publicystyka filmowa

GDY NA STACJĘ WJECHAŁ POCIĄG ZWANY KINEM. Pierwsze filmy w historii

Autor: Łukasz Budnik
opublikowano

Trudno wyobrazić sobie dziś sytuację, w której nie istnieje kinematografia, a na świecie nie powstał nigdy żaden film. Przeciwnie, zdaje się, że widzów trudno teraz na tym polu zaskoczyć – nieskończona produkcja głośnych obrazów wypchanych po brzegi efektami specjalnymi, cuda techniki, coraz lepsza jakość obrazu i dźwięku stały się już chlebem powszednim przeciętnego zjadacza popcornu. Chciałbym się wobec tego cofnąć do czasów, gdy na ekranie nowe było wszystko. Każdy film – nawet taki trwający kilka sekund – wzbudzał poruszenie i całą gamę emocji, proste sceny z życia stanowiły jedyny wątek fabuły, a każda innowacja była zauważalna i zmieniała oblicze kina. Pierwsze filmy i ich twórcy. Kilkanaście przykładów stanowiących olbrzymią wartość kulturową i historyczną.

Zacznijmy od samego początku.

Scenka ogrodu z Roundhay (1888)

Jakże fascynujące jest zajrzenie ponad sto dwadzieścia lat w przeszłość!

Nieco ponad dwie sekundy. Tyle właśnie trwa prawdopodobnie najstarszy zachowany film w historii. Jego autorem jest Louis Le Prince, francuski wynalazca oraz autor prototypu kamery i projektora, powstałych jeszcze zanim Thomas Edison opatentował swój kinetoskop (urządzenie do wyświetlania ruchomych obrazów). Fascynujący jest fakt, że cztery osoby pojawiające się w tym niezwykle krótkim filmie zidentyfikowane są z imienia i nazwiska – dwoje z nich to teściowie Le Prince’a, poza nimi widzimy jego syna i przyjaciółkę. Teściowa zmarła dziesięć dni po powstaniu scenki, można zatem powiedzieć, że w ostatnich dniach życia na zawsze zapisała się w historii. Sam Le Prince zaginął dwa lata po nakręceniu sceny. Trudno tu oczywiście mówić o jakiejkolwiek fabule, ot, postacie przewijające się przez angielski ogród, ale wartość tego dwusekundowego wycinka z życia jest olbrzymia i bez tego. Abstrahując nawet od jego miejsca w kinematografii – jakże fascynujące jest zajrzenie ponad sto dwadzieścia lat w przeszłość! Kontynuujmy zatem tę podróż.

Wyjście robotników z fabryki Lumière w Lyonie (1895)

Wybiła pełna godzina! Na dziś koniec pracy, wobec czego tłum zatrudnionych w lyońskiej fabryce – w większości są to kobiety – udaje się na zasłużony odpoczynek. Pracownicy wylewają się na ulicę, każdy w swoją stronę. Być może wracają do rodzin, choć niewykluczone, że również i do pustych domów. O czym mogą myśleć? Co robili później tego dnia? Niektórzy wyraźnie się spieszą, inni zaś opuszczają budynek powoli, mijani przez rowerzystów i spacerującego w pobliżu psa. Wszystko to rejestruje na swoim kinematografie Louis Lumière, który dwudziestego ósmego grudnia 1895 roku wraz ze swoim bratem pokaże potem ten krótki dokument w paryskim Grand Cafe, czyniąc Wyjście… pierwszym w historii filmem pokazanym publicznie (poza nim wyświetlono tego dnia jeszcze dziewięć podobnych mu dokumentów). Kim byli bracia Lumière, August i Louis? Najprościej rzec: pionierami kina, a przy tym wynalazcami; przytoczony wyżej kinematograf, bazujący na projekcie wspomnianego już kinetoskopu Edisona i będący jego ulepszeniem (nie tylko wyświetlał, lecz także rejestrował obraz), to ich konstrukcja i patent. Co ciekawe, nie oni pierwsi wpadli na pomysł takiego urządzenia – wyprzedził ich chociażby nasz rodak Kazimierz Prószyński – a ostatecznie nie poświęcili się nawet dalszej pracy przy filmach, uznając później, że to mało przyszłościowe (cóż za pomyłka!). Pomimo tego błędnego założenia zdążyli się w ciągu kilku lat pracy przy swoich dokumentalnych filmach na stałe zapisać w historii, a ich zasługi są niezaprzeczalne. Zerknijmy na kolejne przykłady twórczości braci.

Wjazd pociągu na stację w La Ciotat (1895)

Powszechnie znana jest miejska legenda, według której widzowie mieli podczas pokazów panikować i uciekać na widok dramatycznie zbliżającej się w stronę ekranu lokomotywy.

Wbrew niektórym zapisom ten film nie zadebiutował podczas pierwszego pokazu filmowego z grudnia 1895, a miesiąc później, w styczniu 1896. Tytuł mówi wszystko – dokument braci Lumière przedstawia parową lokomotywę, wtaczającą się na stację kolejową i ciągnącą za sobą wagony, do których wkrótce wejdą oczekujący na peronie podróżni. Jednocześnie tak mało i tak dużo, bo znowu – poza wartością historyczną to jednocześnie fantastyczny skok w czasie, możliwość przyjrzenia się ówczesnej modzie, wreszcie zerknięcia, jak wyglądały wtedy pociągi. Brak tu reżyserii – kinematograf stoi nieruchomo, rejestrując w naturalny sposób ruch przed sobą. Podróżni wchodzą w kadr, zasłaniają pole widzenia, pośpiesznie przemykają z jednej strony na drugą. Choć ich zachowanie jest spontaniczne, to umieszczenie urządzenia w tym akurat miejscu przypadkowe już nie jest, bo pozwala nie tylko na zarejestrowanie wjazdu pociągu z ciekawej perspektywy, lecz także na naturalne zbliżenia na pasażerów będących wcześniej na pełnym planie. Powszechnie znana jest miejska legenda, według której widzowie mieli podczas pokazów panikować i uciekać na widok dramatycznie zbliżającej się w stronę ekranu lokomotywy. Potęga kina od zarania.

Ostatnio dodane