nowości kinowe

FALE. Polska szkoła pseudorealizmu

"Fale" tak bardzo nie mają na siebie pomysłu, że co chwilę robią sobię przerwę na fajkę

Autor: Grzegorz Fortuna
opublikowano

Na przestrzeni ostatniego stulecia kino miało wiele pomysłów na zbudowanie wrażenia prawdziwości przedstawianych na ekranie wydarzeń – w powojennych Włoszech powstał neorealizm, w latach sześćdziesiątych Francuzi stworzyli cinéma-vérité, a dwadzieścia lat temu dwóch buńczucznych Duńczyków podpisało manifest znany jako Dogma 95.

Każda z tych prób miała mocniejsze i słabsze strony, każda oddziaływała na wyobraźnię pracujących w danym okresie filmowców, każda opierała się na zestawie mniej lub bardziej restrykcyjnych reguł, których przestrzeganie miało zbliżyć film do prawdziwego życia. Fale w reżyserii Grzegorza Zaricznego też mają swój realizm – reprezentują nurt, który można by nazwać polską szkołą realizmu. I, niestety, przenoszą na ekran wszystkie jego najgorsze cechy.

Po pierwsze – z niewiadomych przyczyn Zaricznemu (podobnie jak wielu innym polskim reżyserom) wydaje się, że jeśli ma być realistycznie, to musi być smutno. Rodzimi twórcy zbyt często wychodzą z założenia, że bohaterowie pozbawieni perspektyw, nadziei i celów są z jakiegoś powodu bardziej prawdziwi od tych, którzy potrafią okazjonalnie cieszyć się życiem. Być może dlatego bohaterkami Fal są dwie siedemnastoletnie uczennice szkoły fryzjerskiej – Ania i Kasia – które non stop muszą radzić sobie z problemami rodzinnymi, towarzyskimi i finansowymi. Dobrze, że reżyser nie uległ chociaż pokusie zrzucenia na głowy bohaterek wszystkich tragedii świata i obdzielił je nimi po równo – jedna pochodzi więc z biednej, ale pełnej rodziny, druga nie narzeka na brak pieniędzy, ale nie ma dobrych kontaktów z rozwiedzionymi rodzicami.

W lepszym filmie byłby to pretekst do konfrontacji charakterów ukształtowanych w innych środowiskach, innych realiach i innych światach. W Falach tak niestety nie jest, bo Ania i Kasia charakterów właściwie nie mają, różnicują je jedynie wspomniane sprawy rodzinne i finansowe, a także talent do robienia tytułowych fal. To kolejna cecha filmu Zaricznego i wielu produkcji reprezentujących polską szkołę realizmu – bohaterowie nie mogą przypadkiem być choć trochę ciekawi, nie mogą mieć oryginalnych zainteresowań i marzeń; mają być do bólu zwykli, nieinteresujący i przyziemni, z ich ust mogą wychodzić jedynie przekleństwa i proste zdania dotyczące rzeczy doraźnych, bo – jak powszechnie wiadomo – prawdziwi ludzie nigdy nie mówią niczego ciekawego.

Krajobraz wewnętrzny głównych bohaterek odzwierciedlać musi oczywiście krajobraz zewnętrzny. Oto kolejna ważna cecha polskiej szkoły realizmu – na scenografię zawsze wybierać trzeba zapyziałe wiaty przystankowe, post-peerelowskie place zabaw i rozkopane chodniki. W Falach okazjonalnie pojawiają się fragmenty przyjaźnie urządzonego mieszkania, nie ma jednak wątpliwości, że reżyser najlepiej czuje się wtedy, gdy może filmować rozpadający się zakład fryzjerski i najmniej atrakcyjne zakątki miasta. Bohaterowie, którzy w nich przebywają, cały czas palą papierosy. Bo papierosy to dla polskiej szkoły realizmu najlepsze paliwo napędowe – wszyscy prawdziwi ludzie fajczą przecież jak szaleni zawsze wtedy, gdy w lakonicznych i prostych słowach próbują rozmawiać o problemach rodzinnych, stojąc za odrapanym śmietnikiem.

Fale płyną więc tak sobie przez nieco ponad siedemdziesiąt minut – od jednej fajki do drugiej, jakby film, z braku lepszego pomysłu, sam chciał zrobić sobie przerwę na papierosa. Materiał fabularny, który starczyłby może na etiudę zaliczeniową, rozdmuchany został przez Zaricznego do rozmiarów filmu pełnometrażowego. Gdy wreszcie docieramy do finału, okazuje się, że właściwie o nic w tym wszystkim nie chodziło, łapanie prawdziwego życia miało być sztuką dla sztuki. Fale niewiele mają więc wspólnego z efektowną tytułową fryzurą – pod tupecikiem pseudorealizmu jest tu kompletnie łyso.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane