Eddie Murphy jest jednym z najbardziej charakterystycznych i najciekawszych komików amerykańskich. Ten wywodzący się z Saturday Night Live aktor największe triumfy święcił w latach osiemdziesiątych. Wtedy to wykreował kilka niezapomnianych ról i dorobił się sporej kasy. Jego znakiem rozpoznawczym były słowa wypowiadane z szybkością karabinu maszynowego i niesamowity śmiech, którym dosłownie zarażał.


Niestety, niezapomniany Axel Foley stracił pazur w latach dziewięćdziesiątych, a ten za cholerę nie chce odrosnąć. Zamykający trylogię „Gliniarz z Beverly Hills” z 1994 roku był jednym z najgorszych sequeli, jakie pojawiły się na ekranach kin. Dalej było równie niewesoło. I choć samego Eddie’ego było dużo (patrz dwie części „The Nutty Proffesor”), to nie przekładało się to na jakość. Niestety przełom milenijny nie zmienił niczego na lepsze. Najwyraźniej przytłoczył Murphy’ego na tyle, że w filmografii pojawiały się coraz większe skuchy, nie dające się oglądać (nie liczę tu znakomitego „oślego” dubbingu do serii „Shreków” – tylko to uratowało aktora przed totalnym zapomnieniem). Abolutnym dnem okazała się produkcja „Norbit”, za którą Eddie powinien publicznie przeprosić wszystkich mieszkańców globu. Nie zrobił tego, na dodatek wpadł w pułapkę familijnych filmów, z której nie był w stanie się wydostać. Światełkiem w tunelu była dobra rola w „Dreamgirls”, ale niewiele to miało wspólnego z komedią – jakby nie było żywiołem aktora.

I kiedy facet został praktycznie skreślony, okazało się, że dostał szansę na odbudowanie pozycji. Akademia Filmowa zaproponowała mu prowadzenie w przyszłym roku gali oscarowej. Czy to będzie przełom? Nie ukrywam, że liczę na to. Jeśli przypomni sobie jak się robi stand-up, wykrzesa trochę energii i znów zaczaruje publiczność, wierzę, że mu się uda. Mam nadzieję, że spowoduje by na gali znów nie było nudno i jej oglądanie będzie przyjemnością, a nie „obowiązkiem” (którego nie spełniam od ładnych paru lat).

Chodzą słuchy, że ceremonia ma być przepustką do premiery dramatu komediowego „A Thousand Words”, która już kilkakrotnie była przekładana. Na razie jednak Eddie Murphy został dokoptowany do komedii sensacyjnej „Tower Heist” (Zemsta cieciów), która jest całkiem dobrym prognostykiem reanimacji kariery. Występ u boku, będącego na topie komediowym, Bena Stillera i całkiem przyjemny zwiastun zapowiada wesołe półtorej godziny. Cały film (obsada jest świetna!) będzie można obejrzeć za miesiąc. Czy Eddie Murphy znów będzie dawnym Eddie’em Murphy’m? Będziecie kibicowac i trzymać kciuki?