publicystyka filmowa

Diuna. Dziwnie piękna katastrofa

Autor: Filip Jalowski
opublikowano

W ogniu krytyki

Kiedy prace nad Diuną powoli zaczynały wychodzić na ostatnią prostą, ruszyła ogromna machina marketingowa. Przed rozpoczęciem działań reklamowych film kosztował około pięćdziesięciu milionów dolarów, po zakończeniu kampanii budżet wzrósł do astronomicznych jak na tamte czasy sześćdziesięciu ośmiu milionów. Dla porównania, koszty produkcji i promocji Powrotu Jedi wyniosły około czterdziestu trzech milionów dolarów. Ameryka oszalała. Na sklepowych półkach aż roiło się od zabawek związanych ze stworzonym przez Herberta uniwersum, media ścigały się natomiast w doniesieniach na temat nadchodzącego przeboju. Wiele osób z branży przewidywało, że Diuna ma szansę na pobicie kasowego rekordu wszech czasów. Nikt nie spodziewał się, że tworzony przez cztery lata blockbuster okaże się finansową klapą.

dniuna7

Ze względu na to, że opowieść Herberta miała książkowe kontynuacje, jeszcze przed premierą  pierwszej części zakładano, że powstaną kolejne odsłony sagi. Do pomysłu pozytywnie nastawiony był Lynch. Kyle MacLachlan zmienił nawet swój numer telefonu na 547-DUNE. Fala entuzjazmu szybko zaczęła jednak tracić na sile. Frank Price, jeden z szefów Universalu, po obejrzeniu filmu stwierdził, że widzowie z pewnością będą mieli problem z jego zrozumieniem, a to przełoży się z kolei na wyniki finansowe. Podobne zdanie, wyrażone jednak zdecydowanie bardziej dosadnym językiem, mieli dystrybutorzy uczestniczący w zamkniętych pokazach. W stosunku do Laurentiisa padało wiele ostrych słów. Do mediów zaczęły przenikać pierwsze, skrajnie negatywne opinie dotyczące filmu. Marketingowa machina zaczęła zwracać się przeciwko Diunie. Fakt, że dzięki staraniom specjalistów od reklamy produkcja od wielu miesięcy znajdowała się na świeczniku spowodował, że media oraz potencjalna publika z zainteresowaniem chłonęli każdą plotkę dotyczącą zamkniętych pokazów. Diuna, mimo pustynnego charakteru, zaczynała tonąć jeszcze przed oficjalną premierą. Kiedy w prasie i telewizji zaczęły pojawiać się pierwsze recenzje najbardziej wpływowych krytyków, widzowie dostali jasny komunikat, że z Diuną jest coś nie tak. Nawet wyważony w swoich opiniach Roger Ebert zmieszał film z błotem i umieścił go na liście najgorszych produkcji obejrzanych w roku 1984. W tym momencie największym wygranym był najprawdopodobniej Alejandro Jodorowski, który opowiadał, że przed pójściem do kina niemal stracił przytomność. Chilijczyk widział Głowę do wycierania i uważał, że Lynch jest jedynym reżyserem, który mógłby zekranizować wizję Herberta lepiej od niego. Po wyjściu z kina Jodorowski ponoć zanosił się śmiechem i z radością powtarzał, że Diuna jest fatalna. Porażka wizji Lyncha z pewnością przyczyniła się do mitologizacji niepowstałego filmu autora Kreta i Świętej góry. Gdyby produkcja z roku 1984 przeszła do historii jako arcydzieło gatunku, o szalonym pomyśle południowoamerykańskiego surrealisty słyszeliby zapewne jedynie nieliczni.

Diuna, mimo pustynnego charakteru, zaczynała tonąć jeszcze przed oficjalną premierą.

Diuna pojawiła się w oficjalnym obiegu 14 grudnia 1984 roku i została finansowo oraz frekwencyjnie zmiażdżona przez Gliniarza z Beverly Hills. W trakcie pierwszych pięciu tygodni wyświetlania film z Eddiem Murphym zarobił na terenie USA sto dwadzieścia dwa miliony dolarów, ponad czterokrotnie droższa Diuna jedynie dwadzieścia siedem milionów. Ostatecznie w Stanach Zjednoczonych film Lyncha z ledwością przekroczył granicę trzydziestu milionów dolarów. Nawet gdy doliczymy do tego pieniądze, które spłynęły do kieszeni producentów w wyniku dystrybucji światowej, można wyciągnąć jedynie jeden wniosek. Film był ogromną finansową porażką, która zdecydowanie osłabiła reżyserską pozycję jego twórcy.

diuna8

Lynch nigdy nie próbował usprawiedliwiać swojej porażki, niemniej do dziś nie lubi rozmawiać na temat Diuny. To jedyny film w jego karierze, przy którym nie udało mu się utrzymać prawa do ostatecznej wersji. Po zakończeniu zdjęć reżyser miał ponad cztery godziny gotowego materiału. Zdając sobie sprawę z faktu, że nie każda z nakręconych scen może znaleźć się w filmie, chciał skrócić go do trzech godzin. Producenci zdecydowanie odmówili. Ostatecznie kinowa wersja Diuny trwa dwie godziny i siedemnaście minut, a to oznacza, że niemal połowa nakręconego materiału nadal znajduje się pod kluczem Universalu. Część scen, które nie pojawiły się w wersji kinowej, można zobaczyć w telewizyjnej reedycji Diuny z roku 1988. Należy mieć jednak na uwadze, że Lynch bardzo ostro odciął się od tego wydania filmu i nie miał nic wspólnego z jego montażem. Na planszach napisowych zastąpiono prawdziwe nazwisko reżysera zwyczajowym Alanem Smithee (pseudonim używany przez twórców, którzy nie chcą być kojarzeni z pracą swojego autorstwa). Pozwolono mu również na wymyślenie fikcyjnego pseudonimu dla scenarzysty, ponieważ w oryginalnej wersji był nim sam Lynch. Twórca zdecydował się na wbicie szpilki ludziom ze studia. Scenarzystą telewizyjnej Diuny został tym samym niejaki Judasz Booth. Postaci Judasza przedstawiać raczej nie trzeba. Booth to nazwisko mordercy Abrahama Lincolna.

Reżyser kilkukrotnie odpowiadał na pytania dotyczące czterogodzinnej wersji Diuny, podkreślając, że nawet wtedy, gdyby dostał materiał i mógł zmontować z niego własną wersję filmu, nie uważa, że opowieść o pustynnym Arrakis stałaby się lepszym filmem. Twórca podkreśla, że po latach zrozumiał, że naciski ze strony Raffaelli i nieustanne zamartwianie się o to, ile ostatecznie potrwa film, odbiły się na całym procesie produkcji, wypaczając tym samym wizję leżącą u fundamentów scenariusza. O tym, że był to dla Lyncha niezwykle nerwowy okres, świadczyć może jego artystyczna działalność pozafilmowa. Od roku 1983, na łamach LA Reader, Lynch zaczął publikować krótkie paski komiksowe zatytułowane Najbardziej wkurzony pies na świecie. Nazwa serii mówi chyba sama za siebie.

angry-dog

Dziwnie piękna katastrofa

Diuna w wydaniu Lyncha z całą pewnością nie jest klasycznym blockbusterem. To film zdecydowanie cięższego kalibru. Pojawiające się w nim wątki poboczne nie zawsze zostają należycie rozwinięte. Wiele elementów scenariusza tajemniczo ginie pod natłokiem kolejnych scen. Widz domaga się ich ponownego podjęcia, pragnie zrozumieć ścieżki, jakimi podąża twórca, usiłuje złożyć porozrzucane wśród piasków Arrakis kawałki opowieści. Nie jest to jednak proste, a nawet więcej – bez znajomości lektury może okazać się niemożliwe. Przyczyną takiego stanu rzeczy z pewnością jest czas projekcji, który od początku projektu ograniczał wizję reżysera. To właśnie w związku z nim twórca zdecydował się na tłumaczenie wielu kwestii przy pomocy głosu narratora. Podobny zabieg pojawiał się wprawdzie również u Herberta, ten na ułożenie swojej misternej układanki miał jednak kilkaset stron, a papier jest bez wątpienia dużo bardziej cierpliwy niż Dino De Laurentiis i amerykańska widownia. Kiedy spogląda się na Diunę z perspektywy czasu, to właśnie nadmiar informacji stanowi jej największą bolączkę. Labirynty pojawiające się w niemal każdym filmie Lyncha oparte są zazwyczaj na emocjach bohaterów. Ich korytarze nie błądzą po wielowątkowych fabułach wśród skomplikowanych mitologii. To właśnie w tym tkwi siła większości obrazów reżysera. Mimo surrealistycznej otoczki oraz aury tajemniczości, okrucieństwa czy też absurdu, zawsze pozostają one niezwykle blisko człowieka. Świat Diuny za często oddala się od swoich bohaterów, dryfując w kierunku wymiaru idei, zbyt złożonego i skomplikowanego, aby można było przedstawić go w trakcie dwugodzinnego seansu.

diuna9

Inną sprawą jest to, czy w trakcie premiery film istotnie zasługiwał na tak druzgocąco słabe recenzje. Nie sposób odgadnąć, w jaki sposób potoczyłyby się losy Diuny, gdyby najbardziej znaczące nazwiska amerykańskiej krytyki filmowej nie pogrzebały jej jeszcze przed oficjalną premierą. Przy filmie realizowanym kosztem tak dużych nakładów finansowych każde potknięcie może okazać się początkiem ostatecznego upadku. W przypadku Diuny marketingowa maszynka rozkręcona przez specjalistów od reklamy wymknęła się spod kontroli i, ostatecznie, doprowadziła do przedwczesnej śmierci swojego drogocennego dziecka. Z perspektywy czasu wiele zarzutów w stosunku do filmu jest mocno dyskusyjnych. Richard Corliss z TIME Magazine miał mu za złe fakt, że nie dostarczał prostej rozrywki znanej z innych wysokobudżetowych filmów science fiction (pamiętajmy, że w roku 1983 miał premierę Powrót Jedi). Roger Ebert narzekał na ogólną ponurość i dziwną kolorystykę, uważając, że Lynch powinien brać przykład z Lawrence’a z Arabii i przy kreacji pustynnych ujęć używać palety barw zdecydowanie przyjemniejszej dla ludzkiego oka (Ebert zignorował jednak fakt, że scenografem Diuny Lawrence’a była ta sama osoba). Czy w obrębie wizji Franka Herberta faktycznie jest jednak miejsce na bezrefleksyjną zabawę i awanturnicze zacięcie w stylu Davida Leana?

Aby odnaleźć się wśród wydm nawiedzanych przez majestatyczne czerwie, potrzeba czasu.

Scenariusz Diuny był jednym wielkim nieporządkiem. Z tym zarzutem trudno się spierać. Wśród fabularnego chaosu można odnaleźć jednak mnóstwo ciekawych elementów, które sprawiają, że film Lyncha po dziś dzień pozostaje jedną z najbardziej odrębnych, wysokobudżetowych produkcji science fiction w historii kina. Świat wykreowany przez Franka Herberta w niczym nie przypominał kosmosu znanego widzom z gwiezdnej sagi Lucasa. Jego wizja wszechświata była o wiele mroczniejsza, mniej zrozumiała, uwikłana w religijno-polityczne zmagania wrogich nacji. Atmosfera stworzona przez Lyncha doskonale oddaje specyfikę uniwersum Diuny. Sam Herbert wielokrotnie, mimo nagonki mediów, powtarzał, że pod kątem koncepcyjno-wizualnym film Amerykanina odzwierciedla jego wyobrażenia na temat świata opętanego mocą tajemniczej przyprawy. Surowość pustynnego Arrakis, urbanistyczne piekło Giedi Prime, ogromne ilości ornamentyki zaczerpnięte ze sztuki egipskiej, arabskiej  czy też weneckiej (Lynch w trakcie tworzenia scenografii inspirował się renesansem weneckim) wprowadzają widza w niecodzienny, wręcz hipnotyczny nastrój. Diuna jest przez to niezwykle dziwnym, niepozwalającym o sobie zapomnieć doświadczeniem. Z jednej strony już na pierwszy rzut oka można wskazać jej słabości. Z drugiej, podczas oglądania filmu trudno pozbyć się wrażenia, że ma się przed sobą coś niezwykle oryginalnego i inspirującego w swojej całkowitej inności. Właśnie dlatego ten film, podobnie jak i jego książkowy pierwowzór, jest pewnym rodzajem wyzwania. Do docenienia Diuny nie wystarczy szybki seans czy też pobieżne przekartkowanie. Aby odnaleźć się wśród wydm nawiedzanych przez majestatyczne czerwie, potrzeba czasu. To dziwnie piękna katastrofa.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane