Gry

ALIENS VERSUS PREDATOR – Filmowe gry komputerowe

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Powołany do życia w 1979 roku tajemniczy stwór z odległych rubieży kosmosu to wdzięczny materiał na wszelakie gry komputerowe (o czym świadczy chociażby jedna z poprzednich odsłon cyklu). Już wszak sam film Ridleya Scotta w wielu momentach przypomina formę FPP (z ang. first person perspective, czyli przedstawienie wydarzeń z punktu widzenia bohatera), która zaczęła rodzić się właśnie w latach 70. i 80. poprzedniego stulecia. Nie inaczej jest w przypadku słynnego Łowcy. Oba potwory wydatnie pobudzają zatem kolejne pokolenia graczy, nadając się idealnie na wszelkiego rodzaju strzelanki oraz tym podobne.

Szybko weszło do kanonu gatunku, stając się niekwestionowaną klasyką.

Nie dziwi więc, że na rynku gier Obcy i Predator obecni są od „zarania komputerowych dziejów”. Już w 1982 roku na Atari można było pograć w Aliena. Pięć lat później ten sam los spotkał Predatora, w którego popykać mogli również także właściciele Commodore’a czy Amigi. Z biegiem lat liczba tytułów oraz formatów jedynie rosła – szczególnie przy okazji premiery kolejnych filmów obu cykli. Było zatem kwestią czasu, kiedy te dwie ikony kina science fiction pojawią się wspólnie w jednej rozgrywce – zwłaszcza po pojawieniu się czaszki Obcego w zbiorach Predzia w jednej ze scen Predatora 2 (1990).

Pierwsze połączenie obu uniwersów przeznaczone było dla szczęśliwych posiadaczy Nintendo i GameBoya, bowiem na tym właśnie sprzęcie w 1993 roku ukazała się gra pod tytułem Alien vs Predator. Rok później bliźniaczo nazwany twór wypuszczono na Atari i w wersji na automaty (oczywiście każda z tych gier była inna). Jednak dopiero wraz z końcem wieku – a dokładnie na wiosnę 1999 roku – przypada prawdziwa rewolucja na tym polu. Wtedy to firma Rebellion Developments i wytwórnia Fox Interactive oddały w ręce pecetowców i ich jabłkowych, amerykańskich kolegów Aliens versus Predator.

Gra w reżyserii Chrisa Millera, pod nadzorem produkcyjnym Vivian Barad, z Kevinem Floyerem-Lea w roli głównego programisty, Marco Bertoldo odpowiedzialnym za animację i z kompozytorem Richem Ragsdalem na pokładzie była olbrzymim sukcesem, choć fabularnie niezbyt różniła się od przywołanej wcześniej wersji Atari. Co więcej, jej premiera została opóźniona aż o dwa lata, a ambitne plany jednoczesnego wypuszczenia gry na różne platformy poszły w międzyczasie do kosza. Mimo to gracze pokochali AvP, które szybko weszło do kanonu gatunku, stając się niekwestionowaną klasyką.

Duża w tym zasługa kilku elementów. Poza znakomitą w owej chwili stroną graficzną, przede wszystkim rozgrywka pozwala nam na przeprowadzenie aż trzech różnych kampanii wraz z bonusami. I tak można wcielić się w Obcego, Predatora oraz (pozornie skazanego na największe cierpienie) komandosa o imieniu Anderson. Każda z tych postaci to oczywiście inny rodzaj umiejętności, możliwości oraz – w przypadku człowieka i Predzia – różnorodny zestaw gadżetów, którymi można unieszkodliwić przeciwnika. Zatem Obcym można na ten przykład biegać po ścianach, wchodząc w zakamarki niedostępne dla pozostałych postaci; Predator może z kolei rzucać dyskiem na dużą odległość (na wybranych planszach), uruchomić kamuflaż oraz ma do wyboru trzy różne warianty pola widzenia; natomiast wcielając się w marinesa, możemy cieszyć się możliwościami miniguna lub miotacza płomieni, o standardowym wykrywaczu ruchu nie wspominając. Dla każdego coś miłego.

Wszystkie rozgrywki odbywają się z punktu widzenia pierwszej osoby, czyli norma. Jednakże AvP osiągało pod tym względem naprawdę nowy wymiar, gdyż zarówno dynamika gry, jej w większości skąpane w mroku pomieszczenia, jak i stopniowanie trudności przebiegu rozgrywki (wszystkie plansze przejść można w trzech trybach – za wyjątkiem bonusowych, które stają się dostępne dopiero po ukończeniu całej kampanii w wersji najtrudniejszej). Rozgrywki, której w dodatku nie można zapisać w dowolnym momencie, co sprawia, że niekiedy zrobienie tych paru kroków naprzód może naprawdę zszargać nerwy.

Szczególnie że każda z postaci musi zmierzyć się z pozostałymi rasami, a niekiedy także ich hybrydami (jak ma to miejsce w przypadku obecnego na kilku poziomach Predaliena, czyli krzyżówki Obcego z Predatorem). Po tym względem o prawdziwą palpitację serca potrafią przyprawić zwłaszcza niewielkie twarzołapy (ang. facehugger), z którymi bliskie spotkanie kończy się najczęściej końcem zabawy – mimo że wydają charakterystyczny, słyszalny z oddali dźwięk ostrzegający gracza, są niesamowicie szybkie, zwinne oraz potrafią „wskoczyć na ekran” dosłownie znienacka. To pisząc, należy dodać, że kampanie są mimo wszystko niezależne od siebie i chociaż kilka plansz powtarza się z różnych perspektyw, generalnie nasze akcje jako Obcego nie mają wpływu na to, jak przebiega późniejsza rozgrywka Predatorem i vice versa, i tak dalej. Przy okazji warto też wspomnieć o dodatkowej opcji gry – Skirmish, gdzie bez zamartwiania się o fabularne niuanse możemy po prostu do woli zabijać obce kreatury.

Kolejnym plusem jest niewątpliwie niesamowity klimat gry. Atmosferę można dosłownie kroić tutaj nożem, w czym spora zasługa nie tylko idealnie oddanych dźwięków znanych z poszczególnych filmów (ach, to rytmiczne pikanie wykrywacza ruchu!) czy w miarę niezłego odwzorowania postaci (grafika Obcego całkiem nieźle broni się nawet dziś), ale, przede wszystkim, osadzenia akcji w dobrze znanych nam miejscach. Tutaj główny nacisk położono na produkcje z Obcym, pokazując między innymi planetę LV-426 wraz ze statkiem niewiadomego pochodzenia, w którym Kane znalazł jaja; Fiorinę 161 czy też obecną w części drugiej stacją Gateway, w której dochodziła do siebie Ripley po hibernacji. Wszystkie te lokacje pokazane są w taki sposób, że rozpoznamy je od razu, ale jednocześnie mamy szansę „zwiedzić” je od zupełnie innej strony – na przykład kanałów wentylacyjnych. Wisienką na torcie jest ostateczne starcie marinesa z królową Obcych – złożone z dokładnie tych samych elementów, co finał filmu Jamesa Camerona. Zresztą to właśnie na Aliens oparto praktycznie całą technikę widoczną w grze – począwszy od dostępnej broni, przez design statków i pojazdy pokroju transportera opancerzonego, a na automatycznych strażnikach skończywszy.

Atmosferę można dosłownie kroić tutaj nożem.

To wszystko sprawia, że AvP nadal, po blisko dwóch dekadach od premiery (!!!) potrafi zapewnić znakomitą rozgrywkę pełną emocji. I nostalgia nie ma bynajmniej nic wspólnego z odbiorem tej gry po latach – obecnie już wyraźnie kanciastej, w wielu miejscach wręcz niezgrabnej (i nie zawsze kompatybilnej w pełni z nowymi systemami). To po prostu gra zrobiona z pomysłem i sercem, której wszelkie mankamenty giną pod natłokiem sprawnej, niegłupiej, miejscami niezwykle krwawej (z tego też powodu grę zakazano w Niemczech) i wcale niełatwej rozgrywki (aby przejść niektóre plansze na najwyższym poziomie, trzeba się naprawdę sporo napocić).

Nic więc dziwnego, że zarówno krytyka, jak i gracze niejako z automatu dodali ten tytuł do ulubionych. Popularność była tak duża, że AvP doczekało się również tak zwanej Gold Edition, a po latach posuchy na rynku wznowiono ją pod nazwą Aliens vs. Predator Classic 2000, czyli w nieco odświeżonej wersji, z poprawionymi błędami (których nigdy nie było specjalnie dużo), pozwalającej cieszyć się rozgrywką także na bardziej współczesnym sprzęcie, wliczając w to Xbox 360. Oraz z dodaną opcją multiplayera, której zapewne niektórym brakowało w oryginale. Gra przyczyniła się także do zwiększenia liczby podobnych tytułów, a w rezultacie również… kinowego debiutu crossovera (inna sprawa, że fatalnego). Co jednak ważniejsze, bardzo szybko doczekała się równie udanego sequela (uwzględnionego we wspomnianej wyżej edycji Gold).

Ostatnio dodane