publicystyka filmowa

Czym będzie, może być i nie powinno być MIASTO 44

Autor: Rafał Oświeciński
opublikowano

 

MIASTO 44 to najbardziej intrygujący polski projekt przyszłego roku z szansami na duży sukces (artystyczny, bo frekwencyjny jest jak w banku).

Tak, rzucajcie kamieniami, przekleństwami, fejspalmami i innymi lolami. Ale naprawdę, wystarczył jeden wywiad, abym z okopów, czyli dużej wstrzemięźliwości wobec filmowego projektu, przeszedł na stronę młodego Komasy, który zdaje się wie, co chce pokazać i to pomimo rozczarowania, goryczy i złości tych, o których opowiada.

Otóż na natemat.pl pojawił się wywiad z kilkoma Powstańcami, którzy zdają się być rozżaleni faktem, że reżyser „Miasta ‘44”, mimo częstych konsultacji ze świadkami ówczesnych wydarzeń, zdaje się mieć wizję niezbyt adekwatną do pamięci tych, którzy Powstanie Warszawskie przeżyli. Chodzi bowiem o szczegóły, które mogą budować pewną tożsamość filmowej historii – Komasa bowiem chce zrobić film brudny, brutalny, ociekający naturalistycznymi emocjami (seks, gwałt, wulgaryzmy). Chce przywołać historię, iść za żołnierzami w ruiny, po raz drugi zburzyć miasto – ale zobaczyć też uczucia, które targały bohaterami, nawet jeśli nie są one zgodne z romantyczną linią, rzewnym wspomnieniem. To wywołuje uzasadniony sprzeciw i oskarżenia o obrazę uczuć.

– My oczekiwaliśmy, że to będzie film, który w pewnym sensie odda i nastrój tamtych chwil i nas samych. Pokaże nas zgodnych, przyjaznych sobie, mających przed sobą pewien cel. A doznałem zawodu – mówi Edmund Baranowski, ps. „Jur”, żołnierz batalionu “Miotła” i wiceprezes związku Powstańców Warszawskich.

Całkowicie rozumiem jęk rozczarowania. Powstańczy mit, tak skrupulatnie budowany od 59 lat, może po prostu ulec zniekształceniu – gdy zniknie tak nieliczne już pokolenie, to zniknie razem z nim pewien etos, którego są dowodem. Nie tyle więc pamięć o wydarzeniach, bo ta udokumentowana jest solidnie, ale bezpośredni, naoczny dowód bohaterstwa i honoru, z ciała i krwi, stojący naprzeciwko z dumnie podniesioną głową. Należy się bezdyskusyjne szacunek i to bez względu na ocenę sensu Powstania i jego historycznej wartości. W tym więc kontekście mocno krytyczne słowa kierowane w stronę twórców „Miasta ‘44” są zrozumiałe i zupełnie nieprzesadzone.

Z drugiej jednak strony Jan Komasa zdaje sobie sprawę z tego, że mamy połowę drugiej dekady XXI wieku. Taka niezbyt odkrywcza konstatacja jest jednak kluczowa: 60 lat to czas, w którym przewartościowano wszelkie wartości, co kilka lat buduje się od podstaw nowe definicje rozrywki, nie mówiąc już w szczegółach o kinie – z naciskiem na gatunek wojenny – i oczekiwaniach publiczności, która nie jest reprezentantem społeczeństwa polskiego, a jego wyrywkiem, najczęściej bardzo młodym. I jeśli chce być oglądany, to musi iść zgodnie z pewnymi trendami kina batalistycznego – krew, flaki, mord, brud to przywołanie tego realizmu, który pragnie „nowa” publiczność. Nie moralne dywagacje nad sensem wojny, a obrazki uwidaczniające bezsens. Wciąż w głowach kołacze się „Szeregowiec Ryan” i „Kompania braci” jako wzór tego, czym była II Wojna Światowa – to mięso, ten styl, ten wojenny syf powinno się przywoływać, do niego odwoływać i stawiać za wzór. Bo tylko taki wizualny wstrząs i jucha na kamerze są w stanie poruszyć i naprowadzić na znacznie ambitniejszy trop.

Kłopotem są oczywiście fakty. Gdy powstaniec mówi, że wychowanie i szacunek dla dowódcy nie pozwoliły mu przeklinać, że klejący się do ciała brud zniechęcał go do uprawiania seksu z jakąkolwiek dziewczyną – ja mu wierzę. Współczesne kino karmi się jednak przesadą i bezpośredniością, które odwołują się do współczesnych emocji – to inna wrażliwość. Honor ma inną cenę, bohaterstwo to abstrakcja, poświęcenie to nieznana idea. Ojczyzna, naród, państwo – pisane wielką lub małą literą – są inaczej definiowane ustami 80-latka, a inaczej 20-latka. Ich świat wyglądał, brzmiał, pachniał odmiennie. Być może też prościej, bowiem silniejsza była instytucja autorytetu, wiara rzadziej niezachwiana, a świat zdecydowanie mniejszy, ograniczony. Komasa musi jednak przywołać nie emocje i ideały, które budowały tożsamość Powstańców, a stanąć z boku; przyjrzeć się nie tylko wyobrażeniom ich samych o nich samych, a dopowiedzieć, zwrócić uwagę na to co wstydliwie ukrywane, przemilczane, niezauważane. Jeśli tego nie zrobi, „Miasto 44” może stać się takim „Katyniem”, który osobiście bardzo cenię, ale ze względu na uporczywe trzymanie się ówczesnych emocjonalnych realiów (wchodzenie w buty żołnierzy i ich postrzegania świata), film Wajdy generuje całą kupę szyderstw stając się synonimem  staromodnego, bezjajecznego kina wojennego. Komasa zdaje się tego nie chce.

Co będzie z „Miasta 44”? Trudno cokolwiek powiedzieć. Mamy bowiem do czynienia z uzasadnionym żalem Powstańców, który rokuje nadzieję na zaskakujący obraz, a z drugiej strony obietnica szokowania dla samego szokowania, choć zgodna z modą, to tanie zagrywki. Jakiś czas temu otrzymaliśmy serię zdjęć z planu filmowego, gdzie wszystko i wszyscy wyglądali jak wycięci z żurnala, co nie nastraja optymistycznie, a przy okazji Jan Komasa angażuje się w niezwykły projekt dokumentalny, co może oznaczać, że facet zdaje sobie sprawę z tego, jak – pod względem wizualnym – mogło Powstanie Warszawskie wyglądać. A dodatkowo – wszyscy w ten projekt wierzą, wszyscy wspierają (6 milionów dotacji od PISF przy ponad 20-milionowym budżecie), grono sponsorów na pewno ulegnie powiększeniu – wszak premiera ma się odbyć 1 sierpnia 2014 na Stadionie Narodowym, jest szansa, żeby się pokazać. Projekt budzi niekłamane zainteresowanie mediów, a przy okazji – fan page prowadzony jest wręcz wzorowo… And last but not least – zero ogranych twarzy w obsadzie, same świeże nazwiska – niezwykłe!

Aż się zwiastunu nie mogę doczekać, żeby zweryfikować swoje nadzieje, przypuszczenia i uprzedzenia.

Uśmiechnięty Andrzej Wajda i zadowolony minister kultury, Bogdan Zdrojewski. Jak pocałunek śmierci? 🙂

Ostatnio dodane