Dlaczego polskie kino nie jest kichą | FILM.ORG.PL

Dlaczego polskie kino nie jest kichą








Rafał Oświeciński
13.03.2013


Wiecie dobrze, że niejednokrotnie na łamach tej strony krytykowałem polskie filmy, ironizowałem z polskich twórców, śmiałem się z tandetnych produkcji. Bo lubię polskie kino – staram się je doceniać wtedy, kiedy warto, i nie stawiam go ani na piedestale, ani nie narzucam swoim ocenom jakiejś wyrozumiałości, bo to polskie.

Wkurzył mnie Jakub Żulczyk. Przekrój wrzucił na swoją stronę jego felieton (Włączyć własne oczy), w którym autor daje upust swojej frustracji związanej z kondycją polskiego kina. Już początek tekstu wieści wiele: „Polscy twórcy nie chcą opowiadać o Polsce. Polscy twórcy, tak jak cała reszta Polaków, nie chcą w niej być. Chcą uciec, a przede wszystkim chcą uciec stąd mentalnie.” 

Dalej padają cytaty z Zanussiego, odwołania do wybitnego „Pociągu” Kawalerowicza i najważniejsze słowa:

Pragniemy zrobić coś uniwersalnego, coś, co wpisze się w globalną narrację, z całych sił chcemy dołączyć się do chóru, jak wystający na boisku dzieciak czekający na to, aż starsi chłopacy pozwolą mu pograć z nimi w piłkę. Łudzimy się, że Zachód nas zauważy, jeśli pokażemy mu, jak wspaniale potrafimy go udawać. Nie dopuszczamy do świadomości tego, że jedyny sposób, w jaki możemy zwrócić uwagę na siebie na zewnątrz, to opowiadanie o sobie.

Powiedzieć, że się z taką tezą nie zgadzam, to powiedzieć niewiele. Uważam ją bowiem za bzdurną i osadzoną w całej kupie stereotypów i oczywistych skojarzeń dotyczących polskiej kinematografii, niekoniecznie tych sprawiedliwie oceniających. Takie slogany rzucane w mediach (Rzeczpospolita! Przekrój!) są najbardziej irytujące. Najgorsze jest jednak to, że opinia Żulczyka jest podyktowana albo niewiedzą, albo czystą złośliwością. Pominę to drugie – z cynikami trudno wchodzi się w dyskusję. Ale to pierwsze – niewiedza – to nic innego jak ignorancja, tutaj – nieznajomość polskiego kina takim, jakie ono jest, nie takim jakie bywa w opinii uprzedzonych quasi-kinomanów, i nie takim, które jest oceniane przez pryzmat ilości sprzedanych biletów.

I wiem, że naprawdę można wiele złego powiedzieć o polskiej kinematografii – że nie osiąga międzynarodowych sukcesów, że nie jest obecne na najważniejszych festiwalach i głównych konkursach; że pojawiają się w niej filmy żenująco złe, że filmy żenująco złe są oglądane, a aktorzy występujący w żenująco złych filmach są gwiazdami lokalnej sceny. Że do filmów powstają fatalne plakaty, że zwiastuny rażą amatorszczyzną, że kampanie reklamowe wywołują pospolity facepalm…

JEST DOBRZE, BYWA ZNAKOMICIE!

Można się zżymać, narzekać, jęczeć, grymasić. Ale nie można generalizować, czyli pierdolić od rzeczy. Tym bardziej, że polska kinematografia w ostatnich 2-3 latach, oprócz żenująco złych filmów, których było raptem kilka, dała również sporo dobrych obrazów, a nawet kilka filmów wybitnych. Przykłady? Weźmy takiego Smarzowskiego i jego ostatnie 3 filmy – „Dom zły”, „Róża”, „Drogówka”. Już ich status (kupa nagród, setki tysięcy widzów w kinach) świadczy o tym, jaką bzdurę palnął Żulczyk. Lećmy dalej: Borcuch i jego „Wszystko co kocham” i „Nieulotne”, które pokazał na Sundance. Nie krzyczę o wybitności tych filmów, ale z pewnością nie są „mentalną ucieczką”. Weźmy takiego Kolskiego, który zawsze robi coś niebanalnego. Taki Jakimowski niesamowicie się rozwija z filmu na film (jego najnowsze, anglojęzyczne „Imagine” jest świetne!). A Dorota Kędzierzawska chętnie witana w kinach całego świata? A Szumowska? Wojcieszek? A znakomity „Wymyk”? A Pasikowski i jego „Pokłosie”? A naprawdę znakomita „Obława”? Zaskakujące „Jesteś Bogiem”? „Ki”,”Daas”, „Sala samobójców”, „Kret”? Nawet ostatnie „Być jak Kazimierz Deyna” i „Miasto kobiet” (oba poległy w kinach) to udane filmy nieudającego niczego, osadzone w Polsce, z polskością w tle. I to pomimo krzywdzących kampanii (vide „Polska Erin Brockovich”).

Nie mówię, że to wielkie kinematograficzne sukcesy i jednoczesny dowód na wspaniałe status quo. Nie jestem rzecznikiem PISFu czy Ministerstwa Propagandy, żeby takie dyrdymały opowiadać. Część z wymienionych powyżej tytułów budziła wiele kontrowersji, ale była w jakiś sposób ważna – o nich się dyskutowało, z ich autorami się sprzeczało, a krytyka była niejednoznaczna. Coś w swoim czasie znaczyły, a jeśli towarzyszyła im cisza, to często ze względu na niezasłużoną kinową porażkę.

POLSKI UWIĄD

Polski uwiąd twórczy nie jest podyktowany twórczą indolencją, brakiem dobrych tematów, kiepskim warsztatem. Nie jest podyktowany też ucieczką mentalną, bo często filmy są przecież osadzone tu i teraz (i z tego czyniony jest zarzut). Słabością polskiego kina jest marketingowa impotencja, bo ją widać na pierwsze łypnięcie okiem – filmy są kiepsko wprowadzane na rynek, w towarzystwie nijakiej kampanii promocyjnej, która zaczyna się na 2 tygodnie przed wejściem filmu do kin. Brak w tym wszystkim jakiejś wizerunkowej spójności, która przygotuje widza na ciekawą ucztę. Grzechem jest też nieumiejętność przeliczenia sił na zamiary, co jest zmorą superprodukcji głównie, które starają się budować spektakularność na kiepskich fundamentach, czyli niewielkiej kasie, słabym scenariuszu i braku kreatywności (vide „Tajemnica Westerplatte” czy „Syberiada polska”).

W polskim kinie brakuje też zaczepienia w kinie gatunkowym – brakuje thrillerów, kryminałów, sf, czyli kina oferującego zabawę znanymi konwencjami, narracjami, bohaterami (nawet w formie parodii). A przecież polska literatura oferuje tyle dobrego i… nic, nic nie słychać o ekranizacjach Zajdla, Lema, Dukaja (a to tylko sf), czy Krajewskiego ze swoim Breslau.

Tu nawet udawanie by pomogło – naśladowanie najlepszych wzorców promocyjnych, inspiracja stylem najlepszych twórców, sięganie do kina gatunkowego – to przecież nic zdrożnego. To nie świadczyłoby, jak sądzi Żulczyk, o „zapożyczonej wiedzy o rzeczywistości”, tylko o świadomości tego, że film to produkt, który – dzięki nauce płynącej od najlepszych – może być odpowiednio sprzedany. Tak się powinno robić filmy. Tego, jak mniemam, chcą widzowie.

Słabości kina polskiego można rozwijać długo, dywagować w nieskończoność nad jego byłą i obecną kondycją, ale owe przemyślenia nie powinny stać się podstawą do budowania wątpliwych tez. Generalizacja nikomu nie służy, tym bardziej jeśli jest podyktowana ignorancją i chwytliwymi hasłami, nie mającymi oparcia w rzeczywistości. „Najbardziej popularnym u nas gatunkiem filmowym jest kicha” – mówi Żulczyk. Serio? W czym się ona objawia, konkretnie? Gdzie jest zasadą? Czy te filmy, które wymieniłem kilka akapitów powyżej, są przykładem kichy? Zresztą spójrzmy na premiery pierwszego kwartału 2013. 14 premier, z czego 3 stały się komercyjnymi hitami (Bejbi blues, Drogówka, Sęp), 4 filmy są (lub zapowiadają się) co najmniej bardzo dobre (Drogówka, Baczyński, Nieulotne, Będziesz legendą), kilka zaprezentowało bardzo przyzwoity poziom (Dzień kobiet, Być jak Kazimierz Deyna), kilka wyraźnie podzieliło publiczność (Bejbi Blues, Sęp), a kilka rzeczywiście reprezentuje kichę (Syberiada, Westerplatte, Last minute), która została odpowiednio zgnojona przez krytykę i – co najważniejsze – przez widzów.

Więc, zaprawdę powiadam Wam, źle nie jest. Żulczyk przegina. Wystarczy oglądać, znać kino polskie, żeby do tak oczywistych wniosków dojść (za oczywistości przepraszam).

Rafał Oświeciński

Rafał Oświeciński

REDNACZ at FILM.ORG.PL
Celuloidowy fetyszysta.
Kino istnieje nie tylko dla rozrywki. Powinno budzić emocje. Powinno szokować ibulwersować. Powinno bez skrupułów zmuszać mózg i serce do wytężonej pracy. Dlatego wolę nieudane eksperymenty od udanych średniaków tworzonych od linijki.
Rafał Oświeciński






  • asasello987

    Polskiego kina nie lubię, mówię oczywiście o wszystkich kretyńskich (według mnie) komedyjkach, ale takie uogólnianie, że w polskim kinie nie ma nic dobrego jest ostrym przegięciem. chociaż akurat „dom zły” jest wg mnie zły :)

  • Versac

    Jedno zastrzeżenie: „Polski uwiąd twórczy nie jest podyktowany twórczą indolencją, brakiem dobrych tematów, kiepskim warsztatem.”
    Kiepski warsztat to zmora 99% polskich filmów. Nie wiem jak Smarzowski wyrobił sobie swój, a że to zasługa tylko „łódzkiej filmówki” w życiu nie uwierzę. Co najbardziej pogrążyło „Sępa”? Kiepski warsztat reżysera, który w jednych miejscach był dobry, a w innych kompletnie nietrafiony i wpadający w autoparodię. Co zabiło „Hansa Klossa” (i Ciacho przy okazji)? Beznadziejny warsztat Vegi, który kompletnie nie miał pomysłu na utrzymanie filmu w jakieś spójnej konwencji.
    Śmiem twierdzić, że nawet mając arcygenialny scenariusz i aktorów, którzy nie grają niczym w kiepskich telenowelach, reżyser i tak pokpi sprawę. Problemem jest to, że w Polsce kształci się „artystów”, a nie twórców…

  • Kazik

    Nie pojmuję tego artykułu. O co ci chodzi autorze? Może tak byś zdecydował na jakąś wybraną przez siebie tezę? Z jednej strony pisanie, że polskie kino jest podłe a zaraz potem, „ale przecież powstaje tyle wybitnych filmów!”, z jednej strony polski uwiąd ale zaraz Kędzierzawska, Szumowska, Jakimowski i Smarzowski. Przy okazji, może źle obserwuję ale kompletnie nie dostrzegam filmów Doroty Kędzierzawskiej na ekranach CAŁEGO świata. Naprawdę wiesz co piszesz? Najbardziej zabawne jest to, że cały ten artykuł to jedna wielka amatorka. Stawiasz wniosek by zaraz potem przedstawić miażdżącą kontrę wobec własnego wcześniej postawionego wniosku. Nie znajdujesz żadnego umiaru w wychawalaniu Smarzowskiego tudzież Pasikowskiego i być może przy okazji innego wpisu okaże się, że Smarzowski jest najwybitniejszym filmowcem w dziejach kina. To samo dotyczy miażdżącej krytyki. Radziłbym więcej umiaru zarówno w jednym jak i w drugim.

    • Jaką tezę? Staram się nie generalizować. Widzę w polskim kinie dobre rzeczy, ale widzę też złe. Bo polskie kino BYWA kiepskie, ale na tej podstawie nie powinno się stawiać tezy, że polskie kino JEST kiepskie. Tak samo jak z obecności świetnych filmów Smarzowskiego, Jakimowskiego czy Borcucha nie wyciągam wniosków, że polskie kino JEST znakomite – ono tylko takim BYWA. Polskie kino ma wiele różnych łatwo zauważalnych słabości, ale może też sprawiać dużo frajdy, bo potrafi od czasu do czasu zaskakiwać.

  • Kazik

    „Pragniemy zrobić coś uniwersalnego, coś, co wpisze się w globalną narrację, z całych sił chcemy dołączyć się do chóru, jak wystający na boisku dzieciak czekający na to, aż starsi chłopacy pozwolą mu pograć z nimi w piłkę. Łudzimy się, że Zachód nas zauważy, jeśli pokażemy mu, jak wspaniale potrafimy go udawać. Nie dopuszczamy do świadomości tego, że jedyny sposób, w jaki możemy zwrócić uwagę na siebie na zewnątrz, to opowiadanie o sobie.”

    Nie zgadzasz się z powyższym cytatem? To jakiś horror kompletny. Twoja niewiedza jest wręcz modelowa. I naprawdę jedynym pocieszeniem jest to, ze swoje kretyńskie wywody prowadzisz jedynie na łamach tegoż serwisu. Jak można nie zgadzać się z tezą, że najlepiej zwrócimy na siebie uwagę mówiąc o sobie? Prosty przykład. Wszystkie polskie filmy, które otrzymały nominację do Oscara były WYBITNIE polskie, to znaczy, jeżeli chodzi o podejmowany temat, głęboko zanurzone w polskiej rzeczywistośći. To chyba o czymś mówi. Brak słów po prostu.

    • Mefisto

      Wybacz, ale chyba Cię kolano boli, że takie rzeczy piszesz. Polskiego kina problemem jest bowiem polskość, usilne jej promowanie i usilne się w niej moczenie. Wszędzie tylko „polski film, polska rzeczywistość i polskie problemy”. Tyle tylko, że kino tego nie lubi – ono kocha uniwersalność i takie też powinny być filmy kręcone w Polsce – uniwersalne, a nie zaściankowe. Nikt przy zdrowych zmysłach nie robi w USA filmów amerykańskich – tam się liczy „story” i jej potencjał finansowy, ew. w dalszym stopniu artystyczny. U nas jest odwrotnie i nawet najlepszy pomysł potrafi zostać już na starcie zajebany przez to, że nie odnosi się bezpośrednio do Polski i Polaków. I to jest chore. To jest właśnie ten rak toczący nasze kino – parcie na narodowość i na martyrologie. Piszesz, że nominowane do Oscara filmy z Polski są wybitnie polskie – bzdura na resorach. Takie filmy jak Ziemia obiecana, czy Potop, mimo iż odwołują się do polskiej historii i są w naszym kraju osadzone, to jednak dostały te nominacje WŁAŚNIE DLATEGO, że zrozumiano jest bez problemów na zachodzie, bo były tak zajebiste zarówno w formie, jak i fabule i miały ten uniwersalny potencjał, że je dostrzeżono. A to czy przy okazji prezentowały one światu kawałek Polski to już nikogo nie obchodziło. Powiem więcej – najbardziej docenianymi polskimi filmamami na świecie pozostają filmy praktycznie nie mające z naszym krajem nic wspólnego. Mam tu na myśli Faraona i Rękopis znaleziony w Saragossie – te tytuły otacza za granicą prawdziwy kult, bo to historie uniwersalne, nie zamknięte jedynie pomiędzy Sopotem a Krakowem. Rozumiał to Has, rozumie to i Polański, który nawet w momencie powrotu do kraju po latach zrobił film na maksa uniwersalny, mimo iż w Polsce osadzony. I tak właśnie należy robić kino – niestety, w tym kraju wciąż na pierwszym miejscu stoi „misja”, stąd mamy takie kino i taką telewizję, jaką mamy, czyli 100 lat za murzynami. I jeśli ta mentalność się nie zmieni, to nic się nie zmieni i żaden Smarzowski czy inny kozak tego nie zmieni. Taka prawda. Więc jeśli pan Żulczyk jako główny zarzut względem obecnego polskiego kina stosuje tenże „brak polskości” i chęci do bycia uniwersalnym, to można jedynie rozłożyć ręce i zapłakać.

      • zgadzam się! Jednak nie przeceniałbym „misji” – nie znaczy ona aż tak wiele.

        • Mefisto

          No nie wiem – TVP ma na tym punkcie wręcz zajoba, z kolei PISF, z całym szacunkiem dlań, praktycznie nie daje kasy na filmy „niepolskie”, stąd takie koszmarki jak choćby Uwikłanie, które jest jedną wielką laurką Krakowa i inne. Owszem, czasem w tym wszystkim trafi się naprawdę dobre kino na światowym poziomie (często jednakże niewyzbyte martyrologii), lecz aż boję się myśleć ile dobrych projektów odrzucono tylko dlatego, że nie prezentuje nam historii o współczesnej Polsce i Polakach, a po prostu dobrą historię o ludziach. Wystarczy zresztą popatrzeć na różnorakie konkursy na film/scenariusz – ta polskość wciąż znajduje się jako „wymóg” i wypełnia cały punkt ichniejszych regulaminów.

    • no właśnie się nie zgadzam, bo słabości tkwią gdzie indziej. Na bazie „mentalnej ucieczki” (której nota bene nie ma aż tyle) nie można wysnuwać wniosków o tym, że polskie kino jest kichą.
      Poza tym, nie obrażaj mnie, ok?

  • Kazik

    Skąd się wziął sukces Szkoły Polskiej? Bo zachód tego nie znał. Dlaczego zachód zachłystuje się filmami z Iranu? Bo nie ma tego u siebie! Przykłady można by mnożyć. Robienie filmów na modłę zachodu a następnie dziwienie się, ze nie osiagają tam sukcesu jest debilizmem. Skończyłem.

  • TS

    Weźmy pod lupę bodajże ostatnie Orły… dlaczego w roku 2013 nagradza się filmy z 2011, 2012 roku ? Skoro mamy takie fajne filmy. Jeśli się wypuszcza 50 tytułów na rynek, z czego raptem 5, a czasami i mniej, to kino warte uwagi, to jest słabo… Z czego w tej piątce jeden film to kino na poziomie światowym. Ale fakt, nie jest źle, zawsze może być gorzej. Od 90-go roku nie trawię polskiego kina, z małymi wyjątkami. Ale jak to mówią, jedna jaskółka wiosny nie czyni

  • Rafał Donica

    Nie wiem czy w temacie, ale nawet znakomity polski film jakim jest bez wątpienia „Obława”, ma dialogi nagrane tak koszmarnie, że musiałem się przysłuchiwać albo cofać niektóre sceny, żeby załapać co oni PO POLSKU przecież, mówią. A film zakupiłem na DVD i oglądałem na kinie domowym, więc chyba w dobrych warunkach. Ciche, niewyraźne dialogi to zmora polskiego kina.

    • Widziałem w kinie (było bardzo ok), później zerknąłem na ripa i też było w porządku. Pewnie wydanie spieprzone, niestety.

      • Jaro

        Co nie zmienia faktu, że od zarania dziejów polskie kino leży i kwiczy w kwestii oprawy audio. Nie tyczy się to jedynie sprzętu – połowa mainstreamowych aktorów nawet nie stała obok nauczyciela dykcji. I potem się dziwić, że ludzie nie idą do kina, bo na komputerze przynajmniej można jakiś fragment przewinąć.

        • Zawsze było bolączką, ale teraz już raczej nie jest. Nie wiem jak inni, ale ja całkiem dobrze słyszę dialogi i nie przypominam sobie filmu, w którym ten aspekt byłby tragiczny. Co i kogo masz na myśli?

        • Łukasz

          Kiedyś jeszcze to samo było ze światłem. Jak akcja działo się nocą to na ekranie nie było nic widać ;) Teraz jest już z tym na szczęście dużo lepiej.

    • Cassel

      O, właśnie, też to zauważam. Miesiąc temu nie dałem rady obejrzeć „In Darkness” na Canal+, pomimo 100% głośności niewiele rozumiałem z niemiecko-polsko-gwarowego bełkotu. Amerykańska Akademia miała lepiej, bo pewnie wersję z napisami. :) Z kolei ostatnio widziałem na Ale Kino „Akcję pod Arsenałem” w rekonstrukcji cyfrowej. Film z 1979 roku, a wszystkie dialogi ostre jak brzytwa, głuchy by usłyszał. Więc jednak można, do cholery robić dobre audio.

    • Łukasz

      o to to!!
      Miałem to samo i też w wersji DVD.

  • Jaro

    Teza Pana Żulczyka z jednej strony wydaje się śmieszna, a z drugiej – boleśnie prawdziwa. W polskim kinie mamy do czynienia bowiem z dwoma nurtami: komedie romantyczne, zasadniczo uniwersalne, których nawet u nas nikt nie chce oglądać (z wyjątkiem pań po 60-tce) i produkcje bogo-ojczyźniano-onanistyczne, koncentrujące się na tym, jak to fajnie jest cierpieć i ogólnie być, za przeproszeniem, j…m w dupę – oczywiście w kulturze Zachodu, nastawionej na sukces (choćby i mało efektowny), a nie na piękną klęskę, coś takiego się nie przyjmie.

    Chyba jednak wielu umyka to, co IMO jest największym problemem polskiego kina: aktorstwo. Nawet najlepszy reżyser nie wmówi nam, że Karolak, Szyc i Adamczyk na ekranie to ktokolwiek inny niż Karolak, Szyc i Adamczyk – tych „aktorów” nie można już w żaden sposób brać poważnie. Często spotykam się z argumentem, że lepsi oni niż jacyś amatorzy. No cóż, skoro już musimy oglądać miernotę, niech to chociaż będzie miernota różnorodna – co więcej, wśród tej drugiej od czasu do czasu może trafi się perełka, która, inaczej niż wyżej wymienieni, będzie w stanie rozwijać swoje umiejętności. No i zaoszczędzoną na obsadzie kasie można by przeznaczyć na scenarzystów.

    • nie zgadzam się z Twoją diagnozą. Komedie romantyczne pojawiają się kilka razy w roku i są oglądane przez wiele osób, a produkcje bogo-ojczyźniane również pojawiają się rzadziej niż się wydaje (to wyjątkowa sytuacja, że w ostatnich tygodniach mieliśmy aż dwie). Polskie kino nie składa się z tych dwóch grup, czego dowodem są choćby tegoroczne premiery. Więc bez przesady.
      Aktorów mamy zdecydowanie więcej, choć ci wymienieni są najgłośniejsi, co nie znaczy, że najlepsi.

    • noida

      Akurat Szyc to jest doskonały aktor. Tylko trzeba go umieć poprowadzić, bo jeśli się tego nie zrobi, to szarżuje i robi kichę. Ale grać to on potrafi. Co do pozostałych dwóch panów nie będę się spierać :)

  • SonnyCrockett

    Znaczy nie rozumiem artykułu. Primo odnosi się do bzdurnej tezy że polscy filmowcy robią złe filmy bo robią je na zachodnią modłę, a problem jest zupełnie odwrotny polscy filmowcy zupełnie ignorują zdobycze nowoczesnej sztuki filmowej. I wypunktowania tej bzdury nie zauważyłem.

    Secundo cała reszta artykułu ma udowodnić że polskie kino nie jest słabe, ale chyba mylimy pojęcia podając 7 dobrych filmów, dobrych nie rewelacyjnych i twierdząc że jest dobrze. Kraj który robi 30 filmów rocznie i z tego z 3 można obejrzeć bez zgrzytu zębem jest krajem słabym w kinematografii. Nie odnosimy sukcesów na świecie, polscy filmowcy, aktorzy nie robią kariery za granicą, doceniani jesteśmy tylko na snobistycznych festiwalach bez znaczenia.

    Napiszmy to sobie jasno mamy słaby przemysł filmowy, ale z maleńkimi jasnymi punktami których nie było przez ileś tam poprzednich lat.

    • „Kraj który robi 30 filmów rocznie i z tego z 3 można obejrzeć bez zgrzytu zębem jest krajem słabym w kinematografii.”

      Sonny, powiedz szczerze, ile z tych 30 filmów oglądałeś?

      • SonnyCrockett

        Osobiście zero bo organicznie brzydzę się tym co widuję co jakiś czas. Ale opinie dziesiątek ludzi dają pewien obraz, po drugie fakt powstawania małej ilości filmów i jeszcze mniejszy odsetek posiadających pochlebne opinie wskazuje że sytuacji nie można nazwać jako dobrej. Dobrą kinematografię to może mają Francuzi czy Hiszpanie, my możemy mieć przeciętną, ale obecnie nawet ta przeciętność nie jest zbyt dobrym określeniem.

        • no Sonny, proszę cię. „Nie oglądam, nie znam, więc się wypowiem”. Jeszcze bym zrozumiał, gdybyś zobaczył choć 10 najważniejszych, ale ZERO? Tak po prostu? Ejże…

  • kelley

    mefisto ma racje – liczy sie story. ja dolozylbym do tego jeszcze jedno – kase. nasze produkcje wygladaja i ogladaja sie fatalnie nie dlatego, ze nasladuja style made in usa, ale dlatego, ze probuja to robic nie majac do tego srodkow. jak dolozysz do tego brak dobrej historii, to wychodzi z tego kloss, za nakrecenie ktorego vega powinien zostac wygnany z tego kraju. do smarzowskiego nawet sie nie odniose, bo to jest inna polka i bodaj najwazniejszy obecnie polski rezyser (i majacy cos do powiedzenia, dodajmy), ale juz sep pokazuje, ze rozsadnie zainwestowane srodki i zupelnie niezla historia potrafia dac efekt zaskakujacy; nie jednoznaczny, o nie – widzimy, ze ewidentnie podzielil publike – ale prezentujacy poziom znacznie wyzszy niz wszystko dookola i niedrazniacy warsztatowimi niedorobkami (mowie o kwestiach technicznych nie talencie rezysera). paradoksalnie wielu polskich tworcow ma po prostu grafomanskie/ megalomanskie zaciecie, z ktorego wychodzi taki obciach, ze w kinie oczy pieka. des, piszesz o braku promocji polskich filmow. masz racje, ale jak amerykanie wypuszczaja film, to potrafia wydac polowe jego produkcyjnego budzetu na marketing. wyobrazasz to sobie w polsce? jaka jest prawda? prawda jest taka, ze nie jestesmy kinematografia, ktora stac na 30 filmow rocznie. i niech ktos to w koncu powie. nie da sie krecic megalomanskiego kina za drobne, ktore spielberg gubi idac do toalety! a dlaczego iran sie podoba? bo wiedza jak wydac te jeszcze mniejsze niz my pieniadze, ktore maja. opowiadaja o sobie? gowno prawda. opowiadaja o sobie w takim samym stopniu jak nasz potop czy rekopis. kazdy, kto ucieka od uniewrsalizmu jest skazany na powolna i zasluzona smierc w meczarniach. amen.

  • Kazik

    Nie masz racji. Prosty przykład: Kino irańskie chociażby albo kino rumuńskie. Człowieku, masz czarno na białym wybite, że właśnie filmy, które zanurzone są w wybranej rzeczywistości, zależnie od kraju w jakim zostały nakręcone, najlepiej sprzedają się na na zachodzie. Tak jak pisałem wcześniej. Filmy szkoly polskiej były wybitnie polskie, niektóre filmy z nurtu niepokoju moralnego również i to się sprzedawało i to było oglądane, chociażby „Przesłuchanie” Bugajskiego. Oglądane z tej racji, że tego typu filmów na zachodzie nie było. Co się stało z „Metrem” Józefowicza? Co prawda, nie film tylko scena, chodzi po prostu o pewien dowód. Sam spektakl w swojej opowieści był wybitnie uniwersalny, robiony ściśle na zachodnią modłę. I co? I gówno. Został doszczętnie zjechany przez zachodnich recenzentów i bardzo słusznie, bo tego typu spektakle powstają na Brodway’u w każdy mięsiąc i są o klasę lepsze.

    Pisanie o tym, że przecież nie ma filmów ściśle amerykańskich jest naprawdę pocieszne. Nie ma, bo tak zwana „amerykańskość” po prostu nie istnieje. Kultura USA powstała na fundamencie stykania się przeróżnych kultur a uniwersalność to jej drugie imię. Zresztą jak tak poszukać to jest od cholery filmów zanurzonych w jakieś rdzennej amerykańskości, specyficznych jednak dla tego kraju, chociażby coś takiego jak western, albo filmy gangsterskie z okresu prohibicji, lub też kino opowiadajace o wojnie secesyjnej.

    Jeszcze trochę z innej parafii. Dlaczego takiej Górniak nikt nie chciał na zachodzie? Bo jest już jedna Mariah Carey. Durnym młotkom wydaje się, że wylansują piosenkarkę z europy wschodniej na zasadzie małpowania znanej gwiazdy i tamci to kupią. Nie kupią bo mają oryginał i nie potrzeba im kopii!

    Tak samo jest z kinem. Wszelkie kręcenie na zachodnią modłę to ścieżka donikąd. Niestety, ciagle nie brakuje inteligentnych inaczej, którym się wydaje, że jak nakręcą polski thriller z miłości do zachodnich tytułów to będzie zajebiście. Nic nie będzie.

    Żulczyk napisał bardzo inteligenty artykuł i zgadzam się z nim w 100%. Tylko, że niestety prawda boli. Żulczyk po prostu napisał to z czego wielu zdaje sobie sprawę ale mało kto o tym głośno mówi.

    Nawet jeżeli mowa o Smarzowskim – chyba faktycznie jest dziś filmowcem nr 1 w Polsce, chociaż ja akurat twierdzę, że jest tak nie dlatego, że Smarzowski jest tak dobry, tylko dlatego, że konkurencja dla Smarzowskiego jest tak marna a na dobrą sprawę jej nie ma, może jedynie Koterski. Jednak bardzo ciekawe jest to, że najlepszy jak dotąd film Smarzola a więc „Róża” nie został przez niego napisany a jedynie wyreżyserowany. Jest to film gdzie mimo wszystko jest jakaś nadzieja, jest w nim jakieś przywiązanie do miejsca itd. Wszystkie wcześniejsze filmy Smarzowskiego to realcja z pobytu w piekle, łącznie z najnowszą „Drogówką”. I rzeczywiście nawiązując do słów Żulczyka, Smarzowski robi swoje filmy tak, jak gdyby nienawidził miejsca w którym przyszło mu żyć i tworzyć i naprawdę nie wyobrażam sobie sytuacji w której Smarzowski po raz kolejny przez 5 następnych lat będzie tlukł swoje kino gdzie się rzyga, chleje wódę z butelki, rzuca się kurwami i obleśnie się dupczy. Wtedy będzie numerem 0.

    • kelley

      mam wrazenie, ze ty lapiesz pojecia uniwersalizmu. a najlepszym dowodem na to jest fakt, ze podajesz jako przyklad dobrze przyjetego filmu nasze przesluchanie. zastap jande jodie foster, zastap gajosa russelem crowe, zastap polskie wiezienie guantanamo. co otrzymujesz? perfekcyjnie uniwersalna historie! przesluchanie jest swietnym filmem nie dlatego, ze jest zanurzone w polskiej rzeczywistosci, ale dlatego, ze ma story, ktora sie sprzeda pod kazda szerokoscia geograficzna. dlaczego? bo to historia, ktora kazdego zainteresuje. as simple as that. upieranie sie przy tym, ze to polskosc decyduje o jego unikalnosci to aberracja.

    • Kazik, czy ty nie umiesz korzystać z funkcji „odpowiedz”? Bo nie wiadomo nawet do kogo się zwracasz, na czyje argumenty odpowiadasz.

      No i w każdym akapicie się mylisz, choć nie wiem, czy dyskusja ma sens. Zresztą już Kelley i Mefisto trafnie sytuację zdiagnozowali.

      • Kazik

        Proszę, Tobie odpowiadam. Mylę się w każdym akapicie. To może przedstaw kontargumenty dotyczące każdego rzekomo mylnego mojego akapitu. To samo mogę napisać o twojej wypowiedzi i coś mi się zdaje, że zrobiłem to o wiele bardziej przekonująco.

        • grunt to dobre samopoczucie :)

          tak, mylisz się, bo kino irańskie, rumuńskie, chilijskie czy hiszpańskie nie jest na fali dlatego, że jest kinem etnicznym. zanurzonym po czubek głowy w tamtejszej rzeczywistości, poruszającym ichnie problemy i pokazującym nieznane emocje. Nie, to kino rozmawiające z widzem wspólnym językiem, bez względu na jego zasób wiedzy o danej kulturze. I to jest właśnie ten uniwersalizm, to całe „story”, ta „amerykańskość”, zachodnia modła. Kino gatunkowe w tym pomaga, bo widz zwyczajnie lubi gatunki, lubi czytelne kategorie. I to jest zdrowe. Trzeba mieć fajny pomysł na film, kasę i odpowiednią promocję. Proste. Taplanie się w polskości, hermetyczność problemów do niczego dobrego nie doprowadzą, a czynienie z nich jakiegoś remedium na bolączki kinematografii jest dość… powiedzmy mało adekwatne do realnych potrzeb.

          Co do oceny Smarzowskiego i kina polskiego – tutaj diametralnie się różnimy (choć mam nadzieję, że polskie filmy oglądasz, znasz).

          • Kazik

            Głupoty piszesz po prostu. Wedle twojego wywodu już sam fakt, że dany film może być zanurzony w problemach danego kraju przekreśla jego wartość. Tak jakby lokalna historia jednocześnie narzucała jakąś lokalną formę, np, nie wiem, do produkcji filmu zamiast taśmy używano by… czarnoziemu a aktorzy grali by leżąc na podłodze i czytając swoje kwestie z sufitu.

            Kpisz sobie? Kino etniczne to nie jest kino jakiś kosmitów zbudowanych na bazie amoniaku i wyznajacych jakieś totalnie nieprzystajace do tego świata wartości. Wszyscy jesteśmy ludźmi żyjacymi na tej samej planecie, wszyscy umiemy śmiać się, wpadać w gniew i płakać i tak napawdę nie ma większej różnicy pomiędzy aborygenem, eskimosem a amerykańskim yuppie. Pojmij to, że film może być z jednej strony cholernie chermetyczny jeżeli chodzi o poruszane ekranowe problemy a z drugiej strony zrozumiały dla wszystkich pod słońcem. Nie dlatego, że wyzbędzie się owej hermetyczności tylko dlatego, że weźmie się za niego zdolny twórca, który wie jak nakręcić dobry film. Kino ma swój określony język, jakiś ustalony kod. Że co? Że Jak już polska hermetyczność to inaczej zmontowane ujęcia? Nie wiem, dźwięk puszczany od tyłu? Akotrzy poruszający się nie na nogach ale na głowie?
            Cała idea sprowadza się do tego, że śmiało możesz nakręcić film dziejacy się wyłącznie TU I TERAZ ale w taki sposób aby było to ciekawe. Koniec. Jedno drugiego wcale nie wyklucza.

          • Mefisto

            Nie zrozumiałeś. Nie chodzi o to, żeby zupełnie wyzbyć się swojej szerokości geograficznej tudzież jakiejkolwiek innej spuścizny lub przynależności, ale o to, żeby w pierwszej kolejności stawiać na samą historię, a dopiero potem jej kontekst i miejsce akcji, a nie odwrotnie, jak to ma u nas miejsce. Mamy cholernie bogatą historię narodową, która nie obfituje jedynie w cierpienie, martyrologię i żydokomunę, ale jakimś dziwnym trafem tylko ludzie zza granicy potrafią to dojrzeć, robiąc filmy być może nie do końca idealne, ale dalekie od zaściankowości, w którycyh polskość, choć ważna jest elementem drugoplanowym, a nie napędzającym akcję – vide The Way Back i Pianista (bo sorry, ale Polańskiego nie jestem w stanie nazwać polskim twórcą, skoro nawet jego debiut w kraju zrobiony to typowo zachodnia maniera). Tymczasem jedyne co od nas wychodzi to samobiczowanie w postaci Katynia lub Pokłosia. WTF? A przecież potrafimy, co udowadnia historia na czele z już przywołanymi wielkimi tytułami (zrobionymi za komuny, gdzie ponoć twórczy umysł miał gorzej), które wciąż ogląda się wspaniale. A i jest dużo dobrych współczesnych pomysłów, które częstokroć wcale nie potrzebują rozbuchanych budżetów. Mentalnie jednak ludzie kinematografią zarządzający są na jakimś dziwnym poziomie żłobka i zwyczajnie lubią się babrać w gównie.
            Natomiast odpowiadając na amerykańskość – ona jak najbardziej istnieje i sam ją zresztą wymieniłeś przywołując western, który nawet jeśli zaburzony przez Włochów wciąż pozostaje typowo amerykańskim produktem. Podobnie jak musical (już nie patrząc na historie bollywoodzkie), kino gangsterskie i filmy drogi, które są typowym kinem made in USA. Tyle tylko, że to się czuje gdzieś podskórnie, a fabuły tychże filmów wcale nie są usilnie zakorzenione, a tym bardziej uzależnione od miejsca akcji – są uniwersalne mimo tych naleciałości. Albo może, co sam trafnie zauważyłeś, właśnie dzięki nim – wszak Ameryka zbudowana została z wielu kultur i narodowości. Tyle tylko, że o Polsce można powiedzieć to samo. A jednak my pod względem kinowym pozostajemy jakoś dziwacznie zamknięci na Placu Zbawiciela.
            Poza tym przywołujesz jedne przykłady, ignorując drugie – Metro było, jak zauważyłeś, podróbką amerykańskich musicali, dlatego poległo zarówno TAM (dziękuję, taki już mamy), jak i TU, w świecie nieprzystosowanym tak naprawdę do takiej formy (mimo iż udało nam się zrobić przynajmniej jeden świetny musical w kinie – Halo Szpicbródka). Wymieniasz Górniak, którą położył brak ciekawego repertuaru i kiepski PR. Ale zapominasz, że taka Trzetrzelewska już się przyjęła, a nawet i na stałe została. Można? Można (o tym, że generalnie w Stanach zagranicznym śpiewakom jest dość trudno się wypromować nie wspominam, a już tym bardziej nie jestem w stanie podać kogokolwiek z naszego kontynentu, poza Wyspami rzecz jasna, który naprawdę by tam zabłyszczał, a przecież talentów nie brakuje). Dalej warto też wymienić nasz mały fenomen pod postacią młodego Machulskiego, którego niemal każdy film to kino przez duże A, właśnie na modłę amerykańską – Vabanki są tego chyba najlepszym przykładem, ale i Kiler przecież, którego swego czasu chcieli amerykanie remakować (1997 rok i taki szum w prasie, że o Titanicu każdy zapomniał) – a przecież dzieją się w Polsce. Ba! W języku i dialogach przemycone jest od groma rzeczy jedynie zrozumiałych dla nas, ew. naszych komunistycznych sąsiadów. Tylko, że to detale, a same historie są dalekie od wskazywania palcem i narzucania widzowi swej polskości. Jak więc widać można i nie zgodzę się z tym, że obecnie brakuje talentów, pomysłów czy możliwości. Coś się po prostu mentalnie zjebało i jeśli tego nie naprawimy i nie przestaniemy cisnąć na narodowość, to kibel nam się zwyczajnie zapcha pewnego dnia. Na szczęście nadzieja pozostaje – wszak, jak to śpiewał Stuhr, ‚nie ma takiej rury, której nie można odetkać…” :)

          • Kazik

            Ok, jestem w stanie się z wami zgodzić w sensie, że babranie się we rodzimym piekiełku nie jest zbyt warte zachodu. Zgoda. Jednak pojawia się jedna dosyć zabawna rzecz. Desjudi i nie tylko on ma delikatnie mówiąc, gdzieś, filmy rozliczające się z polskimi wadami, swarami, które rozumiane są tylko tutaj i nigdzie indziej. No i ok. Jest tylko jeden mały problem:) Dokładnie takie kino jakiego ty razem z Mefisto nie cierpicie, robi Wojciech Smarzowski! Kino Smarzowskiego to nic innego jak babranie się w polskim szambie. Piszesz: „Mentalnie jednak ludzie kinematografią zarządzający są na jakimś dziwnym poziomie żłobka i zwyczajnie lubią się babrać w gównie.”. Ale to przecież cały Smarzol! O czym jest „Wesele” jeżeli nie wręcz triumfem w ukazaniu typowo polskiej zaściankowości i wszelkiego buractwa? Tak samo „Dom zły”, tak samo „Drogówka”. Wszystkie jego filmy to nic innego jak tarzanie się w swojskim błocku, wręcz wybitnie hermetyczne kino. No ale wy bijecie Smarzowskiemu gromkie brawa! Mistrz! Uniwersalne kino! Gó…o prawda! Im bardziej Smarzowski nie jest doceniany za granicą, a nie jest, tym bardziej robi za gwiazdę w Polsce. Owszem, to naprawdę niezły reżyser, „Dom Zły” uważam za naprawdę porządne kino, jednak bądźcie w jakiś sposób konsekwentni. Hermetyczność be, etniczność be, taplanie się w bagnie be, ale za wyjątkiem Smarzowskiego.
            No, w ten sposób nie da się dyskutować. Tak, wiem, oczywiście, zaraz się okaże, ze Smarzowski robi kino rozpoznawalne pod każdą szerokością geograficzną a w kolejce na projekcję jego najnowszego filmu ustawiły się gęsiego tupiące z radości grenlandzkie pingwiny. Nic z tych rzeczy. Ot, wyszedł nad wyraz ciekawy paradoks na łamach KMF. Smaganie biczem polsko-filmowego zaścianka przy jednoczesnej apoteozie jego głównego piewcy.

          • Mefisto

            No nie do końca jest to paradoks, gdyż zarówno Dom zły, jak i Róża oraz Drogówka mają jednak coś więcej do zaoferowania, niż hermetyczność polskiego podwórka. Drogówka mówi o policji, ale czy tylko polskiej? Śmiem wątpić. Róża także wpisana jest w konretne ramy historyczne naszego państwa, ale jej głównym aspektem jest miłość dwojga ludzi skazanych (w domyśle) na porażkę wobec ogólnego zła i postępującej z każdą nową władzą degrengoladą. Film jednak bynajmniej nie krzyczy, że to Polska właśnie, a jedynie delikatnie acz z odpowiednią mocą jest to wpisane w tło historii tych dwojga. Zamieniamy Różę na czarnoskórą dziewczynę z Południa, a z Dorocińskiego robimy walczącego za Północ wojaka wracającego do domu i niewiele się zmienia w samym szkielecie filmu. To samo Dom Zły – tu owszem jest niby zaznaczony komunizm, a na celowniku polskie przywary, lecz fabularnie to po prostu śledztwo na temat tego, co stało się pewnej nocy i jego zapętlających się wokół uczestników skutków. Nie bez kozery było to przyrównywane do braci Coen. Owszem, Wesele pozornie wpisuje się w to, co tak mocno tu gromimy, ale i w nim znajdziemy jednak nieco więcej, jak tylko zaściankowość polskiej wsi. ‚Smarzol’ wg mnie nie tylko babra się w polskim gównie, co, przede wszystkim, w gównie ludzkiego zwyrodnienia, a to jednak pewna różnica. A że filmy te nie odniosły sukcesu zagranicznego? Abstrahując od tego, że w ostatnich dwóch dekadach praktycznie żadny polski film takiego sukcesu nie odniósł (może poza W ciemności, no ale to o Żydach), to trudno mi odnieść się do tego, jak film był promowany za granicami kraju, bo zwyczajnie tego nie wiem i możliwe, że PR nie był wystarczająco duży. No i poza tym nie tylko Smarzowski byłby wyjątkiem, bo i znajdzie się parę filmów, które potrafią odbiec od „polskiego gówienka” – chociażby i Szumowska, której maniery co prawda nie cierpię, a i fabuły od niej uważam za niepotrzebnie dołujące, lecz jednak zarówno Zachód (przynajmniej Europy) potrafił je docenić, jak i trudno w nich odnaleźć typowo polskie samobiczowanie się.

          • Kazik

            No ale po części zgadzasz się z tym co napisałem a argumentując w ten sposób, że wprawdzie polskie gówno ale nie do końca, to można ochrzcić dosłownie dowolny film dziejący się wyłącznie tu i teraz. Ja to widzę w sposób następujący. Desjudi jakby zakładał, że film jest zły już z samego faktu, ze nurza się w lokalnej rzeczywistości zrozumianej tylko dla wtajemniczonych. To bzdura! Nie jest złą rzeczą robić etniczne filmy. Złą rzeczą jest robienie ZŁYCH etnicznych filmów, Czy filmy, które są uniwersalne jeżeli chodzi o treść już z samej definicji są dobre albo wybitne? Niczego więcej im nie trzeba? Zaściankowość nie jest zła z samej siebie. Smarzowski robi zaściankowe filmy, ale robi je w ciekawy sposób i właśnie dzięki temu można w nich znaleźć elementy uniwersalne, które są częścią składową każdego dobrego filmu. Amen

          • Mefisto

            No to chyba żeśmy się nie do końca zrozumieli :) Bo mi chodzi o to, że polscy twórcy i/lub producenci, osoby wykładające kasę robią obecnie z tej polskości cel sam w sobie, czyli „musi być polski, bo tak”, bez patrzenia na historię i bohaterów. I temu się sprzeciwiam, to jest to babranie się w gówienku, którego nikt prócz nas nie zrozumie. I tu właśnie kluczem jest uniwersalność, jeśli chcemy wyjść z kinem „do ludzi”. Bo kino etniczne może od czasu do czasu stanowić jakąś ciekawą odskocznię, ale jeśli nic z niego nie zrozumiemy to na ładnych, egzotycznych widoczkach i śmiesznie brzmiącym języku się skończy – zostanie taki eksperyment na raz i raczej już po daną zakładkę w wypożyczalni nie sięgniemy. Natomiast wspomniany Smarzowski, bo widzę, że wciąż go wałkujemy – już napisałem, że u niego polskość jest rzeczą drugiego planu i mam wrażenie, że sięga po nią, gdyż zwyczajnie nie ma wyboru. U niego liczy się degrengolada, a że przy okazji ona jest polska to wcale mnie nie przekonuje. Czy gdyby był on Litwinem lub Rumunem, to czy jego filmy wyglądały by inaczej? Śmiem wątpić – detale oczywiście by się różniły, policjanci nie mieli by orzełków na mundurach, tylko inne znaczki, a czystą wódkę zastapiłaby śliwowica, ale fabuły jako takie już nie. A niestety o większości współczesnego kina polskiego tak napisać nie mogę, bo albo zbyt mocno, w przeciwieństwie do Smarzowskiego właśnie, zespalają się one z kontekstem historycznym tudzież patriotyzmem, albo ta polskość przysłania u nich wszystko inne.

          • Kazik

            A wg mnie polskość u niego jest rzeczą pierwszego planu. Tak jak już ktoś wspomiał wyżej, dalsza dyskusja nie ma sensu. Nie starasz się zrozumieć innego punktu widzenia tylko naginasz tezy tak jak jest ci wygodnie.

          • nie wkładaj mi w usta słów, których nie powiedziałem. Czytaj ze zrozumieniem.

          •  „Wedle twojego wywodu już sam fakt, że dany film może być zanurzony w problemach danego kraju przekreśla jego wartość. „.
            Nie, tego nie powiedziałem i nie to miałem na myśli.

            „Pojmij to, że film może być z jednej strony cholernie chermetyczny jeżeli chodzi o poruszane ekranowe problemy a z drugiej strony zrozumiały dla wszystkich pod słońcem. Nie dlatego, że wyzbędzie się owej hermetyczności tylko dlatego, że weźmie się za niego zdolny twórca, który wie jak nakręcić dobry film. „

            A jaki to jest dobry film? Jaki film osiągnie międzynarodowy sukces? Według mnie taki, który będzie aż kipiał od emocji, który będzie miał intrygujących bohaterów. Jeśli będzie bawił się znanymi kliszami, to zrobi to zgodnie z prawidłami gatunkowymi, trzymając się najlepszych wzorów, najlepszych rozwiązań fabularnych, inscenizacyjnych. Dlatego takie „80 milionów” jest nędznym filmem, bo miast z niesamowitej historii zrobić nasze własne „heist movie”, stworzono film bezcelowy, po łebkach, pozbawiony emocji, ciekawych bohaterów. A samo poruszenie problemu nie tworzy dobrego filmu! Takie przekonanie jest wielkim grzechem wielu filmów polskiej kinematografii. Podobnie jest przecież z „Syberiadą polską”, „Tajemnicą Westerplatte”, których twórcy tylko czekali na medale tylko za to, że zmierzyli się z ważnym kawałkiem historii, jakby nie zauważając, że nie tak się robi dzisiaj filmy.

          • Mr.T

            Zaglądam na tą stronę niemal od początków istnienia i zdaje się, że nie widziałem aż tak obszernej dyskusji po jakimkolwiek z wątków:). Panie Rafale – tak po krótce. Poniżej użytkownik”Kazik” trafił w sedno sprawy, dziwi mnie że piszący na jednej z bardziej rzeczowych stron zajmującej się tematyką filmową prowadzący nie zauważa faktu iż w Polsce brak jest filmów środka, w jednej dłoni mamy infantylne komedyjki romantyczne (obsada – Borys Szyc) w drugiej martyrologiczne, cierpiętnicze obrazy (obsada – Marcin Dorociński). Proszę mi uwierzyć – tak długo jak taki Smarzowski będzie uważany za zbawcę rodzimego kina, nasza kinematografia będzie dyndała na końcu filmowego łańcucha, nie dość. że jego obrazy kompletnie bez sensu są jednowymiarowe to i jeszcze fatalne pod względem technicznym. Taka „Róża” montowana chyba była przez psa Reksia zarażonego wścieklizną. Pozdrawiam.

          • krótko – nie zgadzam się :) Istnieje kino środka – „Być jak Kazimierz Deyna”, „Dzień kobiet”, „Nieulotne”. Nie są to komedie romantyczne, nie są to martyrologie.

  • Kazik

    Daj spokój. Cytujesz te fragmenty mojej wypowiedzi, które są dla ciebie wygodne.

  • Lizergamid

    Jak przeczytałem ten artykuł i nie było jeszcze żadnych komentarzy, wiedziałem już jedno – niedługo będzie ich całkiem sporo. Jak widać moja ocena była całkiem słuszna, bo i we mnie samym poruszony temat wywołał małą lawinę myśli. Autor ma rację, jednocześnie jej nie mając i – co jeszcze dziwniejsze – o imć Żulczyku można powiedzieć to samo. Można by godzinami debatować o tym co słuszne, a co nie, ale jedno jest pewne. Wszyscy mamy różne, nieraz bardzo odmienne punkty odniesienia i różne gusta, i choć pewne rzeczy są uniwersalne albo mają z góry przypisane wartości, porozumieć się o najprostsze sprawy łatwo nie będzie i jak widać – nie jest. Dla jednych Smarzowski to guru polskiego kina i wyznacznik jakości, dla drugich koleś gotujący różne zupy ciągle z tych samych składników. I obie strony znów mają sporo racji, i tak można to ciągnąć i ciągnąć a każdy zostanie na końcu przy swoim. Dlatego od razu z góry mówię – dajcie spokój, bo primo: sensownych wniosków się tu nie osiągnie ponad to co już wiadome, a secundo: sensowne wniosnki jednej strony dla drugiej będą wierutnymi bzdurami. A zatem oszczędźmy sobie i po tertio: lepiej iść obejrzeć film. Dobry film. Może polski, może amerykański, może irański, byle dobry.

    • noida

      „Dla jednych Smarzowski to guru polskiego kina i wyznacznik jakości, dla drugich koleś gotujący różne zupy ciągle z tych samych składników.” Z grubsza to samo można powiedzieć o Woodym Allenie ;)

  • testofan

    Polskie kino jest kichą.

  • daas

    zgadzam się! nie tak polskie kino złe, jak je malują :) jeżeli kogoś temat interesuje, to polecam dobry artykuł na tej stronie http://cenabiznesu.pl/-czy-polskie-filmy-to-zawsze-kiepskie-filmy/0/0/50da3df4cd84f48cb58940ff1c4f13bb






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Dzień kobiet

Następny tekst

Złodziej tożsamości



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE