, które pozwoliły wcielić się w innych uczestników incydentu w Black Mesa. Nie poświęcę im więcej czasu, bo choć sprawnie poszerzają uniwersum gry, to nie wnoszą do niego nic przełomowego (nie na tym polegała ich rola). Prawdziwie imponujący krok do przodu zarówno dla serii, jak i dla całego świata gier miał miejsce w 2004 roku. Tytuł zgodnie uznany za jeden z najlepszych w historii branży – Half-Life 2.

Ostatnio dodane