publicystyka filmowa

Dlaczego polskie kino nie jest kichą

Autor: Rafał Oświeciński
opublikowano

Wiecie dobrze, że niejednokrotnie na łamach tej strony krytykowałem polskie filmy, ironizowałem z polskich twórców, śmiałem się z tandetnych produkcji. Bo lubię polskie kino – staram się je doceniać wtedy, kiedy warto, i nie stawiam go ani na piedestale, ani nie narzucam swoim ocenom jakiejś wyrozumiałości, bo to polskie.

Wkurzył mnie Jakub Żulczyk. Przekrój wrzucił na swoją stronę jego felieton (Włączyć własne oczy), w którym autor daje upust swojej frustracji związanej z kondycją polskiego kina. Już początek tekstu wieści wiele: „Polscy twórcy nie chcą opowiadać o Polsce. Polscy twórcy, tak jak cała reszta Polaków, nie chcą w niej być. Chcą uciec, a przede wszystkim chcą uciec stąd mentalnie.” 

Dalej padają cytaty z Zanussiego, odwołania do wybitnego „Pociągu” Kawalerowicza i najważniejsze słowa:

Pragniemy zrobić coś uniwersalnego, coś, co wpisze się w globalną narrację, z całych sił chcemy dołączyć się do chóru, jak wystający na boisku dzieciak czekający na to, aż starsi chłopacy pozwolą mu pograć z nimi w piłkę. Łudzimy się, że Zachód nas zauważy, jeśli pokażemy mu, jak wspaniale potrafimy go udawać. Nie dopuszczamy do świadomości tego, że jedyny sposób, w jaki możemy zwrócić uwagę na siebie na zewnątrz, to opowiadanie o sobie.

Powiedzieć, że się z taką tezą nie zgadzam, to powiedzieć niewiele. Uważam ją bowiem za bzdurną i osadzoną w całej kupie stereotypów i oczywistych skojarzeń dotyczących polskiej kinematografii, niekoniecznie tych sprawiedliwie oceniających. Takie slogany rzucane w mediach (Rzeczpospolita! Przekrój!) są najbardziej irytujące. Najgorsze jest jednak to, że opinia Żulczyka jest podyktowana albo niewiedzą, albo czystą złośliwością. Pominę to drugie – z cynikami trudno wchodzi się w dyskusję. Ale to pierwsze – niewiedza – to nic innego jak ignorancja, tutaj – nieznajomość polskiego kina takim, jakie ono jest, nie takim jakie bywa w opinii uprzedzonych quasi-kinomanów, i nie takim, które jest oceniane przez pryzmat ilości sprzedanych biletów.

I wiem, że naprawdę można wiele złego powiedzieć o polskiej kinematografii – że nie osiąga międzynarodowych sukcesów, że nie jest obecne na najważniejszych festiwalach i głównych konkursach; że pojawiają się w niej filmy żenująco złe, że filmy żenująco złe są oglądane, a aktorzy występujący w żenująco złych filmach są gwiazdami lokalnej sceny. Że do filmów powstają fatalne plakaty, że zwiastuny rażą amatorszczyzną, że kampanie reklamowe wywołują pospolity facepalm…

JEST DOBRZE, BYWA ZNAKOMICIE!

Można się zżymać, narzekać, jęczeć, grymasić. Ale nie można generalizować, czyli pierdolić od rzeczy. Tym bardziej, że polska kinematografia w ostatnich 2-3 latach, oprócz żenująco złych filmów, których było raptem kilka, dała również sporo dobrych obrazów, a nawet kilka filmów wybitnych. Przykłady? Weźmy takiego Smarzowskiego i jego ostatnie 3 filmy – „Dom zły”, „Róża”, „Drogówka”. Już ich status (kupa nagród, setki tysięcy widzów w kinach) świadczy o tym, jaką bzdurę palnął Żulczyk. Lećmy dalej: Borcuch i jego „Wszystko co kocham” i „Nieulotne”, które pokazał na Sundance. Nie krzyczę o wybitności tych filmów, ale z pewnością nie są „mentalną ucieczką”. Weźmy takiego Kolskiego, który zawsze robi coś niebanalnego. Taki Jakimowski niesamowicie się rozwija z filmu na film (jego najnowsze, anglojęzyczne „Imagine” jest świetne!). A Dorota Kędzierzawska chętnie witana w kinach całego świata? A Szumowska? Wojcieszek? A znakomity „Wymyk”? A Pasikowski i jego „Pokłosie”? A naprawdę znakomita „Obława”? Zaskakujące „Jesteś Bogiem”? „Ki”,”Daas”, „Sala samobójców”, „Kret”? Nawet ostatnie „Być jak Kazimierz Deyna” i „Miasto kobiet” (oba poległy w kinach) to udane filmy nieudającego niczego, osadzone w Polsce, z polskością w tle. I to pomimo krzywdzących kampanii (vide „Polska Erin Brockovich”).

Nie mówię, że to wielkie kinematograficzne sukcesy i jednoczesny dowód na wspaniałe status quo. Nie jestem rzecznikiem PISFu czy Ministerstwa Propagandy, żeby takie dyrdymały opowiadać. Część z wymienionych powyżej tytułów budziła wiele kontrowersji, ale była w jakiś sposób ważna – o nich się dyskutowało, z ich autorami się sprzeczało, a krytyka była niejednoznaczna. Coś w swoim czasie znaczyły, a jeśli towarzyszyła im cisza, to często ze względu na niezasłużoną kinową porażkę.

POLSKI UWIĄD

Polski uwiąd twórczy nie jest podyktowany twórczą indolencją, brakiem dobrych tematów, kiepskim warsztatem. Nie jest podyktowany też ucieczką mentalną, bo często filmy są przecież osadzone tu i teraz (i z tego czyniony jest zarzut). Słabością polskiego kina jest marketingowa impotencja, bo ją widać na pierwsze łypnięcie okiem – filmy są kiepsko wprowadzane na rynek, w towarzystwie nijakiej kampanii promocyjnej, która zaczyna się na 2 tygodnie przed wejściem filmu do kin. Brak w tym wszystkim jakiejś wizerunkowej spójności, która przygotuje widza na ciekawą ucztę. Grzechem jest też nieumiejętność przeliczenia sił na zamiary, co jest zmorą superprodukcji głównie, które starają się budować spektakularność na kiepskich fundamentach, czyli niewielkiej kasie, słabym scenariuszu i braku kreatywności (vide „Tajemnica Westerplatte” czy „Syberiada polska”).

W polskim kinie brakuje też zaczepienia w kinie gatunkowym – brakuje thrillerów, kryminałów, sf, czyli kina oferującego zabawę znanymi konwencjami, narracjami, bohaterami (nawet w formie parodii). A przecież polska literatura oferuje tyle dobrego i… nic, nic nie słychać o ekranizacjach Zajdla, Lema, Dukaja (a to tylko sf), czy Krajewskiego ze swoim Breslau.

Tu nawet udawanie by pomogło – naśladowanie najlepszych wzorców promocyjnych, inspiracja stylem najlepszych twórców, sięganie do kina gatunkowego – to przecież nic zdrożnego. To nie świadczyłoby, jak sądzi Żulczyk, o „zapożyczonej wiedzy o rzeczywistości”, tylko o świadomości tego, że film to produkt, który – dzięki nauce płynącej od najlepszych – może być odpowiednio sprzedany. Tak się powinno robić filmy. Tego, jak mniemam, chcą widzowie.

Słabości kina polskiego można rozwijać długo, dywagować w nieskończoność nad jego byłą i obecną kondycją, ale owe przemyślenia nie powinny stać się podstawą do budowania wątpliwych tez. Generalizacja nikomu nie służy, tym bardziej jeśli jest podyktowana ignorancją i chwytliwymi hasłami, nie mającymi oparcia w rzeczywistości. „Najbardziej popularnym u nas gatunkiem filmowym jest kicha” – mówi Żulczyk. Serio? W czym się ona objawia, konkretnie? Gdzie jest zasadą? Czy te filmy, które wymieniłem kilka akapitów powyżej, są przykładem kichy? Zresztą spójrzmy na premiery pierwszego kwartału 2013. 14 premier, z czego 3 stały się komercyjnymi hitami (Bejbi blues, Drogówka, Sęp), 4 filmy są (lub zapowiadają się) co najmniej bardzo dobre (Drogówka, Baczyński, Nieulotne, Będziesz legendą), kilka zaprezentowało bardzo przyzwoity poziom (Dzień kobiet, Być jak Kazimierz Deyna), kilka wyraźnie podzieliło publiczność (Bejbi Blues, Sęp), a kilka rzeczywiście reprezentuje kichę (Syberiada, Westerplatte, Last minute), która została odpowiednio zgnojona przez krytykę i – co najważniejsze – przez widzów.

Więc, zaprawdę powiadam Wam, źle nie jest. Żulczyk przegina. Wystarczy oglądać, znać kino polskie, żeby do tak oczywistych wniosków dojść (za oczywistości przepraszam).

Ostatnio dodane