publicystyka filmowa

DRZEWO ŻYCIA. Każda śmierć jest pierwsza

Autor: Filip Jalowski
opublikowano

Ostatnio, czytając o związkach obrazu ze śmiercią (1) odświeżyłem sobie tezę nienową, lecz szalenie inspirującą – obraz narodził się w momencie, gdy na arenę dziejów wkroczyła śmierć. Wedle tej wykładni ma być on niczym innym jak rozpaczliwą próbą walki z brakiem czegoś, co zniknęło za horyzontem, którego nie sposób dogonić.

Usiłując odtworzyć sobie ten ‘nieuchwytny początek’ pomyślałem, jak dziwna musiała być pierwsza śmierć istoty ludzkiej – oto moja partnerka, przyjaciel, może dziecko nagle… I tu pozostaje luka, bo nagle co? Odeszło? Nie, przecież widzę jego ciało, które leży posłusznie przy moich stopach. Umarło? A co to wówczas znaczyło? Sprawa szalenie dziwna, niejasna. Myśl powróciła dzisiaj, przy oglądaniu „Drzewa życia” Malicka, uległa jednak niemałej transformacji. Wydaje mi się bowiem, że pytanie o tę pierwszą śmierć i szok żyjącego, który zderza się z obrazem trupa, jest niezwykle uniwersalne. Nie ma ‘pierwszej śmierci’, bo w zasadzie każde doświadczenie śmierci jest indywidualnym początkiem zetknięcia się z tym, co nieuchronne. Każdy człowiek dowiaduje się o tym, co znaczy umrzeć, dopiero wtedy, gdy odchodzi ktoś naprawdę bliski. I tu zaczyna się film Malicka.

tree-1
Z łatwością można zarzucić mu, że jest banalny, pełen wymownej symboliki (z tytułową osią świata na czele), że mami widza obrazami maskując scenariuszowe niedobory. Niemniej krytyka taka – w moim odczuciu – byłaby szalenie nieporadna, bo kierująca ostrze w swoim własnym kierunku. Malick porusza się po tematyce, która ze względu na swoją – że tak powiem – metafizyczną rangę może śmieszyć, bo przecież zabawne jest popodśmiewać się z pytań fundamentalnych.

Z drugiej strony, czy śmiejemy się z nich, gdy sami dochodzimy do takiego momentu w życiu, w którym nie pozostaje nic innego, jak je postawić? A właśnie tak sprawa ujęta jest w „Drzewie życia”, które ‚nie pyta’ o istnienie Boga, sens cierpienia, prawo do zwątpienia, a w którym pytania te zadają konkretne, zdruzgotane ‘brakiem czegoś bardzo ważnego’ osoby. To nie jest film próbujący zgłębić odwieczne tajemnice metafizyki (choć takie opinie pojawiają się wokół niego najczęściej), a wręcz przeciwnie, to film jak najbardziej minimalistyczny w swych założeniach, film o czwórce nieszczęśliwych ludzi i ich wewnętrznym requiem. Krytyka opierająca się jedynie na kategoriach banału oraz taniej sentymentalności nabija się na własne ostrze, ponieważ nie zauważa, że to, co obiektywnie w istocie może okazać się pewnym schematem, subiektywnie przyjąć może formę tragedii wręcz kosmicznej (2) w swych rozmiarach, tragedii przejmująco prawdziwej.

tree-2

W poprzednim akapicie celowo pojawiła się wzmianka o rekwiem. Zdaje się, że właśnie ta forma stylistyczna organizuje film Malicka. Swoją mszę żałobną jednocześnie odgrywają jednak aż trzy osoby – sprawa przestaje być zatem jasna, ponieważ jakiekolwiek sztywne wpisanie w schemat liturgii zostaje szalenie utrudnione. Matka jednocześnie opłakuje śmierć syna oraz Boga, którego syn pociągnął za sobą. Ojciec dołącza do smutnego obrazu katafalk, na którym składa swoje marzenia oraz ambicje. Pozostaje dwóch synów i kwestia dogorywającego na zgliszczach domowego ogniska dzieciństwa.

Nie bez powodu jednym z pierwszych utworów, który przyprawia widza o szybsze bicie serca, jest Lacrimosa pochodząca z Requiem dla mojego przyjaciela Zbigniewa Preisnera. Utwór powróci w trakcie filmu jeszcze raz, co dla klasycznego requiem (będącego przecież formą rytuału) jest wręcz nie do pomyślenia. Czy powrót na ‘muzycznej drodze żałoby’ oznaczać ma również niemożność dobrnięcia do finału obrzędu, czyli pogodzenia się z odejściem bliskiego i tym, który go zabiera? Tego nie zdradzę, choć wspomnę, że słyszymy u Malicka również Agnus Dei (celowo nie powiem ilukrotnie).

tree-3

W końcu, bez zdradzania najmniejszych chociażby szczegółów dotyczących fabuły filmu, należy wspomnieć o jego finale. Nie widziałem czegoś takiego od czasów Odysei kosmicznej Kubricka. Ta konstatacja musi wystarczyć, bo więcej mówić nie chcę (zbyt łatwo zdradzić za dużo).

Pisanie o tym, że zachęcam do obejrzenia, jest już jedynie formalnością. Powiem jednak jeszcze raz – Terrence Malick stworzył Coś naprawdę niezwykłego, ujmującego, bo w płynny oraz przemyślany sposób  łączącego dramat o kosmicznych rozmiarach z cichą tragedią jednostki uwięzionej w czterech ścianach ‘idealnego amerykańskiego domku’. (3) Rzecz niezwykła, zdecydowanie polecam.

Tekst z archiwum film.org.pl.

(1) Chodzi o esej Regisa Debraya Narodziny przez śmierć.

(2) Ciekawy wydaje się być fakt, że Malick, ilustrując tragedię jednostki jako tragedię wszechświata, cofa się niejako do jego początków. Doskonale współgra to zatem z koncepcją ‚pierwszej-pierwszych’ śmierci przedstawioną pokrótce we wstępie tekstu. Zetknięcie ze śmiercią staje się powrotem do źródła, ‚pierwszym’ jej prawdziwym poznaniem – fundamenty świata zostają zburzone, trzeba wznieść je na nowo (i tu z pomocą przychodzi requiem).

(3) Powstaje zatem coś na wzór niezwykle udanej syntezy Odysei kosmicznej i Drogi do szczęścia.

Ostatnio dodane