"Dlaczego Disney traci pieniądze?" - artykuł o porażkach finansowych wielkiego studia | FILM.ORG.PL

Dlaczego Disney traci pieniądze?








Grzegorz Fortuna
04.09.2013


Disney ma obecnie w swoich rękach Marvela, Pixara i „Gwiezdne wojny” – trzy spośród najbardziej liczących się filmowych marek świata. Mogłoby się wydawać, że w takiej sytuacji nie pozostaje nic innego, jak siedzieć i zerkać na powiększający się o kolejne zera stan konta. Nic bardziej mylnego.

Każde szanujące się wielkie hollywoodzkie studio – a do takich niewątpliwie należy dziś Disney – stara się realizować tak zwaną strategię portfolio. Oznacza to ekspansję na kolejne pola filmowej działalności i próbę docierania do jak największej liczby audytoriów; innymi słowy: chodzi o realizowanie filmów z różnych gatunków, skierowanych do innych typów odbiorców (dzieci, młodzież, dorośli) w celu maksymalizacji zysków. A jako że Disney – kojarzony z rozrywką tradycyjną, rodzinną, pozbawioną treści, które można by zaprezentować jedynie osobom pełnoletnim – nie może firmować swoim logiem horrorów, thrillerów i innego rodzaju filmów z kategorią R, musi próbować wycisnąć jak najwięcej z audytorium, które od dziesięcioleci stanowi jego główny target: dzieci i młodzieży.

Bardzo konkretna szansa na poszerzenie disneyowskiego portfolio pojawiła się w 2003 roku, wraz z premierą pierwszej części „Piratów z Karaibów” – niepozorny projekt, z którym „myszkowi włodarze” nie wiązali początkowo dużych nadziei, przyniósł w światowych kinach zysk w wysokości 654 milionów dolarów (przy 140 milionach budżetu). Kolejne dwie części serii z Johnnym Deppem zarobiły łącznie dwa miliardy dolarów w samej tylko dystrybucji kinowej (!), co dało szefom wytwórni jasny i wyraźny sygnał – niszą, w którą należy inwestować, jest egzotyczne, awanturnicze kino przygodowe. Po premierze trzeciej części Disney zdał sobie jednocześnie sprawę, że pirackiej sagi nie można eksploatować w nieskończoność i trzeba znaleźć dla niej jakieś zastępstwo. Od tego czasu na ekrany kin weszły aż trzy przygodowe blockbustery – „Książę Persji: Piaski czasu”, „John Carter” i „Jeździec znikąd” – sygnowane logiem wytwórni. Każdy z nich miał w założeniu rozpocząć własną franczyzę; ostatecznie wszystkie okazały się wielkimi box office’owymi klapami, przy czym każdy kolejny zarobił mniej od poprzedniego.

Oczywiście studia takie, jak Disney, kierowane są dzisiaj głównie przez księgowych i ekonomistów. Nad każdym dużym projektem czuwa armia specjalistów, którzy decydują – na podstawie badań rynku i różnego rodzaju statystyk – czy film warto skierować do produkcji. I każdy z tych panów w garniturach jest na pewno bardziej kompetentny niż ja. Odnoszę jednak wrażenie, że klęski trzech wspomnianych filmów można było przewidzieć; wydaje mi się też, że podczas ich realizacji popełniono sporo błędów, które doprowadziły do takiego a nie innego efektu.

Poniżej staram się przedstawić pokrótce, dlaczego potencjalne hity okazały się finansowymi niewypałami. Towarzyszyć mi będzie teoria brytyjskiego krytyka filmowego, Marka Kermodego, który wysnuł tezę, że blockbuster nie zrobi klapy, jeśli spełni cztery proste zasady:

1. Będzie miał budżet na tyle wysoki, by wspominały o nim media,
2. Strona wizualna będzie spektakularna,
3. Nie będzie komedią,
4. W roli głównej wystąpi megagwiazda.

Przy każdym filmie podaję wysokość budżetu i wpływy z kin. Warto w tym miejscu zwrócić jednak uwagę na dwie rzeczy: 1) na konto studia wraca mniej więcej połowa zarobionych w kinach pieniędzy (resztę zgarniają kiniarze i dystrybutorzy), wynik z box office’u musi być więc dwukrotnie wyższy niż budżet, żeby film wyszedł na zero; 2) Konkretna produkcja – a hollywoodzki blockbuster w szczególności – zarabia też po opuszczeniu kin, podczas sprzedaży na płytach Blu-Ray i DVD, wyświetlania w telewizji, a także na handlu licencjonowanymi zabawkami i gadżetami. Wysokość wpływów z tych gałęzi dystrybucji jest jednak warunkowana przez sukces kasowy w pierwszych tygodniach wyświetlania. Innymi słowy – im mniej osób obejrzy film w kinach, tym mniej później go kupi.

 

Książę Persji: Piaski czasu (2010)

Budżet: 200 mln dolarów + koszty marketingu (około 100 mln)
Wpływy z kin: 335 mln

To najmniejsza klapa z wszystkich trzech i jednocześnie pierwszy film, który określany był przez Disneya mianem oficjalnego następcy „Piratów…”. Pozornie „Książę Persji” spełnia wszystkie wymogi wyliczone przez Kermodego: ma odpowiednio wysoki budżet, zapierające dech w piersiach efekty i, pomimo pewnej dawki humoru, zdecydowanie nie jest komedią. Kiedy dochodzimy do punktu czwartego, pojawia się jednak problem: Jake Gyllenhaal nie jest wielką gwiazdą. Owszem, to znany aktor, ale znany raczej publiczności zaznajomionej z poważnym kinem dla dorosłych („Tajemnica Brokeback Mountain”, „Bracia”, „Donnie Darko”) niż nastolatkom. Nie jest to w żadnym wypadku aktor, który mógłby pociągnąć film za 200 milionów. Poza tym, podczas seansu trudno nie odczuć, że Gyllenhaal czuje się w tego typu kinie trochę nie na miejscu: nie do końca wie, co ze sobą zrobić, i naprawdę dobrze wypada tylko w scenach, w których partneruje mu Gemma Arterton.

Kolejnym problemem jest w wypadku „Księcia Persji” jego rodowód. Wyniki finansowe wielu ekranizacji gier komputerowych (nie tylko tych w reżyserii Uwego Bolla) pokazały, że adaptowanie tego medium na potrzeby kina nie oznacza gwarantowanego sukcesu; wręcz przeciwnie – znaczna część tego typu filmów kończyła kinowy obieg z marnym wynikiem, w wielu przypadkach ich premierom towarzyszyły ponadto miażdżące recenzje (niech za dowód poświadczy fakt, że żadna z dotychczasowych ekranizacji gier dystrybuowanych w światowych kinach nie przekroczyła granicy 50% pozytywnych recenzji w portalu agregacyjnym Rotten Tomatoes, a jest ich już prawie trzydzieści). Tymczasem „Książę Persji” był najdroższą jak do tej pory adaptacją gry komputerowej. I choć w tej kategorii jest również rekordzistą pod względem zysków, pieniądze z box office’u nie wystarczyły, by astronomiczny budżet się zwrócił.

Warto tutaj zwrócić uwagę także na nieco inną kwestię. Jeśli przyjmiemy, że kalendarz jest tortem, to wakacje są tą jego częścią, na szczycie której widnieje pyszna kandyzowana wisienka. Lato to najlepszy okres dla amerykańskich filmów wysokobudżetowych – wtedy do kin chodzi najwięcej nastolatków, wtedy też widzowie zostawiają w kasach najwięcej pieniędzy. Wielkie studia, wprowadzające w tym okresie na ekrany najwięcej blockbusterów, zapominają czasami, że portfel przeciętnego widza nie jest studnią bez dna, i wypuszczają zbyt wiele wysokobudżetowych filmów. „Książę Persji” miał swoją amerykańską premierę (28 maja 2010) zaledwie tydzień po czwartej części „Shreka” i dwa tygodnie przed remakiem „Karate Kida”. Oba te filmy – oparte na lepiej znanych franczyzach – zabrały mu sporą część zysków.

 

John Carter (2012)

Budżet: 250 mln dolarów + koszty marketingu (około 100 mln)
Wpływy z kin: 283 mln

Od klapy „Księcia Persji” minęły dwa lata, a w międzyczasie (w wakacje 2011 roku) Disney wypuścił czwartą część „Piratów…”, która zarobiła – bagatela – ponad miliard dolarów na całym świecie. Co dziwne, zdaje się, że przez ten czas Disney niczego się nie nauczył. Jeśli jednym z problemów „Księcia Persji” był mało znany aktor w roli głównej, to w przypadku „Johna Cartera” problemem był… zupełnie nieznany aktor w roli głównej. W marcu 2012 roku, kiedy film Andrew Stantona zawitał do amerykańskich kin, publiczność mogła kojarzyć Taylora Kitscha co najwyżej z niewielkiej drugoplanowej rólki w nieudanym „X-Men Geneza: Wolverine”. Kitsch miał stać się nową gwiazdą wysokobudżetowego kina (w tym samym roku na ekrany wszedł „Battleship”), ale oba wspomniane filmy poniosły sromotną klęskę w box offisie i jego karierę szlag trafił. Co ciekawe – decyzja o obsadzeniu nieznanego aktora była ponoć świadomym wyborem reżysera, który chciał skupić się na historii i stronie wizualnej, a nie na gwiazdorskiej obsadzie. Dlaczego nie powstrzymał go żaden z „myszkowych włodarzy”? Trudno dokładnie powiedzieć, ale rację ma prawdopodobnie Mark Kermode, który twierdzi, że gdyby w głównej roli wystąpił na przykład Tom Cruise (przez moment były takie plany), film by się zwrócił.

W książce „John Carter and the Gods of Hollywood” Michael D. Sellers dokładnie opisuje przyczyny klapy filmu Andrew Stantona. Jako główne powody podaje przetasowania w kierownictwie studia, które poskutkowały ciągiem złych decyzji, zarówno produkcyjnych, jak i marketingowych. Andrew Stanton – twórca „Gdzie jest Nemo” i „Wall-E” – otrzymał niemal całkowitą władzę nad wartym ćwierć miliarda projektem, chociaż był debiutantem w dziedzinie filmu aktorskiego. Jego postanowienia – o zmianach w materiale źródłowym, zrezygnowaniu z gwiazd i specyficznie prowadzonym marketingu – zaważyły na tym, że film nie był przez publiczność odbierany tak, jak powinien. Pamiętam, że po zobaczeniu pierwszego trailera sam uznałem „Johna Cartera” za jakiś poboczny, mniej ważny projekt studia. Dopiero później dowiedziałem się, że chodzi o jedną z najdroższych superprodukcji w dziejach kina.

Kolejnym powodem klęski wydaje się – podobnie, jak w wypadku „Księcia…” – geneza filmu. „John Carter” to ekranizacja książki sprzed stulecia: „Księżniczki Marsa” Edgara Rice’a Burroughsa. W swoim czasie opowieść Burroughsa była niemal rewolucyjna; łączyła gatunek science fantasy z tak zwanym „międzyplanetarnym romansem”, dzięki czemu stała się hitem literatury pulpowej początku XX wieku. Od jej premiery minęło jednak sporo czasu, a wszystkie czynniki, które świadczyły o jej oryginalności, zostały już kilkadziesiąt razy przemielone i przetrawione przez popkulturę – choćby w „Gwiezdnych wojnach”. Sto lat po jej premierze kinowy „John Carter” nie miał już widzowi do zaoferowania niczego rewolucyjnego.

Problemem wydaje się także sam tytuł filmu Stantona. Oryginalnie miał on brzmieć „John Carter z Marsa”, ale twórcy zauważyli, że filmy z czerwoną planetą w tytule („Matki w mackach Marsa”, „Misja na Marsa”, „Duchy Marsa”) słabo się sprzedają. Usunięcie członu „z Marsa” miało więc być dobrym marketingowym posunięciem, ale okazało się strzałem w stopę. Niezaznajomionym z prozą Burroughsa sam „John Carter” nic bowiem nie mówił, a fani jego twórczości i tak byli zdenerwowani na Stantona z powodu wspomnianych zmian w materiale źródłowym.

Szczerze przyznam, że klapa „Johna Cartera” bardzo mnie zasmuciła. To najlepszy spośród Disneyowskich filmów przygodowych ostatnich lat (Woola!) i jednocześnie jedyny, którego sequele chciałbym zobaczyć (Stanton planował początkowo trylogię). Pixarowskiemu reżyserowi udało się wskrzesić ducha Nowej Przygody – zrobił film staromodny, naiwny, ale przy tym niezmiernie urokliwy. Klęska finansowa spowodowała jednak, że „John Carter” zamienił się w coś na kształt „Krulla” XXI wieku – wysokobudżetowy projekt, który poległ pomimo wielu zalet.

 

Jeździec znikąd (2013)

Budżet: 215-250 mln dolarów + marketing (100-125 mln)
Wpływy z kin: 239 mln (ciągle grają go w niektórych kinach, więc zysk może się jeszcze powiększyć o jakieś 5 mln)

„Ok, panowie, schrzaniliśmy dwa razy z rzędu. Teraz nie pozwolimy na klapę – zatrudnijcie wszystkich, którzy pracowali przy pierwszych trzech częściach Piratów. Powierzcie projekt Jerry’emu Bruckheimerowi, na stołku reżyserskim posadźcie Verbinskiego, niech muzykę zrobi Zimmer. Aha, i dajcie Deppowi tyle, ile będzie chciał, byle tylko pozwolił sobie pomalować mordę na biało. To się nie może nie udać. NIE MOŻE!”

A jednak. W momencie, w którym piszę te słowa, „Jeździec znikąd” jest drugą największą klapą w całej historii kina. I to po uwzględnieniu inflacji. Gdyby nie brać jej pod uwagę, byłby na pierwszym miejscu.

Co nie zagrało tym razem? Właściwie wszystko. Chociaż pozornie mamy tutaj potrzebne składniki: budżet był astronomiczny, kasę widać na ekranie, w jednej z dwóch głównych ról występuje – nareszcie! – gwiazda. Mimo to, „Jeździec znikąd” łamie aż dwie zasady Kermodego. Jak to możliwe?

Po pierwsze: film był reklamowany jako komedia, a w trailerach pokazywano rzekomo najzabawniejsze jego fragmenty. Disney uznał, że skoro Johnny Depp zarobił cztery miliardy w pirackiej tetralogii, to warto postawić na jego wygłupy także w „Jeźdźcu…”. Po drodze okazało się jednak, że publiczność ma dość wydurniającego się gwiazdora – „Mroczne cienie” Tima Burtona i „Dziennik zakrapiany rumem” okazały się box office’owymi klęskami. Disney nie mógł jednak tego przewidzieć, bo „Jeździec…” dostał zielone światło przed premierami tych filmów. Po drugie: choć budżet był niewątpliwie ogromny, prasa rozpisywała się przede wszystkim o zmianach w jego wysokości i problemach produkcyjnych filmu. A to nigdy nie pomaga w sprzedaży blockbustera.

Znudzenie publiczności Deppem i wahania budżetu nie były jednak jedynymi powodami kosmicznie słabych wyników finansowych. Disney ponownie postawił na franczyzę o długiej historii (John Reid, czyli tytułowy „Lone Ranger”, pojawił się po raz pierwszy w amerykańskich mediach w 1933 roku), ale jednocześnie na franczyzę, której młodzież ma prawo nie kojarzyć. Efekt był taki, że do kin poszli głównie dorośli i starsi widzowie, podczas gdy grupa docelowa filmu – czyli, najogólniej mówiąc, dzieciaki – wybrała inne filmy.

Już sam wybór gatunku zwiastował zresztą klęskę. Wysokobudżetowy western to bowiem coś, co we współczesnym kinie praktycznie nie istnieje. Owszem, w ostatnich latach można znaleźć kilka westernów, które odniosły sukces kasowy („Django Unchained”, „Prawdziwe męstwo”), ale w tych wypadkach widzów do kin przyciągały raczej nazwiska reżyserów. No i żaden z tych filmów nie miał tak absurdalnie wielkiego budżetu. Tymczasem „Jeździec znikąd” – jeśli przyjmiemy szacunkowe dane za prawdziwe – musiałby zarobić około 750 milionów dolarów, żeby się zwrócić. Biorąc pod uwagę, że w te wakacje jedynie trzy filmy osiągnęły tak duży wynik („Iron Man 3”, „Minionki rozrabiają” i „Szybcy i wściekli 6”), można zaryzykować stwierdzenie, że Disney wpakował się w interes, z którego nie miał najmniejszej szansy wyjść „z tarczą”.

 

***

 

Zamiast przyznać się do porażki, twórcy „Jeźdźca znikąd” oskarżyli o spowodowanie klapy… krytyków filmowych. To zarzut kompletnie bezsensowny, bo od lat wiadomo, że krytycy nie mają żadnego wpływu na wyniki finansowe blockbusterów (czwarta część „Piratów” czy dwie ostatnie części „Transformers” mogą posłużyć za dobre przykłady). Disney stara się jednocześnie podciągnąć nogawki i jak najszybciej wyjść z bagna, w które się wpakował – według plotek włodarze studia planują obciąć budżet piątej części „Piratów…” i pozbawić Jerry’ego Bruckheimera prawa do decydowania o ostatecznym kształcie filmu. Nic dziwnego, trudno bowiem w tej chwili wyrokować, który z czynników będzie dla publiczności ważniejszy (przyzwyczajenie do franczyzy czy znudzenie manierą Deppa), a co za tym idzie – czy film zarobi tyle, ile poprzednie części serii.

W całej tej historii jest jednak pewien plus – cieszy mianowicie fakt, że Disney nie stara się spocząć na laurach i próbuje wprowadzić do świata zdominowanego przez bezpieczne pod względem ekonomicznym franczyzy jakąś nową markę. Szkoda tylko, że robi to w sposób, który wydaje się ze wszech miar nieprzemyślany.

Grzegorz Fortuna

Grzegorz Fortuna

Miłośnik polskiej kultury filmowej okresu transformacji, dawnego włoskiego kina gatunkowego, filmu grozy i współczesnej popkultury. Członek kolektywu VHS Hell. Zainteresowany wszystkim tym, co zapomniane lub niedocenione. Bardzo lubi kebab.
Grzegorz Fortuna

Grzegorz Fortuna - ostatnie teksty: (zobacz wszystkie)







  • Gość

    „A jako że Disney – kojarzony z rozrywką tradycyjną, rodzinną,
    pozbawioną treści, które można by zaprezentować jedynie osobom
    pełnoletnim – nie może firmować swoim logiem horrorów, thrillerów i
    innego rodzaju filmów z kategorią R, musi próbować wycisnąć jak
    najwięcej z audytorium, które od dziesięcioleci stanowi jego główny
    target: dzieci i młodzieży.”

    Do wyciągania pieniędzy z pełnoletnich to Disney ma Touchstone a dawniej Miramax i Dimension.

    • Grzegorz Fortuna

      Masz oczywiście rację, mój błąd. Inna sprawa, że filmy produkowane przez te firmy nie są nigdy opatrzone logiem Disneya.

  • Guest

    Autor nie zwrócił uwagi na fakt, że analizowane przez niego „niewypały” Disneya łączyła jeszcze jedna rzecz, także decydująca dla wyników kasowych. A mianowicie obrazy te nie są sequelami, kontynuacjami oryginałów, które się spodobały i się sprzedają na samej zasadzie marki. Pod tym względem trudno się nie zgodzić z obroną twórców „Jeźdźca”, którzy ubolewali nad faktem, że żyjemy w czasach, gdzie sequel wygrywa nad „jedynką”.

    • Tomek Madejski

      Słusznie, wszystkie 3 filmy które osiągnęły pułap 750 mln w tym roku to sequele.

    • Grzegorz Fortuna

      Wspominałem o tym, pisząc, że filmy Disneya poległy w starciu z lepiej rozpoznawanymi franczyzami :). Warto jednak zwrócić uwagę na fakt, że żadna z trzech klap Disneya nie była projektem w pełni oryginalnym; każda była ekranizacją czegoś (czy to powieści, gry komputrowej czy serialu), trudno więc mówić tu o jakiejś wielkiej oryginalności czy nowej jakości.

  • Dominik Herman

    Bardzo fajny tekst, nie sposób się nie zgodzić.
    Przyjemna lektura do kawy.

  • Kazik

    Najpierw piszesz tak:… „choć budżet był niewątpliwie ogromny, prasa rozpisywała się przede wszystkim o zmianach w jego wysokości i problemach produkcyjnych filmu. A to nigdy nie pomaga w sprzedaży blockbustera”

    A zaraz potem tak: „Zamiast przyznać się do porażki, twórcy „Jeźdźca znikąd” oskarżyli o spowodowanie klapy… krytyków filmowych. To zarzut kompletnie bezsensowny, bo od lat wiadomo, że krytycy nie mają żadnego wpływu na wyniki finansowe blockbusterów”. Więc co jest z tym tekstem?

    • Grzegorz Fortuna

      „Prasa” i „krytyka filmowa” to w tym wypadku dwie różne rzeczy. W pierwszym chodziło o notatki prasowe na temat nowych filmów, pojawiające się w wielu gazetach i na większości stron internetowych z newsami – zwykle krótkie i pozbawione oceny; w drugim o recenzje zrobionych już filmów. Te pierwsze czyta zwykle dużo więcej osób, a informacja typu „film x ma problemy z produkcją” może bardziej wpłynąć na wynik kasowy, niż negatywne recenzjce krytyków.

  • Jaro

    Bardzo fajny tekst, taki „praktyczny”. Więcej takich!

  • p.

    Wątpie, by disney tracił na sequelach hitów, nawet jeżeli te nie były takimi sukcesami jak oryginały. Nawet jeżeli film nie zwróci się całkiem, to jest sam w sobie jest kosztowną kampanią reklamową i nakręca sprzedaż komiksów, gier, figurek, książek itd. związanych z filmem. Szczególnie, że chodzi tu o filmy adresowane do dzieci i młodzieży. Nie muszą one obejrzeć wcale tego filmu, widzą jednak, że o danej serii wciąż jest głośno i kupują gadgety.

    • Jaro

      Ale w tekście nie jest mowa o sequelach a o niezależnych produkcjach. To na nich Disney traci. A tak czy siak… widziałeś kiedyś jakieś gadżety z Księcia Persji, Johna Cartera albo Lonely Ridera? :P

      • Mefisto

        Myślę, że gadżetów z tych filmów jest od cholery i ciut, ciut, ale w USA, który jest przecież i rynkiem docelowym i bardziej rozwiniętym, a i znacznie więcej tam geeków, którzy takie coś kupią.

        • Grzegorz Fortuna

          Gadżetów na pewno trochę jest, ale na geekach nie zarobisz przecież tyle, żeby klapa się zwróciła. Do tego potrzebne są dzieciaki, które pokochają daną franczyzę, jak to było choćby w wypadku Pixarowskich „Aut” (jeśli dobrze pamiętam, zarobiły dwa miliardy dolarów na samych gadżetach).

    • Jaro

      Lone Rangera, sorry.

    • Grzegorz Fortuna

      Tak, jak mówi Jaro – na sequelach hitów traci się rzeczywiście bardzo rzadko, ale tekst nie jest o sequelach hitów ;).

      • Jaro

        co jest, jakiś hejter minusuje tu z trzech kont? tekst NIE JEST O SEQUELACH, więc o co komu chodzi?

  • Mefisto

    Nie sądzę, żeby Cruise jakkolwiek mógł pomóc Carterowi, czego dowodem jego ostatnie produkcje, jak Oblivion i Jack Reacher, które ledwie na siebie zarobiły. John Carter miał przede wszystkim budżet z księżyca, który wiązał się ze wspomnianym przetasowaniem i rozwlekaniem przez to zdjęć, dodatkowo zakopał go zupełny brak dobrej reklamy (tudzież jakiejkolwiek). Lone Rangera zabił z kolei przesyt Deppem, który kiedyś musiał nadejść i w sumie był już odczuwalny przy POTC4, tylko wtedy jeszcze tłumy poszły niejako z rozpędu. A co do Księcia Persji… cóż chyba też budżet położył tą produkcję, co jest o tyle kuriozalne, iż pomimo super lokacji, super efektów i cholera wie czego jeszcze, na ekranie po prostu nie widać tych pieniędzy. To w ogóle jest problem dzisiejszego Hollywood – proste filmy otrzymują olbrzymie budżety od czapy (ale co się dziwić, skoro główny aktor potrafi sobie zażyczyć 30 mln za rolę, jak nie więcej) i powoli 200 mln staje się normą. A przecież wiadomo, że publika tych wszystkich gigantów po prostu nie ogarnie. Panowie w garniturkach powinni więc wyściubić nosek znad kalkulatorków i przede wszystkim zmienić podejście do tego wszystkiego, bo jak tak dalej pójdzie, to za parę lat będą się dziwić, że im się nie zwrócił film za pół miliarda.

    • Grzegorz Fortuna

      No, aż tak źle, że ledwie się zwróciły, to nie było – Jack Reacher zarobił 216 mln przy 60 mln budżetu, czyli sporo poszło na konto wytwórni. Oblivion z kolei zarobił 268 przy 120 – tu trochę gorzej, ale to nadal całkiem znośny wynik, może nie żeby od razu dawać zielone światło sequelowi, ale trudno mówić o klapie.

      Zgodzę się co do gigantycznych budżetów – też mam wrażenie, że bardzo często po prostu nie są potrzebne, a co kilka lat mamy kolejne rekordy i za 10 lat pewnie pojawią się filmy po 400 milionów, co zakrawa już po prostu na zwykłą przesadę. Przeładowanie wakacji blockbusterami też jest zresztą sporym problemem, bo rynek po prostu nie jest aż tak chłonny.

      • Mefisto

        Miałem na myśli ich wpływy z kin USA, które liczą się najbardziej – tam Reacher zebrał ledwie 80 mln, a Oblivion 9 baniek więcej, w dodatku po iluś tam tygodniach, więc to żaden szał.

        • Grzegorz Fortuna

          No szału może nie było, ale klapy też nie było, pewne zyski (szczególnie w wypadku Jacka Reachera) się pojawiły. Wpływy z kin w USA liczą się mocno, ale z Europy czy Japonii też, bo duży procent idzie do kieszeni producentów.

          • Mefisto

            Tylko, że nigdzie nie pisałem o klapach :)

  • Mateusz Lyska

    Fajna analiza.
    A jeszcze tak z czystej ciekawości – wspominasz, że John Carter jest drugą największą klapą w historii kina. Co jest pierwsze?

    • rob

      autor ma może świeższe dane ale ja mam dwa typy Wrota Niebios i Wodny świat :)ps.autorze proszę o sprostowanie jak się mylę .pozdr.

      • canismajoris

        ja obstawiam Wyspę Piratów

      • zulombo

        Wodny Świat ostatecznie się zwrócił.

        • Ojciec Fernando

          Kosztował ponad 170 mln, a zarobił niecałe 300 mln, więc się nie zwrócił.

          • zulombo

            Przychody z kaset video i sprzedaż praw do emisji dla TV załatał tą dziurę.

    • Grzegorz Fortuna

      Dzięki :). „Jeździec znikąd” jest na drugim miejscu (po uwzględnieniu inflacji), a nie „John Carter” :). Na pierwszym jest natomiast „Trzynasty wojownik”, a na trzecim wspomniane przez Canismajorisa „Cutthroat Island”. Natomiast jeśli nie weźmiemy pod uwagę inflacji, to pierwsza trójka wygląda następująco: „Jeździec znikąd”, „Matki w mackach Marsa”, „Trzynasty wojownik”. To dane z angielskiej wiki i wydaje mi się, że są całkiem wiarygodne :)

      • zulombo

        Spojrzałem na Box Office Mojo i rzeczywiście przy budżecie 160 mln $ Trzynasty Wojownik zarobił tylko 61 mln $. Aż trudno uwierzyć, że 15 lat temu ktoś dał tyle kasy na film z kategorią wiekową R.

        • Ojciec Fernando

          On miał kosztować dużo mniej, ale koszta się rozrosły przez dokrętki i przetasowania ekipy. Np. w tym roku jeden z filmów miał kosztować ok. 120 mln, a ostatecznie przez zmiany w scenariuszu i kręcenie nowych scen kosztował 190 mln – mowa tu o World War Z.

          • Zulombo

            Ale jest duża różnica między World War Z, a Trzynastoma Wojownikami. Tą różnicą jest kategoria wiekowa, więc film z Pittem mógłby spokojnie kosztować i ponad 200 mln $,

  • rob

    john carter powinien się nazywać księżniczka marsa bo to jest chyba najbardziej znana wersja tytułu ;) po za tym lepszy termin wypuszczenia do kina też mógłby pomóc to mi nasuwa tegoroczny casus pacific rim gdyby wybrano inny termin a nie filmowe godziny szczytu jestem pewien że film zarobiłby na siebie bez trudu a tak ciułają i chyba własnie wychodzą na zero (404mln)

    • zulombo

      Kilka lat temu powstała druga, a wg chronologii kręcenia pierwsza wersja z tytułem właśnie „Księżniczka Marsa”. Takie dzieło zaserwowało nam studio Asylum. O dziwo jak na bardzo tani film dało się to nawet obejrzeć. Przynajmniej było znośnie.

  • wujo444

    No ale to nie są jedyne filmy jakie Disney wypuścił od 2007. Z tych o największych budżetach warto wspomnieć Alicję Burtona robiącą z Deppem miliard dolarów, zwracający się Tron: Legacy i nie najgorzej wyglądający Oz. A do tego 4 część Piratów i zapowiadana 5 :)

    • Grzegorz Fortuna

      Oczywiście, że tak, nigdzie przecież nie sugeruję, że Disney – jako medialny moloch, działający dzisiaj w wielu branżach – upada. Po prostu pewna gałąź ich produkcji filmowej (wysokobudżetowe filmy przygodowe w egzotycznych plenerach) jest nierentowna (nie licząc wspomnianych sequeli „Piratów…”) :)

      • wujo444

        Czyli co, wszystko się rozbija o scenografię – w zwracających się filmach głównie komputerowa, w klapach naturalna? :) taki wniosek można wyciągnąć, bo to też przykłady wysokobudżetowych filmów przygodowych…

        • Grzegorz Fortuna

          Moim zdaniem bardziej o franczyzę niż o scenografię – Alicja i Oz to bajki tak zakorzenione w kulturze, że właściwie trudno byłoby na nich stracić. Z kolei TRON był czymś w pewnym sensie nowym, był też fantastyczny pod względem wizualnym i jakoś się udało (chociaż też nie był to hit na miarę Marvelowskich ekranizacji – 400 mln wpływu przy 170 budżetu) :).

          • wujo444

            Książę chyba miał lepszą franczyzę (jedna z bardziej znanych postaci gier) niż taki Tron, który robił za sequel do filmu który mało kto z nastolatków widział.

            Marvel miał takie hity? IM – 140 mln, 580 mln na świecie; Thor – 150 mln, 450 na świecie; Cap – 140 mln, 370 mln na świecie, Hulk – 140 mln, 250 mln na świecie. Czyli najlepiej sprzedawał się człowiek-żelazko, a reszta tak trochę zarabiała w Phase One. Dopiero Avengers zmiażdżyło BO. Na pewno pomogły mniejsze budżety, ale też chyba zwyczajnie lepsza kampania promocyjna. No i taki John Carter to zwyczajnie kiepski film, PoPa był sporo lepszy choć też nie był jakiś rewelacyjny. Lone Rangera nawet nie planuję obejrzeć :)

          • Grzegorz Fortuna

            To prawda, nie jestem w sumie w stanie określić, dlaczego TRON zarobił więcej, to dziwny fenomen :). Może chodziło o to, że wchodził do kin pod koniec jesieni, kiedy jest mało blockbusterów?

            Jeśli chodzi o Marvela, to chodziło mi przede wszystkim o IM2, IM3 i Avengers, ostatnie dwa zarobiły po ponad 1,4 mld w samej dystrybucji kinowej. Co do Johna Cartera, to ja tego filmu będę bronił do upadłego, bo podobał mi się jak jasna cholera :). PoPa też był spoko, natomiast Lone Rangera nie warto tykać.

  • Miczum

    „Już sam wybór gatunku zwiastował zresztą klęskę. Wysokobudżetowy western to bowiem coś, co we współczesnym kinie praktycznie nie istnieje.”

    Nie sądzę, aby to miało duży wpływ na wyniki finansowe Jeźdzca, jeśli tylko film by chwycił. Pamiętajmy, że kiedy ukazali się „Piraci z Karaibów” to wybór gatunku też był kontrowersyjny. Przecież w przeszłości filmy o piratach kolejno ponosiły klęski finansowe. Ale tym razem udało się tchnąć nowe życie w zapomniany już setting. Myślę, że na to liczyli włodarze Disneya przy „Jeźdzcu znikąd”.

    • Grzegorz Fortuna

      Masz rację, bardzo możliwe, że na to liczyli. Problem w tym, że taki sukces, jak ten, który odnieśli „Piraci…”, to jednak w dzisiejszym kinie raczej rzadkość i szansa na sukces była zdecydowanie mniejsza niż na finansową porażkę :). Zresztą już przed premierą zwiastowano temu filmowi finansową klęskę.

  • Ojciec Fernando

    Nie wiem, jak ostatecznie liczy się koszta produkcji, ale zasadniczo jest tak, że film, który kosztował 100 mln, musi zarobić 200 mln, aby wyjść na zero. To się nie udaje wielu produkcjom. Gdy się do tego doda jeszcze koszty marketingu (może on jest jakoś inaczej rozliczany przez kreatywnych księgowych Hollywood niż koszta samej produkcji), no i komplikacje w rozliczaniu z dystrybutorami z innych krajów niż USA, to mamy ostatecznie obraz nędzy i rozpaczy. Chyba 90% produkcji to klapy.

  • ja osobiście uważam Księcia Persji za bardzo udany film:) jak słusznie autor zauważył, problemem producentów jest za dużo premier w jednym okresie, przez co zyski rozdrabniane są na kilka filmów, zamiast trafić do jednego czy dwóch.

  • jezusmaryja

    Deep się po prostu przejadł. Dodatkowo niestety też zestarzał, w sumie tylko przebieranki gdzie może dać sobie pomalować twarz i przypudrować zmarszczki jeszcze utrzymują jego karierę na powierzchni. Do tych 4 zasad dodałbym piątą – główny aktor nie może wygądać na 40+. Ogolnie fajnie napisane

  • Adi

    Kapitalny tekst, właśnie coś takiego chciałem przeczytać :) „John Carter” dał ciała samym tytułem (przy okazji – polskie tłumaczenie tytułu książki Burroughsa to „Księżniczka Marsa”, bez „z”, przynajmniej takowe posiadam), ale nie myślałem, że „Lone Ranger” aż tak wtopił.

    • Grzegorz Fortuna

      Wielkie dzięki, bardzo mi miło :). Masz rację co do tytułu „Księżniczki…” – już poprawiłem :). Co do „Lone Rangera”, to klapę w sumie zwiastowano nawet przed premierą, ale też byłem zdziwiony, że wyszła im aż tak wielka wtopa. Cholernie też jestem ciekaw, co to będzie oznaczało dla Johnny’ego Deppa w przyszłości, ale jego akcje mogą pójść mocno w dół.

  • Pingback: “Dlaczego Disney traci pieniądze?” : artykuł o porażkach finansowych wielkiego studia | kwestierozne()






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Harrison Ford o "Blade Runnerze"

Następny tekst

Sztanga i cash



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE