publicystyka filmowa

ELEKTRYCZNE SNY PHILIPA K. DICKA. Narkotyczny geniusz czy szalony profeta?

Możesz nie znać jego książek, ale na pewno widziałeś ich adaptacje.

Autor: Damian Halik
opublikowano

Dla jednych niedościgniony po dziś dzień mistrz kreowania niedoskonałych, jakże ludzkich w swym odczłowieczeniu światów przyszłości; wybitny futurolog, do końca wierzący, że choć ludzkość zmierza donikąd, można ją jeszcze uratować. Dla innych zaćpany bajkopisarz, damski bokser i podły człek; zadufany w sobie wariat, którego narkotyczne majaki trafiły na niesamowicie podatny grunt fantastyki, uznawanej przecież w czasach jego świetności za literaturę niskich lotów, tanie bajdurzenie dla oderwanych od rzeczywistości dzieciaków – oto Philip K. Dick we własnych osobach, bo żadna z tych opinii nie jest stwierdzeniem w pełni nieprawdziwym (podobnie jak inne, plasujące się gdzieś pomiędzy krytyką totalną a peanami na jego cześć). Niezależnie, jak oceniamy go jako człowieka, nie można odmówić mu olbrzymiego wpływu, jaki wywarł na science fiction zarówno w wymiarze literackim, jak i – a może przede wszystkim – filmowym. Możesz nie znać jego książek, ale na pewno widziałeś ich adaptacje.

Początkowo tekst ten miał być zwykłą recenzją Philip K. Dick’s Electric Dreams, ale co te słowa mogłyby powiedzieć osobie zupełnie niezorientowanej w temacie? Serial Amazona ani nie jest produkcją rewelacyjną, ani też jego popularność w naszym kraju nie wykracza raczej poza najbardziej zatwardziałych fanów amerykańskiego pisarza. Mam spore wątpliwości, czy obrana przez twórców serii wizja science fiction jest do końca zgodna z tym, co sam Dick starał się nam przekazać, lecz Elektryczne sny jedną rzecz robią bardzo dobrze – mimo swej formalnej skromności rozbudzają apetyt na więcej tego typu treści, a to doskonały pretekst do zajrzenia nieco głębiej – puściłem więc wodze fantazji, traktując serial jako punkt wyjścia do analizy dickowskiego science fiction.

W komentarzach dotyczących tej produkcji wielokrotnie przewija się wątek genialnego brytyjskiego Czarnego lustra, które w gruncie rzeczy stanowi jedynego konkurenta Philip K. Dick’s Electric Dreams w tej samej kategorii wagowej. Oczywiście nie ma wątpliwości, że pretendent jest bez szans w starciu z obecnie panującym mistrzem. Problem w tym, że to nie do końca jego wina. Mimo podobnej tematyki te seriale różni olbrzymia połać czasoprzestrzeni, w której siłą rzeczy powinniśmy się najpierw odnaleźć – inaczej wiele może nam umknąć.

Zacznijmy od tego, że Amazon mógł wybrać lepsze historie. Philip K. Dick jest dla filmowców łakomym kąskiem – jego rozpoznawalne nazwisko bywa wystarczającym zabiegiem marketingowym, by wypromować produkcję. To także niesamowicie płodny autor, który bardzo efektywnie przekładał kilogramy zażytych na przestrzeni czterech dekad substancji psychoaktywnych na barwne i niepowtarzalne, ocierające się o profetyczne wizje historii, a w trakcie ostatnich ośmiu lat życia dodatkowo wspierany był przez samego Boga, który zesłał na niego „różowy promień światła”, dzieląc się z ekscentrycznym pisarzem wiedzą tajemną. Łącznie jego dorobek liczy czterdzieści pięć powieści i ponad sto dwadzieścia opowiadań – nie wszystkie są równie dobre, lecz przy takiej liczbie publikacji trudno za każdym razem pisać swoje opus magnum. Paradoksem jest jednak fakt, że choć dziś można jego nazwisku przypisać marketingową siłę, z której skrzętnie korzystają media wizualne, tak zapewne nigdy by się to nie stało, gdyby nie wypromowanie tegoż dzięki Łowcy androidów.

Ostatnio dodane