publicystyka filmowa

GEJE TACY JAK MY. Co dalej z kinem LGBT?

Autor: Dawid Konieczka
opublikowano

Ludzie boją się tego, czego nie znają. Boją się tego, czego nie rozumieją, co przeczy ich pojęciu „normalności”. Odrzucają to, co nie wpasowuje się w ich wizję świata. I trudno ich za to winić, tym bardziej jeśli pewne elementy rzeczywistości od dziesiątek, a nawet i setek lat były postrzegane jako nienaturalne, inne, nieakceptowane, także przez religie. To, co dominowało w kulturze pięćdziesiąt czy nawet dwieście lat temu, w mniejszym lub większym stopniu potrafiło przetrwać do naszych czasów, zwłaszcza gdy na forum publicznym nie robiło się niczego, by zmienić krzywdzące niedociągnięcia, stereotypy i ograniczenia. Film jako sztuka, która od swojego zarania nierozerwalnie związana jest ze społecznymi mitami, potrzebami, lękami i poglądami, na podstawowym poziomie zawsze podążał za oczekiwaniami widowni co do utrzymywania, względnie przywracania status quo. Nawet gdy podejmował tematy trudne, starał się pokazywać je, nomen omen, jako problemy, które albo należy rozwiązać, albo zlikwidować.

Filmowcy nie raz i nie dwa starali się niejako edukować widownię w sprawach, w których ta nie miała specjalnego rozeznania czy też takich, których bała się lub nie chciała podejmować. Społeczne tabu towarzyszą nam w zasadzie od początków świata, ale niektóre wymagają upublicznienia, pozbawienia łatki tematów zakazanych, by w końcu móc przejść do najtrudniejszego etapu — nauki akceptacji albo przynajmniej tolerancji. Nie wszystko oczywiście powinno zostać przyjęte ze społeczną aprobatą. Istnieją tematy drażliwe, które powinny utrzymać swoje granice; ich status nie jest zdeterminowany przez kulturowe uprzedzenia, lecz zwyczajną społeczną czy wręcz ludzką moralność. Nie wszystko powinno być tolerowane, bo też nie wszystko jest de facto nieszkodliwe. Tym niemniej, człowiek to istota słaba, bojaźliwa, a przede wszystkim niezwykle oporna. I to pomimo faktu, że żyjemy w XXI wieku i mamy za sobą wiele strasznych wydarzeń, przykładów nietolerancji i zezwierzęcenia. Dlatego filmowcy usilnie starają się przekonać nas, że pewne rzeczy, które mogą wydać się nam niezrozumiałe lub trudne do zaakceptowania, w istocie nie są dla nas szkodliwe. Wręcz przeciwnie, to nasze awersje miewają destrukcyjny wpływ.

Wszystko to wywołane (...) ograniczeniem tych, którzy życzą wszystkiego co najgorsze mężczyznom którym podobają się inni mężczyźni, a także kobietom, które pociągają kobiety. A nie, zaraz, lesbijki są w porządku.

Dlatego też do takiego tematu jak homoseksualizm kino współczesne podchodziło ostrożnie. W historii bywało różnie, także zależnie od środowiska, ale w dobie nowoczesnej globalizacji, światowej komunikacji i unifikacji kulturowej możliwym stało się przejście do odważniejszej i potencjalnie skuteczniejszej walki z uprzedzeniami i homofobią. Naturalnym wydaje się, że przez wiele lat kino tzw. głównego nurtu, które chciało przebić się przez ewentualną niechęć widzów obrało drogę „filmów o wykluczeniu”, czego sztandarowymi przykładami pozostają takie dzieła jak Tajemnica Brokeback Mountain i Filadelfia. Geje to w takim kinie nie tylko ludzie ulegający społecznemu ostracyzmowi czy nawet wrogości. To również, co znamienne, bohaterowie nieakceptujący sami siebie, rozdarci wewnętrznie i często znajdujący się na skraju kryzysu tożsamości. Wszystko to wywołane presją społeczną, narracją zorientowaną na szykanowanie mniejszości seksualnych oraz ograniczeniem tych, którzy życzą wszystkiego, co najgorsze mężczyznom, którym podobają się inni mężczyźni, a także kobietom, które pociągają kobiety. A nie, zaraz, lesbijki są w porządku. To właśnie ciekawa (wyjątkowo nieadekwatne słowo) sytuacja, bo homoseksualizm wśród pań jest znacznie bardziej pozytywnie odbierany przez widzów, a filmy o lesbijkach nie spotykają się z takimi ilościami jadu, jak te o gejach. Dlaczego? Wydaje się, że największe skłonności do homofobii mają mężczyźni, a przynajmniej to ich głos słychać najdonośniej. W końcu gej w najbardziej stereotypowym pojęciu jest kompletnym przeciwieństwem męskości, a do osiągnięcia tejże zmierzają „prawdziwi samce alfa”. Tymczasem dwie kobiety okazujące sobie uczucie na ekranie, zwłaszcza w aspekcie czysto fizycznym to dla takiego prostego widza podwójna wzrokowa przyjemność — nie ma zaprzeczenia męskości, jest za to obiekt pożądania razy dwa (nikt nie zwraca uwagi na romans w Atomic Blonde — gdyby jednak zamiast Charlize Theron i Sofii Boutelli wystąpili, dajmy na to, Keanu Reeves i Nicholas Hoult?). To jednak wyłącznie moje domniemywania i obserwacje; nie jest to tekst naukowy z dziedziny socjologii.

Ostatnio dodane