Biografie ludzi filmu

GENE WILDER – wspomnienie

1933-2016

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Brązowe, kręcone włosy i duże, błękitne, lekko wyłupiaste oczy. No i sympatyczna mina niewiniątka – ale takiego, które mogło coś jednak przeskrobać. Nic zatem dziwnego, że często obsadzano go w rolach niesłusznie oskarżonych lub wyjątkowo ciamajdowatych niedoszłych kryminalistów. Właśnie tak zapisał się w historii kina wizerunek Jerome’a Silbermana – jednej z najpopularniejszych osobowości amerykańskiej sceny komediowej i zarazem jej najbardziej charakterystycznych twarzy, przez wzgląd na specyficzną fizyczność i ekspresyjność często porównywaną do francuskiego mistrza komedii, Pierre’a Richarda. Francuz skończył niedawno osiemdziesiąt dwa lata, podczas gdy urodzony w czerwcu 1933 roku osiemdziesięciotrzyletni Silberman – znany wszem i wobec jako Gene Wilder – właśnie zszedł z życiowej sceny na zawsze.

Dorastał w Milwaukee – jednym z największych skupisk Polonii w USA. W jego żyłach płynęła jednak mieszanka żydowsko-rosyjskiej krwi. Był dumny zwłaszcza z tej pierwszej, choć nie przykładał większej wagi do religii narodu wybranego, kierując się w życiu tylko i wyłącznie Złotą Regułą etyczną. Również z typowo żydowskiego nazwiska dość łatwo zrezygnował, jak wielu jemu podobnych przyjmując pseudonim artystyczny, gdyż – jak twierdził – „nie wyobrażał sobie, aby Silberman mógł zagrać Hamleta”. Padło więc na Gene’a Wildera – zlepek skrótu imienia bohatera książek autorstwa Thomasa Wolfa i nazwiska innego powieściopisarza, Thortona Nivera Wildera, które było dla Jerome’a „najpiękniejszym, jakie kiedykolwiek słyszał”. Przy czym po zmianie personaliów jakoś dalej nie widział siebie grającego Hamleta…

Gene Wilder3

Aktorstwem zainteresował się zresztą przypadkiem, a przyszło ono z fascynacji oglądaniem szkolnych występów własnej siostry oraz uprawianych w domu próbach rozśmieszania matki, gdy ta zapadła na poważną chorobę. I to właśnie rodzicielka wspierała go w tym wyborze dalszej życiowej drogi, wysyłając między innymi na dodatkowy kurs w Hollywoodzkim prywatnym instytucie Black-Foxe – tam Gene był jednak głównie ofiarą prześladowań starszych od siebie. Z sukcesem skończył później studia na Uniwersytecie Iowa oraz w brytyjskim Bristol Old Vic Theatre School. Zafascynowany metodą Stanisławskiego wrócił do Stanów i kontynuował naukę, tym razem w studiu Herberta Berghofa. Tam poznał Charlesa Grodina, który poradził mu szkołę Lee Strasberga – tak trafił do słynnego Actors Studio. W międzyczasie upomniała się o Wildera także armia – jako konserwatywny demokrata i stroniący od przemocy człowiek odsłużył swoje w oddziale medycznym, pracując często z osobami psychicznie chorymi, z obserwacji których z powodzeniem korzystał w swojej późniejszej karierze.

Jego pierwsze prace w teatrze dalekie były jednakże od aktorskich marzeń – zatrudniano go głównie jako kierowcę samochodu lub też nauczyciela fechtunku. Bywało więc, że wydatnie wspomagał się zasiłkiem dla bezrobotnych oraz imał się telewizyjnych reklamówek – można go było zobaczyć na przykład w spotach maszynek Gillette i leków Alka Seltzer. Niemniej to właśnie na scenicznych deskach przyszedł przełom – chociażby u boku Kirka Douglasa w Locie nad kukułczym gniazdem (w kinowej adaptacji jego miejsce zajął Brad Dourif) czy w owocujących dla niego nagrodami Korzeniach i Ustępliwym kochanku. Z perspektywy czasu najbardziej znaczący jest jednak występ w Matce Courage i jej dzieciach, partnerował tam bowiem samej Anne Bancroft, która przedstawiła go Melowi Brooksowi i tym samym umożliwiła start na wielkim ekranie.

Gene-Wilder7

To jednak nie u Brooksa Wilder zadebiutował, ani nawet nie w komedii, choć przecież właśnie jako swoisty comic relief pałęta się pod lufami pistoletów Warrena Beatty i Faye Dunaway w Bonnie i Clyde. Pojawia się w zaledwie paru scenach, a rolę ma – w porównaniu do późniejszych – mocno wyciszoną. Ale zapada w pamięć, jest odpowiednio charakterystyczny, by nie dać się przyćmić takim sławom, jak wyżej wymieniona dwójka gwiazd czy jego imiennik Hackman, dla którego również był to pierwszy tak znaczący występ na filmowej taśmie.

Niemniej to właśnie w Producentach Brooksa, jako pragnący zarobić na najgorszej sztuce świata Leo Bloom, Gene pokazuje, na co go stać, i niejako definiuje swój ekranowy wizerunek, komediowe emploi. Lekko szalony, by nie powiedzieć z wolna tracący zmysły Leo jest tyleż zlęknioną ciapą, co swoistym geniuszem zbrodni. Wilder dostał za to wcielenie dziesięć tysięcy dolarów i Oscarową nominację, a sam film otrzymał Złotego Rycerza za scenariusz. Dziś kultowa, wielokrotnie przerabiana komedia, która doczekała się nawet płaskiego remake’u, w chwili premiery była jednak fiaskiem finansowym, a i krytycy mieli podzielone opinie.

Podobny los spotkał kolejne projekty Gene’a Wildera – Zacznijcie rewolucję beze mnie, Quackser Fortune Has a Cousin in the Bronx oraz oryginalna adaptacja książki Roalda Dahla, Willy Wonka i fabryka czekolady, poległy w box office jeden po drugim. Oczywiście ten ostatni z czasem także zapisał się w popkulturze i dorobił się kultowego statusu, popartego kolejnym remakiem (na starcie zakopanym przez samego Wildera) oraz… wiecznie żywymi memami internetowymi, z których śmieje się do nas „szalony kapelusznik” z olbrzymią kokardą na szyi, tytułowy Willy Wonka, czyli nie kto inny, jak właśnie Gene, który perfekcyjnie odnalazł się w roli ekscentrycznego, przyjaznego dzieciom wytwórcy słodyczy (kolejna nominacja, tym razem do Złotego Globu). I to właśnie dzieci zakochały się zarówno w tej kreacji, jak i w samym filmie, podczas gdy dorośli albo nie rozumieli, o co w ogóle chodzi, albo też uważali, że przedstawiona historia jest dla maluczkich zbyt drastyczna w wymowie. Cóż, ironią można nazwać fakt, że dokładnie ci sami, już pełnoletni widzowie zapewnili filmom Wildera wyczekiwane tryumfy, sprawiając, że przez następne dwie dekady komik stał się jedną z ikon jankeskiego rozśmieszania.

Gene-Wilder6

„Nie jest łatwym zadaniem przebywać w łóżku z owcą, szczególnie gdy ją denerwujesz”

Znowu jednak to nie Brooks został ojcem pierwszego takiego sukcesu, a inny Hebrajczyk, Woody Allen. Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o seksie, ale baliście się zapytać, czyli ten film, w którym Wilder uprawia seks z owcą i nie wstydzi się o tym mówić, było zarówno prawdziwym hitem, jak i swoistym wydarzeniem, które ładnie podsumowało seksualną swobodę lat sześćdziesiątych, wprowadzając ją na nieco bardziej zaawansowany grunt nowojorskich intelektualistów lat siedemdziesiątych. Przy budżecie zamykającym się w zaledwie dwóch milionach zielonych, wpływy z kin oscylowały wokół blisko dwudziestu. I owszem, to bardziej z Allena niż z Wildera spółkowanie uczyniło gwiazdę, ale i temu drugiemu z pewnością nie zaszkodziło w rozwijającej się coraz szybciej karierze.

Warto przy tym dodać, że komik, podobnie jak reżyser, miał już za sobą drugi związek małżeński. W obu przypadkach obiektem westchnień okazała się Mary – wpierw Mercier, z którą Wilder rozwiódł się po zaledwie pięciu latach, a następnie Mary Joan Schutz, z którą tych lat przeżył ostatecznie trzynaście. Zawodowo natomiast zaczął pielęgnować inny związek. Pomijając słabo znanego i tak też przyjętego Nosorożca, nominowaną do Oscarów za piosenkę i muzykę adaptację Małego Księcia, w którym Wilder wcielił się w Lisa, oraz kilka występów telewizyjnych, dwoma kolejnymi jego projektami były Płonące siodła i Młody Frankenstein (Fronkensteen!), czyli ponowna współpraca z Brooksem.

Pierwszy z tych tytułów to parodia westernów, z Wilderem w roli Jima, na którego przyjaciele wołają Jim, a wrogowie Wacko Kid – niegdyś najszybszego rewolwerowca, obecnie pijaczynę. Frankenstein (Fronkensteen!!) wyszedł natomiast z pomysłu samego Wildera i – jak nietrudno się domyśleć – jest to krzywe spojrzenie na horror… bycia naukowcem (a dokładniej wnukiem sławnego uczonego, który bawił się prądem). Oba te filmy nadal śmieszą do łez, oba były gigantycznymi sukcesami swoich czasów i w obu Wilder mógł sobie poszaleć, wypadając bezbłędnie zwłaszcza jako doktor Frankenstein (Fronkensteen!!!). Choć teraz miał na planie doskonałą „konkurencję” w postaci zarówno płci pięknej (Madeline Kahn, Teri Garr, Cloris Leachman), jak i legendarnych aktorów charakterystycznych (Marty Feldman, Peter Boyle, Slim Pickens, Harvey Korman oraz… Hackman) – głównie innych stałych twarzy z kina Brooksa. Nie przeszkodziło mu to jednak zgarnąć kolejnej nominacji do nagrody Amerykańskiej Akademii – tym razem, wespół z Melem, za (znakomity swoją drogą) scenariusz. I tylko pech chciał, że w tym samym roku na ekranach pojawiła się druga część Ojca chrzestnego. Tak czy inaczej obie te komedie można uznać za szczytowe osiągnięcia obu panów [Wilder olbrzymią sympatią darzył zwłaszcza Młodego Fronkensteena (no!)], którzy tym samym rozeszli się – jak się okazało – na zawsze. Zanim jednak do tego doszło, obaj podpisali pięcioletnie kontrakty z tą samą wytwórnią, 20th Century Fox.

Gene Wilder4

I to właśnie pod szyldem XX-wiecznego lisa Wilder zadebiutował jako reżyser, realizując w 1975 roku własny pomysł, także prześmiewczo rozprawiający się z klasyką – Przygody najsprytniejszego z braci Holmesów. Ponownie sam napisał scenariusz, a także wcielił się w tytułowego Sigersona Holmesa, który ma dość życia w cieniu sławniejszego brata. Pożyczając od Brooksa kilkoro aktorów, Wilder osiągnął miejscami podobny poziom absurdu mieszającego się z rzeczywistością. Ale nie zdołał niestety zapewnić wytwórni równie dużego sukcesu kasowego, mimo że film sprzedał się z nawiązką, a Gene bawił się po drugiej stronie kamery na tyle dobrze, że już wkrótce ponownie za nią stanął, raz jeszcze w potrójnej roli.

W Największym kochanku świata komik mierzy się z legendą Rudolpha Valentino (stając się Rudym Valentinem), a co za tym idzie, również z kinem niemym i istotą gorących, płomiennych romansów dziesiątej muzy (inspiracją był także Fellini i jego Biały szejk). I raz jeszcze on wyszedł ze swej próby zwycięsko, a publiczność zadowolona z seansu. Udał mu się także powrót na Dziki Zachód w postaci Frisco Kid, gdzie jako polski rabin, Avram Belinski, natrafia na rewolwerowca o przyjemnie młodej twarzy Harrisona Forda, z którym przeżywa kolejne perypetie. W wypadku tej kolaboracji trudno było jednak mówić o przeboju godnym poprzedników, choć przecież Ford był już po Gwiezdnych wojnach gorącym nazwiskiem.

Ciut wcześniej miała jednak miejsce inna niezwykle ważna premiera – a nawet, patrząc z perspektywy historii, prawdziwa rewolucja – Transamerican Express (oryg. Silver Streak), za który Wilder otrzymał swoją ostatnią nominację do liczącej się w tej gałęzi przemysłu nagrody (ponownie Złotego Globu). Przyjemnie jajcarski, inspirowany Północ północny zachód Hitchcocka film Athura Hillera całkiem zgrabnie łączy w sobie elementy kina drogi, romansu, thrillera oraz akcji i kryminału, w których komik doskonale się odnajduje. Ale przede wszystkim przedstawia widowni elektryzujący i pełen chemii czarno-biały duet – nie pierwszy taki w dziejach i nie ostatni, lecz z pewnością jeden z najbardziej popularnych i długotrwałych. Przez kolejne piętnaście lat Wilder wespół z Richardem Pryorem rozsadzali ekran jeszcze trzykrotnie – odpowiednio w Czystym szaleństwie, Nic nie widziałem, nic nie słyszałem i Sobowtórze – i za wyjątkiem tego ostatniego, powstałego już w kompletnie innej rzeczywistości, były to zawsze hity sezonu.

Przez polskich widzów z pewnością najcieplej wspominane jest Nic nie widziałem…, czyli jeden z przebojów taśm wideo, a następnie częsty bywalec telewizyjnych ramówek. No i w dodatku idealne podsumowanie tyleż współpracy, co stylów osobowości artystów, z których jeden wciela się tutaj w niewidomego, a drugi w głuchego świadka morderstwa. Znerwicowany, nawijający jak nakręcony Pryor i stonowany nieco bardziej niż zwykle Wilder (który również zalicza tak zwane momenty) to cudownie zsynchronizowana w swoim niezgraniu „paczka” i niejako kwintesencja zwariowanych komedii tamtych lat. Panowie tak doskonale się tu uzupełniają, że aż dziw bierze, iż w rzeczywistości – i wbrew powszechnemu przekonaniu – nie byli najlepszymi kumplami. Wilder otwarcie narzekał po latach na Pryora, który był uzależniony od narkotyków, wiecznie się spóźniał i generalnie nie był najprzyjemniejszą osobą na planie – co przyznawał także sam Sidney Poitier, który wyreżyserował Czyste szaleństwo.

Gene-Wilder2

Po wtopie Sobowtóra Pryor zagrał jeszcze tylko dwa niewielkie epizody, powoli odchodząc w cień i ostatecznie przegrywając w nowym milenium z toczącą go przez wiele lat chorobą i wciąż pogarszającym się zdrowiem. Dla Wildera było to natomiast ostateczne pożegnanie się z kinem, które w latach osiemdziesiątych wypełnił jeszcze kilkoma innymi, względnie porządnymi komediami, z których część raz jeszcze sam napisał i wyreżyserował. Najpopularniejszą z nich pozostaje Kobieta w czerwieni, gdzie jego partnerem był inny stary znajomy, Charles Grodin. Pozostałe, nawet jeśli wypełnione gwiazdami i w swoim czasie potrafiące zapełnić sale widownią, zaginęły raczej w odmętach czasu. Sam Wilder z kolei, mając na swoim koncie zaledwie dwadzieścia dwa filmy, skupił się na okazjonalnych występach telewizyjnych (za pojawienie się w odcinku sitcomu Will & Grace dość nieoczekiwanie otrzymał statuetkę Emmy) oraz gościnnych rolach teatralnych – jak w sztuce Neila Simona, Laughter on the 23rd Floor.

Przede wszystkim jednak pisał i to nawet nie tyle scenariusze, co książki, których ostatecznie wydał aż pięć, w tym zbiór opowiadań i całkiem dobrze przyjętą autobiografię Kiss Me Like a Stranger: Moje poszukiwania miłości i sztuki, która ukazała się w 2005 roku. Niedługo potem przyznał w wywiadach, że zrezygnował z aktorstwa, gdyż zmęczył go zarówno showbiznes, jak i droga, którą obrało współczesne kino. Nie widząc w nim dla siebie miejsca, Wilder w wolnych chwilach, pomiędzy odrzucaniem kolejnych skryptów, malował oraz udzielał się charytatywnie. Po śmierci swojej trzeciej żony – Gildy Radner, którą poznał na planie Hanki Panki, czyli ważna sprawa i która przypuszczalnie była dla niego tą jedyną – założył fundację Gilda’s Club, której celem jest wspieranie chorych na raka i ich rodzin. Opisał także swoje bolesne wspomnienia w książce naukowej Gilda’s Disease.

Zresztą niedługo później sam również musiał zmierzyć się z nowotworem, ale szczęśliwie udało mu się go pokonać. Niestety w kilka lat później zdiagnozowano u niego Alzheimera. Przez ostatnie piętnaście lat życia związany był z Karen Boyer, która była jego instruktorką czytania z ruchu warg na potrzeby Nic nie widziałem, nic nie słyszałem. Nie licząc jednak adoptowania córki żony z drugiego małżeństwa, Gene Wilder nigdy nie doczekał się potomstwa z prawdziwego zdarzenia, co na swój sposób czyni go postacią jedyną w swoim rodzaju. Ale bynajmniej nie tragiczną. Był za dobry na podobną łatkę. Nie on, nie Willy Wonka, którego najmłodsi z radością rozpoznawali w nim do samego końca. A on wiernie odwzajemniał ich sympatię uśmiechem, gdyż nie mógł znieść myśli, że w jakikolwiek sposób może kogokolwiek unieszczęśliwić. Zawsze mu się to udawało. Aż do teraz.

korekta: Kornelia Farynowska

Gene Wilder5

Ostatnio dodane