Felietony

Drugie Dno #22: kino, popcorn i spotkania towarzyskie

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Nie wiem jak wy, ale ja do prawidłowego odbioru sztuki potrzebuję odpowiednich warunków. Jestem orędownikiem niepisanej zasady panującej w publicznych muzeach i bibliotekach, która obliguje odwiedzających do zapoznawania się ze zbiorami przy zachowaniu ciszy. Podczas trwania spektaklu teatralnego lub operowego widownia również nie folguje sobie z nadmierną ekspresją (oczywiście nie mam bynajmniej na myśli żywych reakcji w odpowiedzi na to, co dzieje się na scenie). Atmosfera powinna ułatwiać koncentrację. Zgoła inaczej jest jednak w kinie.

Premierowy pokaz Grawitacji sprzed kilku lat zapamiętam na długo. Moja ekscytacja tytułem i chęć jego doświadczenia została poddana poważnej próbie.

Siadając w fotelu, zorientowałem się, że rząd za mną zajmować będą psiapsiółki, które nie widziały się od tygodni i z jakichś powodów uznały, że najlepszym miejscem na to, by nadrobić zaległości w plotkach i ploteczkach, będzie właśnie ciemne kino. Rząd przede mną z kolei okupowany był przez towarzystwo przyjaciół piwa, których najwyraźniej bardziej od seansu interesowało to, u kogo na tzw. after wylądują tuż po jego zakończeniu. Jak by tego było mało, w moim rzędzie ktoś – wyraźnie poirytowany wysokimi cenami nachosów – postanowił ukradkiem przemycić do kina własną paczkę chipsów, prawdopodobnie w celu ustanowienia nowego rekordu w szeleszczeniu. Wyobraźcie sobie moje rozdrażnienie, kiedy podczas wizualnej uczty zaserwowanej mi przez Cuaróna ta frapująca cisza kosmosu notorycznie przełamywana była efektami dźwiękowymi pochodzącymi z przykrej, otaczającej mnie rzeczywistości. Seans powtórkowy w domu był nieunikniony.

dno 1

Takich sytuacji zdarzyło się w moim żywocie kinomana mnóstwo. Do zestawu typowych zachowań mogę dołożyć jeszcze odbieranie telefonu bądź bawienie się nim z nadzieją, że nikt nie zauważy w ciemnej sali niemal latarkowego światła wydobywającego się znad jednego z foteli. To prawdziwa zmora współczesnego kina. Z tego względu wielu moich znajomych w ogóle z seansów kinowych na dobre zrezygnowało, czekając, aż film pojawi się w dystrybucji domowej. Choć nowoczesne multipleksy dają nam możliwość zapoznania się z filmem w najlepszej z możliwych jakości – dźwiękowej i wizualnej – i największej rozpiętości ekranu, to jednak całkowicie zapomina się w nich o dbanie o odpowiednią atmosferę seansu. Z jakichś powodów widownia nie czuje się zobligowania do przestrzegania elementarnych zasad kultury. Pojawia się zatem pytanie – dlaczego?

Być może znaczenie ma sama… ciemność. Wszak to pod osłoną nocy ludzie zazwyczaj czują się bezkarnie i puszczają im wszelkie hamulce. Ma to z pewnością jakieś psychologiczne uzasadnienie, ale pozostawię je na boku. W kwestii dociekania przyczyn dziwnego zachowania ludzi w kinie o wiele bardziej prawdopodobny wydaje mi się kierunek kulturoznawczy. Niejednokrotnie na łamach mojego cyklu podkreślałem, że film jest produktem kultury popularnej, która w swoich założeniach była przeznaczona dla ludu robotniczego, klasy niższej od burżuazji. Przekaz był zatem odpowiednio „spłaszczony”. Ale prawdziwe otwarcie się na szeroką widownię rozpoczęło się dopiero po wprowadzeniu dźwięku do filmu. Wówczas do kina zaczęły uderzać często trudne do opanowania masy.

dno 2

Film stanowił także problem dla koneserów sztuki, a to dlatego, że był zbyt… dosłowny. Z łatwością bowiem ukazywał to, co jeszcze do niedawna należało albo do sfery wyobraźni, albo mogło być w ograniczony sposób pokazane w innej formie: obrazu, sztuki teatralnej. Film okazał się zatem wizualną rewolucją, ponieważ zarówno za sprawą swego wyjątkowego efektu ruchu, jak i dzięki sprzeciwieniu się konwenansom potrafił przełamać barierę między sztuką wysoką i niską. Rezultat? Uwielbienie i dozgonna miłość publiczności, dzielone z długo utrzymująca się niechęcią artystycznych purystów.

Choć to jeszcze w żaden sposób nie tłumaczy ludzkich zachowań w kinie, to przynajmniej otwiera pewną furtkę do ich zrozumienia. Dziesiąta muza jako nośnik wizualnej rozrywki była pożywką dla wszystkich, sztuką popularną w dosłownym rozumieniu, która nie wymagała sztywnego garnituru i przestrzegania zasad savoir-vivre’u. A ludziom w okowach zawsze było ciasno. Odbiorcy szybko spostrzegli, jak swobodnie mogą się w objęciach tej sztuki czuć, jak wielki komfort psychiczny ona przynosi.

Ale być może mało wyrafinowane zachowania zostały przeniesione z domów. Kolejnym etapem kinowej rewolucji było bowiem zamknięcie ruchomych obrazów w kwadratowych przekaźnikach telewizyjnych, powszechnie goszczących w mieszkaniach. A jak wiadomo, jeśli seans w domu, to koniecznie z jedzeniem, piciem i żywą dyskusją. Kiniarze szybko to podchwycili, umożliwiając swoim klientom zakup popcornu i coli, pomnażając w ten sposób zyski z filmu. Jeszcze nie wiedzieli, że będzie to początek nowej ery kina, które – prócz magicznego miejsca imitującego rzeczywistość – stało się także miejscem spotkań i niepohamowanej wyżery. Choć alternatywą i powiewem wczesnych lat kinematografii są zawsze jakieś art-housy, to jednak ich repertuar jest daleki od mainstreamu, czyli tego, co tygryski lubią najbardziej.

dno 3

Drugą stroną tego medalu jest to, że współcześnie jesteśmy o wiele bardziej rozkojarzeni. Jest to wynik obecności przeróżnych technologicznych odciągaczy uwagi oraz natłoku informacji, więc tym trudniej jest nam utrzymać pełną koncentrację na jednym, konkretnym przekazie. W tym wypadku zadziałała już ewolucja, tego procesu nie da się odwrócić.

Dlatego, choć w kinie jestem stałym bywalcem, to seanse wybieram skrupulatnie. W grę wchodzą odpowiednia godzina i dzień. Weekendy z reguły odpadają, choć czasem trzeba zagryźć zęby, bo wymaga tego chociażby redakcyjna rzetelność. Najczęściej odwiedzam kino jednak w środku tygodnia, minimalizując możliwość spotkania spragnionej i głodnej wrażeń widowni. Ale mnie nie słuchajcie, ja nie lubię nawet oglądać filmów w gronie znajomych, gdyż według mnie taki seans z góry sprowadzony jest do poziomu pijackiej uciechy, a ekran i to, co się na nim dzieje, jest tylko dodatkiem do kolejnych kieliszków. Jedna osoba, góra dwie do towarzystwa to u mnie maksimum, choć najlepiej czuję się w samotności. Sam na sam z dziełem, czyli wówczas, gdy mam pewność, że mój odbiór od początku do końca pozostanie czysty.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane