nowości kinowe

DYKE HARD – Kino klasy Z

Niemal co druga scena zawiera czerstwe gagi i śmieszno-żałosne efekty dźwiękowe charakterystyczne dla kreskówek z lat świetności studia Hanna-Barbera.

Autor: Jarosław Kowal
opublikowano

Kochajmy się

Kolejny film inspirowany latami 80.? Powoli, zamiast wzbudzać sentyment, produkcje wystylizowane na przeboje epoki VHS-ów zaczynają odstraszać kopiowaniem samych siebie. Źródełko nie wyschło jednak całkowicie, a szwedzkie Dyke Hard eksploruje rewiry szaleństwa, których nawet trzydzieści lat temu nikt nie odważyłby się przemierzyć.

Fabuła w dwóch zdaniach – trzy lesbijki zakładają rockową kapelę, z którą wyruszają na „bitwę zespołów” (jak się później okaże, połączoną z turniejem sztuk walki). Tajemniczy milioner chce im przeszkodzić, wykorzystując do tego usługi cyborgów, ninja i zabójczych wrotkarek. Gdzieś już to czytaliście? Oczywiście, w końcu to film hołdujący nastoletnim fascynacjom jego twórców. W tym przypadku najwyraźniejszy wpływ wywarło Miami Connection z 1987 roku, gdzie także mamy do czynienia z mistrzami gitar i karate stającymi do walki ze skrajnie absurdalnymi przeciwnikami. Zabójcze tempo uniemożliwia zaskoczenie, bo tylko na zaskoczenie można liczyć. Bohaterki ledwie opuszczają nawiedzony dom, a już trafiają do więzienia (świetne nawiązanie do produkcji z nurtu women in prison, którego naczelną reprezentantką jest niesławna Elza, Wilczyca z SS), by chwilę później gnać na harleyach. Można by przed nimi postawić zombie, rekiny, nazistów, kosmitów, a nawet nazistowskie zombie-rekiny z kosmosu – nikt nie uniósłby brwi ze zdziwienia.

003

Stworzonemu za grosze filmowi z całkowicie amatorską obsadą od ręki można wytoczyć wiele zarzutów. Fatalna dynamika ujęć i zbliżenia robione drżącą dłonią, skromna scenografia, koszmarny angielski dubbing, a całość utrzymana w duchu studia Troma, którego twórca, Lloyd Kaufamn, wystąpił tu zresztą gościnnie.

Najistotniejszą niepoprawnością jest jednak skrajna niepoprawność polityczna, co w Szwecji zdarza się jeszcze rzadziej niż nad Wisłą. Scenariusz Dyke Hard naszpikowany jest żartami dotyczącym płci, seksualności i wielu innych stereotypów, ale historia powstania tego filmu pokazuje, że są to wyłącznie dowody ogromnego dystansu twórców do siebie samych. Nie zawsze trzeba zajmować się badaniami społecznymi, wychodzić na ulice z transparentami i prowadzić akademickie dysputy, można też zainteresować ludzi humorem.

Zaczęło się od fałszywego trailera, który nieoczekiwanie zyskał ogromną popularność, a dzięki wsparciu sztokholmskiego środowiska LGBT i ponad czterystu woluntariuszy rozpoczęły się prace nad wersją pełnometrażową. Głównodowodzącą została Bitte Andersson, autorka komiksów, kiedyś osoba odpowiedzialna za efekty specjalne w Troma Entertainment. Zamknięcie projektu zajęło jej aż cztery lata, ale rezultatem jest wyjątkowy obraz, który nie męczy przeładowaniem treści, mimo podejmowania tematu żarliwie dyskutowanego w wielu parlamentach na całym globie. Od czasu Priscilli, królowej pustyni niewielu udało się zbudować fabułę na takich podstawach i wyjść poza wąskie grono zaangażowanych ideologiczne odbiorców.

d8e7bcd7307aa250cc4f6623ea744c94-dykehard

Ustaliliśmy już, że na zapleczu Dyke Hard znajdują się sentyment do kaset VHS oraz zamiłowanie do kina exploitation, ale to nie wszystko. Niemal co druga scena zawiera czerstwe gagi i śmieszno-żałosne efekty dźwiękowe charakterystyczne dla kreskówek z lat świetności studia Hanna-Barbera. Utwory o tekstach nie pozwalających oderwać dłoni od uderzonego pod ich wpływem czoła dokładają elementów musicalowych, choć nikt w obsadzie nie potrafi śpiewać. Analogowe efekty pokroju przeżywającej orgazm zjawy przeplatają się z w pełni cyfrowymi zabiegami (na przykład łapanie pocisku w zęby) oraz wypadkową obydwu (na przykład ręka wystająca z pojemnika z makaronem). Wszystko to zostało doprawione fragmentami z pełną nagością ocierającymi się o film porno. Dla „normalnego” człowieka może to brzmieć zniechęcająco, ale niniejszy cykl tekstów nie jest przeznaczony dla „normalnych” ludzi, a wszystkie z powyżej wymienionych cech to bezdyskusyjnie zalety tej ekstremalnie niskobudżetowej produkcji.

Pradawnym zwyczajem Dyke Hard kończy się morałem.

Pomimo grozy, terroru i agresji dominujących przez blisko sto minut, główne przesłanie jest proste – kochajmy się. Doskonałym podsumowaniem będą tu słowa wypowiedziane przez agenta Rosenfielda (z Twin Peaks, gdyby ktoś nie wiedział): „Choć przyznaję się do pewnego cynizmu, w rzeczywistości jestem przeciwnikiem oraz najemnikiem w walce przeciw przemocy. Jestem dumny z przyjmowania ciosu i z przyjemnością przyjmę kolejny, ponieważ postanowiłem przeżyć moje życie w towarzystwie Gandhiego i Kinga. Moja troska jest globalna. Zdecydowanie odrzucam zemstę, agresję i odwet. Podstawą moje metody jest… miłość”.

Może się wydawać, że to bardzo naiwny postulat, ale gwarantuję, że choćbyście go w całości odrzucili, to i tak film Anderssona zapewni wam znakomitą rozrywkę.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane