publicystyka filmowa

Dawno temu w Ameryce

Autor: Karolina Chymkowska
opublikowano

Tekst z archiwum film.org.pl.

Tekst zawiera spoilery.

W przypadku Dawno temu w Ameryce jakakolwiek analiza może mieć jedynie znaczenie wywoławcze. Ten film bowiem należy do gatunku tych, które wiecznie odkrywają nowe znaczenia, tym samym stając się nie dziełem zamkniętym, a otwartym procesem. Sergio Leone stworzył film, który niemal dla każdego odbiorcy staje się czymś innym, od klasycznego filmu gangsterskiego, poprzez szkic z historii Ameryki, aż do sentymentalnego portretu galerii ludzkich osobowości. Pomijając już wszystkie etapy pośrednie. Konia z rzędem temu, kto oceni, która z interpretacji jest tą prawidłową. Może każda po trochu? Może fakt, że reżyser nie wahał się angażować w film całej swojej indywidualności, całej pasji, jaką kiedykolwiek miał jako twórca, czyni z Dawno temu… dzieło tak osobiste? Co właściwie kryje w sobie ta opowieść z pozoru prosta i obracająca się wokół kilku zaledwie wątków?

Czas i przestrzeń

Akcja filmu dzieje się na trzech wzajemnie przenikających się przestrzeniach czasowych: obserwujemy dzieciństwo głównych bohaterów, spotykamy ich jako dorosłych ludzi pnących się na szczyt w czasach prohibicji, i wreszcie odkrywamy ich od nowa po trzydziestu pięciu latach. Niemal mimochodem Leone kreśli portret Ameryki z każdego z tych okresów, pokazując świat, którego już nie ma, bądź jakim przekształceniom uległo to, co z niego zostało. Stale krążymy po tych samych miejscach, przemierzamy te same ścieżki, nie mogąc uciec od refleksji, jak wielką rolę w życiu gra przemijanie.

dawno 1

Noodles zatrzymuje się na chwilę, by spojrzeć na likwidację starego cmentarza żydowskiego. Niegdyś miejsce wiecznego spoczynku, miejsce refleksji i żałoby, teraz jest profanowane koparkami i buldożerami w imię komfortu i nowoczesności. Ulica, ponad trzydzieści lat wcześniej pełna życia, zatłoczona, gdzie na każdym kroku spotykało się ortodoksyjnych Żydów, teraz jest niemal wymarła. Knajpa „U Grubego Moe” nie zdołała uchronić śladu z żadnego z etapów swojej świetności, nie jest już ani tłumnie uczęszczanym szynkiem, ani tym bardziej nielegalną atrakcyjną meliną. Teraz to tylko żałosna dziura, a właściciel musi się niemal płaszczyć przed nielicznymi klientami, by zechcieli wyjść w porze zamknięcia.

Te zmiany rzucają się widzowi w oczy szczególnie wyraziście, jako że reżyser odstąpił od linearnej konstrukcji fabuły, co chwila przemieszczając się w czasie i zataczając mniejsze i większe kręgi. W finale pozwala historii zatoczyć jeszcze jeden, pełny obrót, tym razem jednak z akcentem pogody, jednym z nielicznych zresztą w całej opowieści.

Początek końca

Jednym z bardziej istotnych wątków filmu, który w symboliczny sposób określa przyszłość obu głównych bohaterów – przede wszystkim Kluchy – jest śmierć Dominika. Dziecko, które musiało stać się dorosłym, bo takie reguły rządziły jego środowiskiem, dziecko, które zdumiewało swoim śmiesznym, zważywszy na jego wiek, tupetem. Dominik to ucieleśnienie wyboru między spokojnym dorastaniem a balansowaniem na krawędzi. Do momentu, kiedy przyjaciel zmarł mu na rękach, Klucha był zupełnie innym człowiekiem. Marzył – zapewne o innym, lepszym od własnego otoczenia świecie. Leone sugeruje nam to sceną, gdy siedząc w ciemnym, brudnym wychodku Noodles czyta książkę – i jest to „Martin Eden”.

dawno 2

Jednak za dużo wokół niego znaków, że inny świat go nie zechce. Deborah odmawia mu pomocy, i nie wierzy, by kiedykolwiek miał przestać być złodziejaszkiem i przestępcą, nawet kiedy mówi mu, że „nadal ma szansę” (by wybrać słuszną drogę), to są to słowa zupełnie puste. Wie, że tylko ona mogłaby to sprawić, a jednak nie chce się tego zadania podjąć. Odpowiedzialność nic dla niej nie znaczy, bo wbrew pozorom łagodności, to drapieżna i zdecydowana kobieta. Kiedy Klucha poznał Maxa i kiedy zawarli milczącą umowę przyjaźni (tu ważnym symbolem jest zegarek), zrobił kolejny krok na drodze do autodestrukcji. Dominująca osobowość Maxa, jego bezwzględna ambicja i zdecydowanie fascynują Kluchę, który zawsze był mało ekspansywny i wierny chropawym, ale jednak zasadom – lojalności, konsekwencji, ale także realizmu. Spotkanie z Maxem było groźne – ale jeszcze nie decydujące. Dopiero wtedy, kiedy zaślepiony bólem, zrozpaczony, przepełniony pragnieniem zemsty rzuci się z nożem na Bugsy’ego, dokona ostatecznego wyboru. Przyjdzie chwila, kiedy zechce wrócić – ale nie dostanie na to szansy i wtedy potwierdzi swój wybór kolejny raz, kiedy ponownie odrzucony przez Deborah dokona na niej brutalnego gwałtu.

Max i Klucha

Przyjaźń? Być może, ale samo słowo „przyjaźń” jest zbyt wąskie, by określić w pełni istotę stosunku, jaki łączy tych dwóch mężczyzn. Relacja między nimi jest w pewnym sensie osią całego filmu. Są jak dwa bieguny jednej osobowości, plus i minus, działają na siebie przyciągająco, ale również – wzajemnie się niszczą. Już na samym początku ich znajomości widać, że przeznaczeniem Kluchy jest być w cieniu Maxa i stać krok za nim: dość wspomnieć scenę, gdy Max i Peggy kochają się w cieniu zasłonek, a na pierwszym planie widać samotnie palącego papierosa, refleksyjnego Kluchę, który przed chwilą niespecjalnie się sprawdził jako kochanek. „Co ty byś zrobił beze mnie” żartuje Max, gdy okazuje się, że „patent z solą” zadziałał zgodnie z planem, i ta uwaga, mimo swojej lekkości, okazuje się być niemal prorocza. Max stanie się nieodzownym elementem życia Noodlesa. Z czasem jednak zechce to wykorzystać. Nie na początku – w początkowej fazie znajomości są do siebie podobni w przekonaniu, że nigdy nie zdradziliby przyjaciela. Klucha nie odstąpił od tego nigdy.

dawno 3

Ale w życiu Maxa następuje moment, gdy zaczyna przyjmować ewentualność, że byłby w stanie poświęcić przyjaciela, więcej, zupełnie naturalnie się z tym godzi. Można to zauważyć wtedy, gdy bez mrugnięcia okiem słucha Frankiego, gdy ten nazywa Joego swoim przyjacielem, niemal bratem, dla którego zrobiłby wszystko – a wie już przecież, że Joe ma z polecenia Franka zginąć. Max akceptuje to, jako wliczone w koszta. Noodles nie potrafi.

Znamienne jest to, że wszelkie profity spływają zawsze do rąk Maxa. Klucha ponosi odpowiedzialność za swoje czyny, Max czerpie jedynie korzyści. To Max powiedział o Bugsym, że „kiedyś go zabije”, i był rzeczywiście skłonny to zrobić – ale spóźnił się o sekundy. Wyrok wykonał Klucha i to Klucha poszedł za to do więzienia. Z biegiem lat cynizm Maxa urósł w siłę i nauczył się on wykorzystywać stałość i lojalność swojego przyjaciela. Przyjdzie taki moment, gdy wykorzysta to bezwzględnie do końca. Co ich najbardziej różni? Być może – ambicja. Max ma jeden cel – piąć się w górę. Zawsze chce mieć więcej i zajść wyżej. Klucha poprzestaje na tym, co ma, i jest z tego zadowolony, albo nawet – niewiele go to obchodzi. Bo wie, że tego, czego pragnie najbardziej, nie osiągnie nigdy. Spokojna rezygnacja cechuje go niemal cały czas. Tylko raz stracił panowanie nad sobą – gdy zginął Dominik, i tylko raz widzimy, jak pozwala sobie na wzruszenie – kiedy jako stary już człowiek ponownie przykłada oko do szczeliny, przez która zwykł był podglądać tańczącą Deborah. Poza tymi chwilami patrzymy na człowieka, w którym kiedyś coś pękło i którego już nic nie może uderzyć bardziej.

dawno 4

Prawda jest taka, że Noodles był krok za Maxem jedynie pozornie. Żył w jego cieniu, ale niezmącony spokój, odwaga i gotowość walki o to, w co wierzył najbardziej – przyjaźń, dawały mu ogromną przewagę nad Maxem. A ten nie był w stanie tego znieść. Dręczony wieczną potrzebą udowadniania sobie swojej wartości, decyduje się pozostać okrutnym i cynicznym, by zasłonić własne życiowe tchórzostwo. Zazdrości Klusze, bo on tego robić nie musi. Zazdrości do tego stopnia, że postanawia go zniszczyć, odebrać mu wszystko, wydaje mu się, że w końcu wygra w tej rywalizacji, że będzie lepszy, że wreszcie przestanie czuć się pozbawionym odwagi i honoru kombinatorem. Myli się.

Uśmiech po trzydziestu pięciu latach

Kiedy Klucha decyduje się wsypać Maxa, żeby uchronić go przed tragicznymi następstwami jego rojeń o napadzie stulecia, daje dowód, że w głębi duszy wciąż jest tym samym człowiekiem, na którego rękach zmarł Dominik, że wciąż to samo jest mu drogie. Chce uchronić przyjaciela i chce ponieść odpowiedzialność razem z nim. „Gdzie ty, tam ja” mówi. Ale Max się zmienił. On też miał plan, wykalkulowany na zimno, i zdołał oszukać wszystkich. Tak jak niegdyś Frankie, tak teraz Max obejmuje swoich przyjaciół wiedząc, że niedługo zginą. Ale dla Kluchy szykuje inny los.

Psychologiczne aspekty decyzji, by zostawić Kluchę przy życiu, wydają się bardzo złożone. Z jednej strony Max uważa, że tylko jeśli upodli go i zniszczy, odniesie zwycięstwo, na którym mu zależy – wreszcie będzie silniejszą stroną. Z drugiej naraża się przecież na to, że jest świadek – a jeśli kiedyś zostanie przez tego świadka rozpoznany i zdemaskowany? To ryzyko podejmuje z dwóch powodów, z których każdy ma źródło w innych cechach jego osobowości. Po pierwsze: znał Kluchę. Znał jego lojalność. Wiedział, że ta lojalność byłaby w stanie znieść wszystko. Po drugie: podświadomie pragnął, by ktoś mu przeszkodził, ukarał za to, że stał się kimś zdolnym do wybrania podobnej drogi. Przyszłość pokazała, że miał rację co do Kluchy. Miał też zostać ukarany, ale inaczej niż przewidywał.

dawno 5

Trzydzieści pięć lat Noodles żyje pod zmienionym nazwiskiem, pozbawiony wszystkiego, co kiedyś miał – z woli najlepszego przyjaciela. Żyje dręczony nieustannymi wyrzutami sumienia, że zawiódł, że nie był w stanie uchronić Maxa przed nim samym, że nie zapobiegł śmierci swoich kumpli, że znowu stracił to, co było dla niego najważniejsze. Max, Patsy, Cockeye i Deborah to wspomnienia, dzięki którym zarówno cierpi, jak i potrafi iść dalej. Tylko wspomnienia – nic więcej nie zostało. I nagle, jako stary już człowiek, wraca do miasta, z którego kiedyś musiał uciekać, gdyż ktoś zapragnął go tam sprowadzić w sobie tylko wiadomym celu. Ktoś, kto znał jego prawdziwą tożsamość. Noodles rozpoczyna wędrówkę po najbardziej pamiętnych dla siebie miejscach.

Odwiedza Grubego Moe, oddaje mu klucz od zegara – ten sam, który otwierał skrytkę, w której złożyli kiedyś pierwsze samodzielnie zarobione pieniądze. Zegar wskazuje za pięć dwunastą. Godzina ostatniej szansy, bo rzeczywiście Noodles staje naprzeciw ostatniej szansy w swoim życiu. Idzie na cmentarz, gdzie przeniesiono zwłoki Maxa, Zezowatego i Patsy’ego, i tam ze zdumieniem czyta, iż to on sam jest fundatorem kaplicy, w której spoczywają. Na tabliczce wisi klucz – a w skrytce, którą otwiera, jest walizka pełna pieniędzy – „zaliczka na poczet następnego zlecenia”. Otrzymuje także tajemnicze zaproszenie na prywatną imprezę, którą w swojej rezydencji wyprawia bajecznie bogaty i bardzo wpływowy polityk, senator Bailey, jak wynika z dzienników telewizyjnych, właśnie oskarżony o malwersację i łapówkarstwo. W fundacji firmowanej nazwiskiem Baileya spotyka Carol, dawną partnerkę Maxa, którą ten wiecznie upokarzał i którą lekceważył, co jednak nigdy nie zmieniło jej uczuć do niego. I właśnie dzięki tej wizycie jest w stanie powiązać tajemniczego Baileya ze swoją przeszłością.

dawno 6

Co mogła poczuć Deborah, gdy po skończonym przedstawieniu spotkała w swojej garderobie Kluchę? Zawsze była wyrachowana i okrutna, traktując i ludzi, i świat z drapieżnym egoizmem – po to, jak mawiała, by coś osiągnąć, by dostać się na szczyt. Krzywdy, jakie przez to wyrządziła, wliczała w kosztorys. Wiele lat wcześniej Noodles zauważył, że ona i Max są do siebie podobni, i dlatego tak się nienawidzą – i miał rację. Dostała się na szczyt, zrobiła karierę, ale widząc Kluchę w drzwiach przeczuwa instynktownie, że przyszedł czas, by za to zapłacić. Nie boi się – jest już stara i zmęczona na tyle, by przyjąć to pogodnie. Zaczyna opowiadać Klusze o senatorze Baileyu, prosząc go, by nie pozbawiał się wspomnień, żeby wyjechał i zapomniał o zaproszeniu. Mówiąc, powoli zmywa sceniczny makijaż – ta scena symbolizuje podwójne obnażenie, na które się decyduje, odsłania zarówno swoją postarzałą twarz, jak i zgorzkniałe wnętrze. Nie odwiedzie Noodlesa od pojawienia się na tej imprezie i wie o tym – tak jak on doskonale wiedział przychodząc do niej, że od lat jest kochanką senatora. Deborah przeczuwa tragedię, przeczuwa koniec wszystkiego, ale jednak, gdy widzi Kluchę na progu rezydencji Baileya, jej wzrok bardziej niż obawę i niepokój wyraża smutek i rezygnację.

Trzydzieści pięć lat wcześniej Noodles pochował Maxa. Godził się z tym przez cały czas. Teraz, stojąc naprzeciwko senatora Baileya, wie już, że wreszcie odnalazł spokój. Max, czy może raczej teraz – senator Bailey, tak jak kiedyś, chce znowu zaplanować swoją śmierć, znowu zapanować nad wydarzeniami. Jest skończony i wie o tym. Klucha ma mu odebrać życie, ma dostać szansę na to, by odpłacić się za wszystko, czego doznał z winy Maxa. Ale Klucha Maxa pochował już dawno, a człowiek, na którego patrzy, nie ma z nim nic wspólnego. Nie czuje nienawiści, nie pragnie się mścić. Odmawia przyjęcia tego ostatniego zlecenia i odchodzi. Trzydzieści pięć lat walki o karierę, sławę i bogactwo niewiele zmieniły – Max nadal czuje, iż ten niegdyś tak upokorzony człowiek ma nad nim przewagę, i rozumie, że nigdy nie miał na to wpływu. Decyzję musi więc podjąć sam.

dawno 7

I raz jeszcze Noodles, tym razem nieświadomie, daje dowód przyjaźni i lojalności. To, co miało być w założeniu Maxa zemstą, jest aktem miłosierdzia – odchodząc Noodles zmusił Maxa do tego, by podjął decyzję nie wysługując się nikim, i dzięki temu miał szansę zachować się z honorem, tak jak w zawsze w głębi duszy pragnął. Razem z Kluchą obserwujemy pracującą śmieciarkę, na której widnieje liczba 35. Trzydzieści pięć lat, które teraz mogą już spokojnie odejść w niepamięć. Każdy z bohaterów poniósł swoją karę i zapłacił za decyzje, które podejmował. Wszystko jest już skończone. Nawet ostateczne zwycięstwo Kluchy jest gorzkie, bo nic już mu nie zostało, niczego już nie może oczekiwać.

A jednak… ostatnia scena to promyk nadziei. Patrzymy znowu na Kluchę w chińskim teatrze, gdzie poszedł wtedy, gdy zginęli jego przyjaciele. Kamera powoli jedzie w górę i pokazuje ujęcie twarzy Kluchy przez zasłonę z gazy – i w tym momencie, zupełnie niespodziewanie, Noodles uśmiecha się. Ten uśmiech to absolutna poezja kina, idealne wykończenie czterogodzinnego arcydzieła. Uśmiech człowieka, który jest wolny. Tajemnica tego uśmiechu tkwi w złudzeniu optycznym, jakiemu ulegamy z powodu warstwy gazy: Noodles wygląda i młodo, i staro jednocześnie. Trzydzieści pięć lat, jak już wcześniej zasugerowała scena ze śmieciarką, odeszło w niepamięć, symbolicznie więc bohater powraca do punktu startowego, teraz już spokojny i nieobciążony winą. To, co rządziło całym jego życiem, co wyznaczało rytm, w jakim działał już w czasach dorastania na ulicy, teraz przestało istnieć, a on po raz pierwszy jest naprawdę wolny. Czy szczęśliwy? Tego już Leone nie dopowiada, ale można przypuszczać, że raczej nie. Niemniej nadzieja, jaką tchnie ostatnia scena, łagodzi nieco wyjątkowo gorzki wydźwięk filmu, ale przede wszystkim – jest tak wyrazista, że niezapomniana.

Powyższy szkic to tylko kilka impresji na temat dzieła Sergio Leone. Jak już stwierdziłam na początku, analiza Dawno temu w Ameryce nie tylko mija się z celem – ale także jest wręcz technicznie niewykonalna. Bogactwo treści, archetypów i symboli, jakimi posługuje się Leone, pozwala niemal za każdym razem odnaleźć w filmie coś nowego, odkrywczego, co nagle może zmienić wydźwięk motywu, którego interpretacji byliśmy już pewni. Wysmakowany psychologicznie, daje wiele możliwości oceny zachowań, postaw i czynów bohaterów, w których dostrzega się wciąż nowe, dotąd przeoczone cechy, bądź też dochodzi się do wniosku, że cechy, jakie przypisywaliśmy im wcześniej, są nieistotne bądź nieobecne. Film, który wiecznie odsłania nowe twarze i który zawiera dokładnie wszystko to, co zawsze pociągało mnie w kinie – chociaż połączenie tego razem wydaje się niemożliwe. Leone tego dokonał, mając do dyspozycji bardzo prostą historię gangsterską. Stworzył film, który mogę określić tylko w jeden sposób – arcydzieło.

Ostatnio dodane