publicystyka filmowa

EVENT HORIZON. Ukryty wymiar

Autor: Adrian Szczypiński
opublikowano

2015
Powstanie pierwszej stałej kolonii na Księżycu.

2032

Początek komercyjnego górnictwa na Marsie.

2040

Statek dalekiego zasięgu Horyzont zdarzeń wyrusza, by zbadać granice Układu Słonecznego,
po czym znika bez śladu w okolicach Neptuna. To największa katastrofa w dziejach badania kosmosu.

2047

Statek Lewis & Clark wyrusza na zbadanie tajemnicy Horyzontu zdarzeń.

Siedem osób załogi, plus tajemniczy dr Weir (Sam Neill), pod wodzą charyzmatycznego kapitana Millera (Laurence Fishburne), dolatuje do statku Event Horizon. Po zaginionej załodze zostały dokumenty, zapisy video z dantejskimi scenami, kompletny bałagan, jedno straszliwie okaleczone ciało i ściany zbryzgane krwią. Prześladowany wspomnieniami o zmarłej żonie Weir ujawnia tajemnicę statku pod postacią eksperymentalnego napędu podprzestrzennego, w który wyposażono Horyzont zdarzeń. Statek wrócił po siedmiu latach, przywożąc z nieznanego wymiaru tajemnicę, wobec której ludzie są bezbronni…

Nawiedzonych domów było w historii literatury sporo, niektóre straszyły krwawą rzeźnią, inne wystawiały widza na próbę wyłącznie za pomocą kontemplowania mrocznych zakamarków, gdzie czaiło się Nieznane. Z biegiem lat ten odziedziczony po słowie pisanym patent przechwyciło kino. W 1979 roku twórcy „Obcego” brawurowo przenieśli straszne domiszcze w kosmos, czyniąc ze statku Nostromo arenę walki o przetrwanie, rozegranej w atmosferze najprawdziwszego gotyckiego horroru. Od tej pory kino grozy zyskało żelazny standard, powielany bez żenady w różnej jakości filmach, bazujących na systematycznej eksterminacji wyizolowanego kręgu osób w mniej lub bardziej zamkniętym labiryncie korytarzy, komór, komnat, ukrytych przejść i innych imponujących elementów scenografii.

Mitologia wciąż żyła, mimo nie zawsze najlepszego użytku z niej czynionego. W 1992 roku Philip Eisner wymyślił opowieść, która konstrukcyjnie nie odbiegała od tego wzorca. Mało tego – ścieżka wyobraźni była już mocno przetarta, właśnie za sprawą „Obcego”, filmu, który swoim powstaniem już zdążył przerobić mnóstwo ciekawych wariacji na temat. Eisner ściągnął z „Aliena” sytuację wyjściową, mechanizm eliminacji kolejnych członków załogi, lecz nieoczekiwanie dodał psychoanalityczny wątek wprost z „Solaris” i jednocześnie „Lśnienia”. Niepohamowana siła z innego wymiaru osłabiała niszczoną załogę za pomocą materializacji ludzkich fantomów, wysnutych z bolesnych wspomnień załogantów. Nieważne, jak daleko od Ziemi – największym zagrożeniem dla człowieka jest on sam. Wszystko sprowadza się do autokonfrontacji, z której zdruzgotana jednostka ludzka nie wyjdzie żywa.

W 1994 roku scenariusz kupił producent Lawrence Gordon („Szklana pułapka”) i pokazał go Jeremy’emu Boltowi, producentowi debiutanckiego filmu brytyjskiego reżysera Paula Andersona „Shopping”. Rok później Anderson zasłynął reżyserią „Mortal Kombat”, kopanej przygodówki z gatunku tych najniewdzięczniejszych, czyli ekranizacji gry komputerowej. Po sukcesie „Mortal Kombat” styl Andersona, łączący teledyskową dynamikę i filmową widowiskowość, konsekwentnie zapięte w ramach ściśle przestrzeganego reżimu narracyjnego, bardzo przypadł do gustu Gordonowi, który powierzył Andersonowi reżyserię.

[quote]Z tej decyzji urodził się bezapelacyjnie jeden z najlepszych kosmicznych horrorów w historii kina, w wielu momentach osiągający klasę „Obcego”.[/quote]

Dzieło Andersona sprawia wręcz wrażenie utworu z innej epoki kina, kiedy jeszcze liczyło się budowanie napięcia i straszenie za pomocą atmosfery, chwytającej widza od pierwszych scen wewnątrz upiornego statku zawieszonego na orbicie wokół Neptuna i trzymającej za gardło aż do napisów końcowych. Oczywiście Anderson to nie Kubrick, który straszył samą twarzą Nicholsona. Elementów zdradzających upodobanie reżysera do wybuchowego efekciarstwa jest tu mnóstwo, nie zawsze wydają się być szczególnie solidnie umotywowane fabularnie, krwawych składników wprost z kina gore Anderson nie szczędzi straszonemu widzowi, kilku zabawnych scen także nie brak, lecz nad całością unosi się konsekwentnie budowana atmosfera osaczenia i nieprzewidywalnego zagrożenia z innego wymiaru.

Czyli film oryginalny, jak na tak wyeksploatowany motyw eliminowania załogi, pozbawionej możliwości ucieczki? Z jednej strony tak. „Ukryty wymiar” to rzadki przykład tak konsekwentnej plastycznie stylizacji statku kosmicznego na gotyckie, nawiedzone zamczysko. W wielu momentach wręcz nie ma znaczenia, że akcja dzieje się w kosmosie. Młody scenograf Joseph Bennett i jego dwaj graficy-konceptualiści, Peter Mitchell Rubin i Daniel Slavin, wiele zaczerpnęli z motywów religijnych (co ściśle wiązało się z fabularną hipotezą, pt. „gdzie był statek, kiedy go nie było”), m.in. z architektury katedry Notre Dame. Sam statek Horyzont zdarzeń wygląda jak zawieszony w próżni krucyfiks.

Połączenie futurystycznej technologii ze średniowiecznymi motywami i odniesieniami dało efekt piorunujący. W pełni oświetlony plan wyglądał jak standardowa scenografia filmu SF. Lecz wystarczyło pobawić się światłocieniem, by z mroków wydobyć miejsce z piekła rodem. Wnętrza statku były trzewiami potwora. Szczególne wrażenie robi pomieszczenie siłowni z akceleratorem podprzestrzennym. To największa niespodzianka filmu – zero startrekowego czy gwiezdnowojennego plastiku. Porażające surowym ogromem serce statku przypomina upiorne astrolabium z obracającymi się pierścieniami, łączącymi się w rozświetlającą całość w decydujących momentach.

Choć trzeba sobie jasno powiedzieć, że „Event Horizon” wręcz pławi się w cytatach i najbardziej dosłownych nawiązaniach do serii o Obcym, szczególnie do pierwszych dwóch części. Załoga Lewis & Clark przypomina ekipę Nostromo, choć jest z pewnością sympatyczniejsza i nieporównanie bardziej zgrana. Oni również z niechęcią odnoszą się do obsługi nagłego zadania. Wśród nich jest nielubiany człowiek z zewnątrz, nie budzący zaufania naukowiec, broniący dostępu do największych tajemnic Horyzonu zdarzeń dr Weir – tak samo scharakteryzowany był Ash w „Obcym”.

Pierwszy zwiad na opustoszałym statku Weir obserwuje na monitorach – w pierwszych dwóch częściach sagi o Obcym miała miejsce dokładnie ta sama sytuacja. W jednej ze scen Weir rzuca pokładowym psychologiem po ścianach, niemal tak samo jak Ash, tłukący Ripley o pomieszczenia Nostromo. Scena dekompresji statku, z załogantami walczącymi o życie pośród wysysanego powietrza, to oczywista powtórka finału „Aliens”, choć na mniejszą skalę. Nawet kobiecy głos komputera pokładowego Horyzontu zdarzeń, informujący, ile czasu zostało do pewnego decydującego zdarzenia, jest wierną kopią finału pierwszego „Obcego” (z nieśmiertelnymi, powtarzającymi się formułkami „T minus five minutes”).

Podczas szukania Weira w przepastnych wnętrzach statku szeroka smuga światła, wyłaniająca się z ciemności, także wydaje się znajoma – tak rozpoczynała się scena wkroczenia ratowników na pokład Narcissussa w prologu „Aliens”. To nawiązanie już nie powinno dziwić w żadnym stopniu. Niezależnie od podobieństw narzuconych przez scenariusz, autorem zdjęć był zmarły w grudniu 2005 roku Brytyjczyk Adrian Biddle, który przy „Aliens” wspaniale zadebiutował jako samodzielny DP.

Ostatnio dodane