Filmowe Gry Komputerowe #3 – STAR WARS BATTLEFRONT | FILM.ORG.PL

Filmowe Gry Komputerowe #3 – STAR WARS BATTLEFRONT








Rafał Oświeciński
05.12.2015


Fachowa ocena gry komputerowej? Tutaj jej, niestety, nie znajdziecie. Autor poniższego tekstu musi się wam przyznać do kompletnej niekompetencji w zakresie recenzowania gier, bo… nigdy tego nie robił. Co więcej, bo oprócz tego, że o pisaniu o grach niewiele wie, to również z graniem ma problem – bo gra bardzo sporadycznie.

Ta recenzja będzie sporym wyzwaniem. Przyznałem się do braku doświadczenia w pisaniu o graniu, a nie bez znaczenia jest brak rozeznania na rynku gier. Nie jestem na bieżąco z aktywnością gwiazd gameplayów, nie wiem, co w trawie piszczy, jeśli chodzi o politykę wydawniczą, nie czytam ani portali, ani prasy branżowej. Niektórzy z was wezmą tę deklarację za dowód kompletnej ignorancji, a znajdzie się też kilku, którzy wytkną palcem i oskarżą o dużą butę: bo skoro się nie znam, to po co się wypowiadam? Takie krytyczne podejście może być usprawiedliwione – bo zarzuty są słuszne – choć na swoją obronę rzucę kilka faktów.

battlefront_3.0

Grałem. Nie jestem laikiem w tym względzie i z grami mam do czynienia od końca lat osiemdziesiątych.

Atari, Commodore, Amiga, Nintendo, pierwsze pecety – miałem to szczęście, że doświadczyłem wieku niemowlęcego gier komputerowych. Nie ruszałem się ani nie oddychałem przy ładowaniu gier z taśm, wymieniałem się kartridżami, dyskietkami; pykałem w wolfensztajna, dooma (iddqd, ha!), kłejka i unreala, straciłem kilka nocy na Baldur’s Gate i Heroesów III; budowałem miasta w SimCity i chodziłem po ich zgliszczach w Falloucie. Nigdy jednak nie nazwałbym siebie graczem, nigdy przesadnie się graniu nie poświęcałem, raczej traktowałem to jako jeden z elementów ukulturalnienia siebie, podobnego do czytania książek, słuchania muzyki, chodzenia do teatru, czy – oczywiście – oglądania filmów. Bo gry to element kultury właśnie – jest twórca, jest przekaz, jest odbiorca. Są emocje, są odpowiednie wartości i wymagania wobec odbiorcy-gracza. Nie jestem w stanie nie docenić ogromu pracy i pasji włożonej w tworzenie komputerowych światów i nie potrafię przechodzić obojętnie wobec znaczenia gier dzisiaj, kiedy jest to znaczący element już nie tylko kultury, ale i gospodarki.

Co było miłe, to się jednak skończyło. Rodzina, praca, tak zwane życie – jeśli chcemy czerpać z nich jak najwięcej ograniczają jednak zaangażowanie w coś, czego osobiście nigdy priorytetowo nie traktowałem.

Podejmując się recenzji Star Wars Battlefront wiedziałem, kto będzie grał w tę grę – typowy niedzielny gracz. Nawet co-czwarto-niedzielny, bo konsola PS4 odpalana jest dość rzadko i całe szczęście, że kupiłem ją w promocji do abonamentu telefonicznego za złotówkę (tak, jakiś rok temu jeden z operatorów zrobił naprawdę niesamowitą akcję). W tym roku włączyłem kilka gier – Wiedźmina, GTAV, Dying Light, Destiny, Fifę, jakieś wyścigi, jakieś mordobicie i kilka, których nie jestem sobie w stanie przypomnieć. Każdej poświęciłem maksymalnie cztery-pięć godzin (w sumie, przez wiele tygodni), więc sami dobrze widzicie, z jakim ignorantem macie do czynienia. Czy źle się z tym czuję? Absolutnie nie, nie mam czego żałować, tym bardziej, że w moim przypadku wybór grania to kwestia odrzucenia innych opcji: czytania lub oglądania. Po prostu czas między obowiązkami a snem zazwyczaj wolę w inny sposób zagospodarować.

featuredImage.img

Battlefront nie postrzegam jako kolejnej gry, jednej z wielu na półce.

Patrzę na nią zdecydowanie przez pryzmat filmowy – szczególnie teraz, gdy zbliża się premiera Przebudzenia mocy – oraz marketingowy, jako jeden z elementów układanki biznesowej Disneya. To są główne motywatory, który zachęciły mnie do sięgnięcia po ten tytuł. Wyjątkowo poświęciłem na nią zdecydowanie więcej czasu, choć nie tylko z powodów oczywistych (grywalność), ale idei, która za Battlefrontem się kryje. 

Na początku należy oddać cesarzowi co cesarskie. Studio DICE wykonało kawał znakomitej roboty, jeśli chodzi o kwestie rzemieślnicze.

battlefront_leaked_alpha_tatooine_23

Graficznie Battlefront prezentuje się prze-pię-knie.

Już nie chodzi o to, że zachwyciłem się światem samym w sobie bo to końcu Gwiezdne wojny, bracie! – ale zostałem oczarowany jakością tekstur, szczegółowością tła, płynnością działania. Jeśli gdzieś trafiliście na określenie „gra w film” (jakkolwiek dziwacznie by to nie brzmiało), to Battlefront jest tego kwintesencją. To cudownie uchwycony gwiezdnowojenny klimat. Byłem pod olbrzymim wrażeniem niedawnego Wiedźmina, ale to, co proponuje ta gra, zdecydowanie przerasta oczekiwania. Każdy rodzaj tła – Hoth, Endor, Tatooine, Sullust – wywołuje zachwyt, a słowa „nie wiedziałem, że gry mogą tak wyglądać” same cisną się na usta. Oczywiście moja euforia może być przesadzona ze względu na niewielką wiedzę o współczesnych trendach i standardach w świecie gier – całkiem możliwie, że istnieją gry jeszcze lepsze pod względem graficznym niemniej to, co mam, wystarcza do odpowiedniej ekscytacji i ślinienia się na widok Tatooine. Dodajmy do tego muzykę Johna Williamsa w tle – i żaden fan Gwiezdnych wojen nie może przejść obok tej rozgrywki obojętnie. To jest ten moment, kiedy niezwykła wizja George’a Lucasa napotyka równie wspaniały, angażujący, bazującą na sentymencie wyczyn twórców z Dice.

Wdech, wydech, wdech, wydech. Spokojnie.

Teraz łyżka dziegciu, bo jednak nawet niedzielny gracz jest w stanie zauważyć ewidentne słabości Battlefronta. Jest je w stanie odnotować szczególnie ktoś, kto nie trzyma ręki na pulsie branży i nie jest za pan brat z dzisiejszą praktyką w marketingowym trójkącie kupowania-grania-korzystania.

rendition1.img (1)

Co mnie zaskoczyło, zirytowało i kompletnie zniesmaczyło to fakt, że Battlefront faworyzuje rozgrywkę sieciową, online, a rozgrywkę solo, czyli offline, traktuje po macoszemu. W jaki sposób to wygląda? Otóż osoba, która nie chce wchodzić w sieciową rywalizację – bo nie lubi, nie czuje się na siłach, bo jest milion sensownych powodów – jest skazana na tzw. misje, coś w rodzaju tutoriali pozwalających na poznanie mechaniki gry, zapoznanie się z lokalizacjami i różnymi rolami, które odgrywamy (klasyczny fps, bitwy powietrzne).

O ile owe tutoriale są fajne na zwyczajne rozpoznanie możliwości – swoich, studia Dice, gwiezdnowojennego tła – o tyle ich wadą jest ograniczenie przestrzeni (co przekłada się na krótki czas trwania samouczków) i jakość rozgrywki (ot, zbieranie punktów i strzelanie do ciągle wyskakujących wrogów z bardzo niskim IQ). Co więc gracz może zrobić? Otóż nic więcej mu nie jest oferowane. Jakichś w miarę klarownych, kontynuowanych z etapu na etap rozgrywek nie ma.

maxresdefault (2)

Fabuła? Brak. OK, cudów na kiju się nie spodziewałem, ale aż takiego uproszczenia również nie. Teoretycznie zdawałem sobie sprawę z tego, że to po prostu strzelanka, ale gwiezdnowojenny sztafaż do czegoś jednak zobowiązuje. Niech jednak będzie, że moje oczekiwania – może wygórowane, może przesadzone okazały się nieadekwatne do znanego wszem i wobec produktu. Jednak, z punktu widzenia miłośnika filmów, zwyczajnie lepiej, ciekawiej byłoby zagrać w coś w rodzaju RPG osadzonego w tym świecie, co prawda z elementami klasycznego fps, ale z jakąś historią do poznania, ze światem, który można poznawać na wiele różnych sposobów. To tylko życzenia. 

Zostaje więc rozgrywka sieciowa. Niektórzy powiedzą: crème de la crème Battlefront. I absolutnie będą mieli rację. Mimo mych pojękiwań, bardziej lub mniej zasadnych, ten element sprawia dużo frajdy.  Zdecydowanie większe światy do eksploracji, naprawdę fajny sposób rozgrywki polegającej na współpracy i znowu genialnie wszystko pokazane, udźwiękowione. Lasery, miecze świetlne, AT-AT, X-Wingi, baza na Endorze, ściganie się po lesie, po Tatooine – to wszystko bajecznie wygląda i brzmi, szczególnie dla tych, którzy tytułują siebie miłośnikami uniwersum George’a Lucasa. Fajnie wtopić się w te światy, bo widać pietyzm w ich tworzeniu, a tego nie docenić nie sposób. Oczywiście nie jest to Battlefield czy Call of Duty, gdzie interakcja z otoczeniem, rozwój postaci, wyposażenia i możliwości taktyczne są niemalże nieograniczone. Battlefront jednak intensywnie zasysa w rozgrywkę pomimo uproszczeń i chyba o to właśnie chodzi, czyż nie?

Star-Wars-Battlefront-Hoth-13

Kłopot, jaki zauważam, dotyczy niejako… nudy. Niewątpliwy zachwyt formą, przyjemność poznawania lokacji ustępuje dość szybko znużeniu.

Bo ileż można  patrzeć na to samo, wykonywać wciąż podobne czynności? Z czasem coraz łatwiej przewidywać ruchy przeciwnika, mapy poznaje się lepiej, więc nie ma elementu zaskoczenia. Oczywiście można szlifować umiejętności, zdobywać kolejne punkty, o ile takie stawiamy sobie cele i zwyczajnie lubimy ten rodzaj zabawy (ja raczej nie). Do tego potrzebna jest jednak pewna doza cierpliwości, której niedzielny gracz nie ma. Chyba że niedzielnemu graczowi wystarczy jednogodzinna intensywna rozgrywka raz na tydzień, a zdaje się, że tego typu strategia grania będzie najwłaściwsza i to ona zapewni radochę na wiele miesięcy. Producent co jakiś czas rzuci na żer nowe mapy i voilà, zabawa zaczyna znowu ekscytować. Czy o to chodzi? 

rendition1.img

Dlatego podsumowanie mojego krótkiego doświadczenia z Battlefront jest jedynie sugestią nie mającą podstaw w wiedzy o współczesnym graniu. Być może są lepsze gry w podobnym gatunku, trudno mi porównać do czegokolwiek to o tyle istotna konstatacja, bo chciałbym być przed wami szczery i nie chcę udawać kogoś, kto się zna i kto poświęca graniu wiele godzin. Według mnie Battlefront to naprawdę świetna pozycja dla miłośników Gwiezdnych wojen – odpowiednio podniecająca przez tematykę, znakomicie uzupełniająca to uniwersum przed premierą Przebudzenia mocy, fenomenalnie się prezentująca i zapewniająca wyborną i bardzo prostą rozrywkę. Mało? Dla mnie w sam raz.

korekta: Kornelia Farynowska

Rafał Oświeciński

Rafał Oświeciński

REDNACZ at FILM.ORG.PL
Celuloidowy fetyszysta.
Kino istnieje nie tylko dla rozrywki. Powinno budzić emocje. Powinno szokować ibulwersować. Powinno bez skrupułów zmuszać mózg i serce do wytężonej pracy. Dlatego wolę nieudane eksperymenty od udanych średniaków tworzonych od linijki.
Rafał Oświeciński






  • Mefisto

    no i bardzo spoko tekst, tylko trochę za dużo miejsca poświęciłeś tłumaczeniu się z życia :)

    • Próbowałem ułożyć sobie w głowie osobiste doświadczenie, tym bardziej, że nigdy wcześniej o grach nie pisałem (i pewnie pisał nie będę) – stąd ten ekshibicjonizm :). I bardziej bym to podpiął po swoisty felieton niż normalną recenzję.

  • Jakub Piwoński

    Wczoraj miałem okazję zagrać pierwszy raz u kumpla (nawet udało mi się zabić Vadera). Laikiem nie jestem, gram całkiem sporo, a wrażenia mam analogiczne, podpisuje się zatem pod wnioskami kolegi redakcyjnego.

  • Łukasz Grzesik

    Napisałem w innym miejscu, że DICE skoncentrowało się na tym co robi najlepiej, czyli na multi i na grafice. Szwedzi nie są wirtuozami kampanii dla jednego gracza, które to im wychodzą „średnio”.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

RON HOWARD. Wszystkie filmy reżysera

Następny tekst

Love the Coopers. Kochajmy się od święta



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE