Człowiek słoń - artukuł | FILM.ORG.PL

CZŁOWIEK SŁOŃ. Lekcja człowieczeństwa








Filip Jalowski
15.01.2016


Wieloletnie zmagania z Głową do wycierania doprowadziły Lyncha na skraj życiowej przepaści. Pobyt w industrialnym piekle Henry’ego Spencera był dla wielu widzów wycieczką zbyt ekstremalną, nawet jak na kilkudziesięciominutowy seans filmowy. Lynch spędził w tym piekle setki dni oraz nocy.

Pierwsza połowa lat siedemdziesiątych to dla niego nieustanna walka o życie. O pieniądze potrzebne na ukończenie zdjęć do pierwszej fabuły oraz środki niezbędne do zapewnienia bytu rodzinie, która zaczęła ulegać stopniowemu rozpadowi. Zupełnie jak przedmioty oraz postacie, zapełniające kadry jego filmowego krzyku, wyrażającego głęboką obawę o to, co przyniesie jutro. Peggy Lentz odeszła od Lyncha w roku 1974, zabierając ze sobą ich wspólne dziecko – Jennifer. Do ukończenia Głowy brakowało wówczas trzech długich lat, podczas których kondycja psychiczna twórcy ulegała stopniowemu pogorszeniu. Kiedy film ostatecznie trafił do kin i wypracował sobie silną pozycję wśród ludzi, którzy uwielbiali zatracić się w kinowym świecie pod osłoną nocy, wśród rzeszy oryginałów unikających kina głównego nurtu oraz policyjnych kontroli, Lynch zaczął powoli wychodzić na prostą. W tunelu w końcu pojawiło się światło, które tak bardzo pragnął ujrzeć Henry Spencer.

slon1

Przebudzenie z koszmaru

W roku 1977 reżyser ożenił się po raz drugi. Tym razem jego wybranką została Mary Fisk, czyli siostra Jacka Fiska, wieloletniego przyjaciela Lyncha i człowieka, który znacząco przyczynił się do ukończenia prac nad jego pierwszą fabułą. Mary, podobnie jak większość znajomych twórcy, również pojawiała się wśród posępnych dekoracji Głowy do wycierania, odciskając na niej zresztą wyraźne piętno. Matka dziecka Henry’ego to długowłosa blondynka, zupełnie jak Peggy. Kusząca sąsiadka, która zaczyna odsuwać uwagę bohatera od żony, ma włosy ciemne niczym kawa. Mary może pochwalić się podobną aparycją, a zbiegi okoliczności są tu raczej wykluczone, ponieważ pierwszy rozwód Lyncha nie był spowodowany jedynie jego twórczym szaleństwem. Peggy bardzo szybko zauważyła, że w życiu męża pojawiła się inna kobieta. Rozstanie nie oznaczało jednak gwałtownego urwania wszelkich kontaktów. Była żona Lyncha również weszła w nowy związek. Jej wybrankiem był Tom Reavy, który szybko stał się dla Jennifer drugim ojcem. Reżyser zaakceptował taki stan rzeczy, a para w żaden sposób nie utrudniała mu kontaktów z córką. Dom Peggy był dla Lyncha zawsze otwarty, co skutkowało czasem niespodziewanymi sytuacjami. Pewnego dnia, po powrocie z pracy, Tom znalazł w domu groteskową rzeźbę skonstruowaną z tamponów i keczupu. Po takim spotkaniu wiedział, że nie musi obawiać się o to, gdzie zniknęła Jennifer. Z całą pewnością przebywała właśnie z biologicznym ojcem.

Pobyt w industrialnym piekle Henry’ego Spencera był dla wielu widzów wycieczką zbyt ekstremalną, nawet jak na kilkudziesięciominutowy seans filmowy. Lynch spędził w tym piekle setki dni oraz nocy.

Prócz rzeźbienia oraz zbierania kamieni, lądujących później w ceramicznej, żółtej misce ustawionej w salonie reżysera, Lynch niemal religijnym kultem otaczał restaurację Bob’s Big Boy, w której zajadał się hamburgerami popijanymi słodkim shakiem. Reminiscencje jego kulinarnych rytuałów będzie można odnaleźć za kilka lat pomiędzy iglastymi lasami miasteczka Twin Peaks, niemniej Bob’s Big Boy jest w tej opowieści ważne przynajmniej z dwóch innych powodów. To właśnie przy restauracyjnym stoliku Lynch pracował nad scenariuszem do filmu Ronnie Rocket. Nad kawałkiem wołowiny oraz koktajlem mlecznym odbyła się również rozmowa pomiędzy nim a Stuartem Cornfieldem, który pod koniec 1978 roku zaproponował mu reżyserię Człowieka słonia.

slon2

Niewiele brakowało, aby Ronnie Rocket stał się kolejną Głową do wycierania. Zdeterminowany do rozpoczęcia realizacji swojego pomysłu Lynch biegał od drzwi do drzwi, nie uzyskując jednak finansowego błogosławieństwa od żadnego z odwiedzonych producentów. Detektywistyczna opowieść o karle, który włada nad elektrycznością, co czyni z niego na wpół bohatera, na wpół gwiazdę rocka, była dla ludzi z Hollywood pomysłem zdecydowanie zbyt dziwnym. Gdy dołożyć do tego arcywroga o złowieszczym przydomku „Donut Men” oraz całe zatrzęsienie motywów, które odnajdą swoje miejsce w kolejnych filmach twórcy (inne wymiary, hipnotyczne transy, pokoje i przestrzenie wymykające się czasowi zegara), nie sposób dziwić się, że bankierzy z Krainy Snów nie dostrzegli w tym wszystkim szans na zysk. W skutek ciągłych odmów i chronicznego braku pieniędzy, Lynch ponownie zaczął wpadać w depresję, jednocześnie nieśmiało myśląc o tym, aby zrealizować Ronniego Rocketa w trybie znanym mu z prac nad pierwszą fabułą. Przed życiową katastrofą uratował go jednak Cornfield, który przypomniał sobie, że podczas jednej ze stoczonych wcześniej rozmów Lynch zasugerował mu, że mógłby rozważyć reżyserię cudzego scenariusza. Dzięki temu gdzieś pomiędzy shakiem i hamburgerem, na stoliku Bob’s Big Boy wylądował tekst przygotowany przez Christophera de Vore i Erica Bergrena. Po latach od premiery Lynch wspominał, że podczas spotkania z Cornfieldem nie wiedział nic na temat historii Johna Merricka, ale wystarczyło mu usłyszenie zlepka słów „człowiek” oraz „słoń”, aby wiedzieć, że chce zrobić ten film. Wszak to tak cudownie dziwne, pomyślał.

Jimmy Stewart from Mars

Po serii konsultacji pomiędzy scenarzystami, Cornfieldem, Lynchem oraz Jonathanem Sangerem, czyli kolejnym producentem zdeterminowanym do tego, aby wejść w projekt, filmowa historia Johna Merricka zaczęła nabierać kształtów. Wciąż pozostał jednak jeszcze jeden, dość istotny problem – pieniądze. Wiodące wytwórnie nie dostrzegały w Człowieku słoniu wystarczającego potencjału. Za Cornfieldem i Sangerem zamykano każde drzwi, do których odważyli się zapukać. Kiedy sytuacja zaczynała stawać się beznadziejna, z pomocą nadszedł teatr. Sceniczna wersja opowieści o Merricku, wyreżyserowana przez Bernarda Pomerance’a, zdobyła prestiżową nagrodę Tony, okrzykniętą przez media teatralnym odpowiednikiem Oscara. Wokół tytułu z miejsca wytworzył się szum, który zwrócił uwagę ludzi odpowiedzialnych za rozdzielanie filmowych budżetów. Propozycja współpracy nadeszła jednak do ekipy z najmniej spodziewanej strony. Okazało się, że święcący komediowe triumfy Mel Brooks pragnie założyć wytwórnię, która będzie miała za zadanie wspierać niezależne projekty nie mogące liczyć na finansowanie ze strony hollywoodzkich gigantów. Brooksfilm był dopiero ambitnym pomysłem, który – jak pokaże czas – nigdy nie miał stać się kuźnią amerykańskiej awangardy. Ten fakt nie przeszkodził jednak w zaaranżowaniu spotkania pomiędzy Sangerem, Cornfieldem i Brooksem. W jego wyniku mistrz absurdalnej komedii poważnie zainteresował się projektem. Wciąż pozostawało jednak jedno „ale”. Mel Brooks nigdy nie słyszał o Davidzie Lynchu.

slon3

Specjalnie na jego życzenie zaaranżowano prywatny pokaz Głowy do wycierania. Lynch z delikatnym przerażeniem spoglądał na Brooksa wchodzącego do pokoju, w którym miano wyświetlić mu film. Jeszcze przed końcem seansu drzwi otworzyły się z impetem, a na korytarzu pojawił się Mel Brooks wykrzykujący, że Lynch jest szalony i właśnie dostał tę robotę. Industrialny koszmar Henry’ego był dla Brooksa opowieścią godną do postawienia obok dzieł Becketta czy Ionesco. Lynch został ochrzczony przez niego przydomkiem „Jimmy Stewart from Mars”. W swoich największych rolach amerykański aktor wcielał się w bohaterów, którzy stykali się z obsesjami oraz koszmarami powstającymi pośród całkowicie zwyczajnych szarych miejsc, jakie każdy z nas zna z autopsji (Okno na podwórze, Zawrót głowy). Według Brooksa koszmarne sny Lyncha wykraczały daleko poza framugi okien obskurnych kamienic.

Wśród mgieł Londynu

Lynch pojawił się w Londynie jesienią 1979 roku w towarzystwie swojej córki, Jennifer. Była to jego pierwsza wizyta w Europie od czasów piętnastodniowego pobytu w Wiedniu, gdzie pod okiem Oskara Kokoschki miał wyrosnąć na kolejnego wielkiego ekspresjonistę. Stolica Austrii okazała się jednak dla niego zbyt sterylna, czysta, pozbawiona pęknięć i ciemnych zaułków, które pobudzałyby wyobraźnię w taki sposób, jak upadające dzielnice Filadelfii w czasie pracy nad Głową do wycierania. Lynch początkowo planował swoją europejską eskapadę na trzy lata. Dwa tygodnie starczyły mu jednak do tego, aby zrozumieć, że jego miejsce jest gdzie indziej. Chociażby dlatego konieczność opuszczenia USA i praca w Londynie budziły w nim wiele obaw. Jak miało się okazać, niesłusznie.

Kruszejące fasady budynków malujące się przed Lynchem we wszystkich odcieniach szarości pobudzały w nim wyczuloną na miejski rozpad wyobraźnię, która miała w przyszłości stworzyć jedne z najbardziej przekonujących obrazów upadku amerykańskich przedmieść.

Fabryczny charakter Londynu szybko przypadł mu do gustu. Wśród gęstych mgieł oraz brukowanych ulic wciąż dało się wyczuć atmosferę czasów, w trakcie których pomiędzy przecznicami bezszelestnie przemykały postacie pokroju Hyde’a czy Kuby Rozpruwacza. Kruszejące fasady budynków malujące się przed Lynchem we wszystkich odcieniach szarości pobudzały w nim wyczuloną na miejski rozpad wyobraźnię, która miała w przyszłości stworzyć jedne z najbardziej przekonujących obrazów upadku amerykańskich przedmieść. Zaraz po przyjeździe rozpoczęło się poszukiwanie miejsc, które mogłyby posłużyć za plan zdjęciowy. Lynch odwiedził niezliczoną liczbę opuszczonych szpitali i zniszczonych budynków, ledwie dźwigających swój własny ciężar. Jego uwagę zwrócił jednak ten, który w odróżnieniu od poprzedników wciąż zachował elementy świadczące o tym, że niegdyś toczyła się w nim walka między życiem a śmiercią. Porzucone na oddziałach łóżka, wciąż działające lampy gazowe, różniące się od siebie oddziały – to było miejsce dla Johna Merricka. Pozostawała jeszcze jedna kwestia. Przy pierwszym zetknięciu z Londynem Lynch wiedział, że chce nakręcić film w czerni i bieli. Obawiał się jednak, że Brooks nie zgodzi się na takie rozwiązanie ze względów komercyjnych. Przekonywanie mistrza parodii nie trwało w tym przypadku zbyt długo. Brooks zaakceptował wizję reżysera i wysłał na plan Freddiego Francisa, który miał dbać o jakość monochromatycznych zdjęć.

slon4

Po skompletowaniu obsady można było rozpocząć kręcenie. Na dziesięć dni przed początkiem pracy na planie ekipa stanęła jednak przed pierwszym poważnym wyzwaniem. Wciąż nie wiedziano, jak będzie wyglądał bohater tytułowy. Charakteryzacja Merricka właściwie nie istniała. Lynch, który jak do tej pory miał całkowitą kontrolę nad tworzonymi przez siebie projektami, traktował sprawę bardzo ambicjonalnie, dlatego zapragnął stworzyć charakteryzację samodzielnie. Doświadczenia zdobyte na planie Głowy do wycierania nie wystarczyły mu jednak do tego, aby poradzić sobie ze skonstruowaniem maski/kostiumu, który byłby noszony na planie przez prawdziwego aktora. Upiorne dziecko z pierwszego filmu Lyncha było oddzielnym rekwizytem. Strój Merricka musiał być natomiast dopasowany do fizjonomii konkretnego człowieka, Johna Hurta. Tony Clegg, jeden z kierowników produkcji, wspomina, że projekt przygotowany przez Lyncha przypominał potworną maskę mogącą straszyć dzieciaki podczas jakiegoś kinderbalu. Był totalną katastrofą. Właśnie dlatego reżyser zdecydował się on na oddanie pracy w ręce profesjonalisty. Stworzeniem charakteryzacji zajął się Christopher Tucker.

Wkład Lyncha w ostateczny wygląd Hurta jest jednak nieoceniony. Wszystko za sprawą jego przyjaźni z niejakim Mr. Nunnem, czyli opiekunem pamiątek po Merricku. Podczas jednej z wizyt zbiegających się w czasie z początkiem pracy Tuckera, Lynch namówił Nunna do tego, aby na krótki okres czasu wypożyczył mu gipsowe odlewy ramion oraz głowy prawdziwego Johna Merricka. Przy ich pomocy Tucker był w stanie niemal idealnie odtworzyć wygląd historycznej postaci. Potwierdzeniem sukcesu były łzy Nunna, które popłynęły po jego policzkach w momencie, gdy po raz pierwszy raz zobaczył Hurta w pełnej charakteryzacji. Swoją drogą, przy przeobrażaniu się w Merricka płakał zapewne i sam aktor, który dzień w dzień, przez siedem godzin, musiał przesiadywać na krześle charakteryzatora. To ponoć w trakcie jednej z metamorfoz wpadł na pomysł, aby ofiarować swojej postaci delikatny, niemal anielski głos, jaki słyszymy w filmie. Hurt twierdził, że każda osoba, która znosiła na co dzień takie obciążenia, musiała być wysłannikiem niebios.

slon5

Lynch obawiał się pracy na planie, ponieważ po raz pierwszy raz w swojej karierze miał do czynienia z aktorami, którzy (w przeciwieństwie do niego) mieli już rozpoznawalne nazwiska. Paraliżowała go w szczególności wizja współpracy z Johnem Gielgudem, ale czas pokazał, że najwięcej problemów generowała relacja pomiędzy Lynchem a Hopkinsem, który nieustannie kwestionował kompetencje młodego reżysera. Ich kłótnie rozgrywały się na różnych poziomach. Od nic nieznaczących, takich jak kwestionowanie ekscentrycznego ubioru Lyncha przez Hopkinsa, przez te ważniejsze, spory o wygląd postaci, po najważniejsze – kłótnie o kształt scenariusza i konstrukcję scen z udziałem Doktora Trevesa. Starcia pomiędzy reżyserem i aktorem nie były jednak destrukcyjne. Miały raczej twórczy charakter. Lynch godził się na dużą część improwizacji Hopkinsa i z cierpliwością wysłuchiwał jego kolejnych pomysłów. To właśnie jedna z ich kłótni doprowadziła do tego, że zdecydowano się rozpocząć zdjęcia jeszcze przed ukończeniem charakteryzacji Hurta. Hopkins i Lynch doszli do wniosku, że można spróbować nakręcić scenę pierwszego spotkania Trevesa i Merricka bez fizycznego udziału tego drugiego. Decyzja była strzałem w dziesiątkę, ponieważ łza spływająca po policzku Hopkinsa w momencie, gdy odsłania ciemną zasłonę i patrzy tam, gdzie nie może sięgnąć wzrok widza, jest jednym z najbardziej przejmujących momentów w całej filmografii reżysera.

Lynch obawiał się pracy na planie, ponieważ po raz pierwszy raz w swojej karierze miał do czynienia z aktorami, którzy (w przeciwieństwie do niego) mieli już rozpoznawalne nazwiska.

Po zakończeniu zdjęć Gielgud wysłał do Lyncha list, w którym z przejęciem zapytał go o to, czy z jego rolą wszystko w porządku. Okazało się, że minimalistyczny styl reżyserii Lyncha, brak stanowczych uwag w kierunku aktorów i pozwolenie im na elementy improwizacji, doprowadziły do sytuacji, w której nawet tak doświadczona osoba jak Gielgud, nie była pewna jakości swojej pracy. W obliczu wspominanych obaw reżysera była to sytuacja dość niecodzienna. Doceniany na całym świecie aktor wysyła list do młokosa stawiającego pierwsze kroki w filmowym świecie, prosząc go o to, aby wysłał mu uwagi dotyczące swojej skadinąd doskonałej roli. Nieco speszony Lynch napisał oczywiście list pochwalny. W superlatywach o roli Gielguda i Człowieku słoniu mówiła również światowa krytyka. Film zdobył osiem nominacji do Oscara, musiał obyć się jednak bez statuetki. Na tej samej gali za rolę Loretty Lynn w Córce górnika Michaela Apteda Złotego Rycerza odebrała jednak Sissy Spacek, będąca jedną z najbliższych przyjaciółek Lyncha. Można zatem powiedzieć, że wszystko pozostało w rodzinie.

slon6

Piętno patrzenia

Doktor Treves spotyka Merricka w trzynastej minucie filmu. Łza spływająca po jego policzku w trakcie pierwszego zetknięcia z bohaterem tytułowym znacząco zwiększa ciekawość widza, który oblicze Człowieka Słonia pozna dopiero osiemnaście minut później, po przeszło trzydziestu minutach seansu. Kiedy pełna obaw pielęgniarka, niosąca w drżącym ręku miskę ciepłej zupy, otworzy drzwi pokoju i zobaczy na łóżku potwornie zdeformowaną, ale i śmiertelnie przerażoną postać, krzyknie i zacznie płakać ze strachu przed bestią napotkaną podczas wykonywania służby. Kobieta nie zauważy tego, co nie może umknąć uwadze widza. Merrick boi się kontaktu z drugim człowiekiem, obawia się jego wzroku, ponieważ przez całe życie nikt nie spojrzał na niego z czułością, czy chociażby obojętnością, z jaką spotykamy się, mijając na ulicy kolejnych anonimowych przechodniów. Na Merricku ciąży piętno patrzenia. Każde spojrzenie przypomina mu o tym, że ludzie nie odbierają go jako jednego ze swoich. W najlepszym wypadku jest jedynie groteskową atrakcją pokazu niesamowitości. Dla większości gapiów to jednak dzika bestia, zwierzę, które czeka na dogodny moment, aby zaatakować i uśmiercić swoją ofiarę. Właśnie dlatego należy trzymać go w klatce. Gdzieś pomiędzy popiskującymi małpami a dzikimi kotami.

Lynch doskonale rozumie, w jaki sposób działa ludzka psychika. Osłonięta kawałkiem płótna postać, spoglądająca na widza z plakatów filmu i przemykająca po ulicach Londynu przed ujawnieniem swej fizjonomii, intryguje. Kiedy Treves po raz pierwszy zbliża się do klatki Merricka, niemal domagamy się ujęcia, które pokaże nam go w całej okazałości, zaspokoi naszą potrzebę patrzenia. Odmowa sprawia, że wygląd bohatera zaczyna ciekawić jeszcze bardziej. Jego zobaczenie szybko staje się celem samym w sobie, przyćmiewając tym samym problemy natury moralnej, gromadzące się wokół jego osoby już od pierwszych minut filmu. I właśnie wtedy nadchodzi scena pierwszego spotkania. Reżyser zderza widza z postacią przerażoną niczym dziecko przebudzające się z koszmaru, skuloną w kącie pokoju niczym dzikie zwierze zagonione w ślepy zaułek przez człowieka. Trudno nie poczuć się w tej chwili tak, jak osoby, których zachowanie jeszcze przed momentem wydawało się odrażające. Niecierpliwie wyczekując pierwszego zetknięcia z Merrickiem odartym z materiałów skrzętnie ukrywających jego oblicze, widz staje się wiktoriańskim gapiem, który płaci kilka pensów za to, aby zobaczyć zgniły owoc haniebnego związku między kobietą a afrykańskim gigantem. Aż do tego momentu nie widzimy w Merricku człowieka, ale perwersyjną atrakcję.

slon7

Piętno patrzenia towarzyszy Merrickowi do śmierci. Kładąc głowę na poduszce, zaznaje spokoju, godzi się na odejście, niemniej, czy to, czego doświadczył w trakcie pobytu w szpitalu, istotnie zmieniło stosunek ludzi do jego osoby? Czy zamiana publiczności z niewykształconej hołoty szukającej prostej atrakcji na grupę arystokratów istotnie jest zmianą znaczącą? Na to pytanie odpowiedzieć musimy sobie sami, Lynch nie narzuca bowiem żadnej odpowiedzi. Czy wykształceni ludzie dostrzegli w Merricku człowieka, którego nie chcieli zobaczyć w nim mieszkańcy fabrycznych dzielnic Londynu? A może był on jedynie kolejną arystokratyczną zabawką, dzięki której można było spełnić egoistyczną potrzebę utwierdzenia się w przekonaniu, że poprzez kontakt z nim czyni się coś dobrego, jest się dobrym człowiekiem? Nie wiemy.

Filmowe światy Lyncha wypełniają demony. Pełno w nich gwałtu, strachu i krzyku. Ten fakt często odwraca uwagę widza od tego, co w tym wszystkim najistotniejsze. A dla Lyncha niezmiennie, przez całą karierę, najważniejszy jest po prostu człowiek.

Lekcja człowieczeństwa

Filmowe światy Lyncha wypełniają demony. Pełno w nich gwałtu, strachu i krzyku. Ten fakt często odwraca uwagę widza od tego, co w tym wszystkim najistotniejsze. A dla Lyncha niezmiennie, przez całą karierę, najważniejszy jest po prostu człowiek. Ze wszystkimi swoimi słabościami, pragnieniami i obawami. Prawdopodobnie dlatego opowieść o wiktoriańskim wyrzutku z miejsca stała się historią, którą zapragnął opowiedzieć przy użyciu ruchomych obrazów. Człowiek słoń jest bowiem prawdziwą lekcją człowieczeństwa. Daleką od jakiegokolwiek patosu, funkcjonującą gdzieś poza zimnym światem filozoficznych idei. Dziecięca radość Merricka stykającego się rzeczami tak prozaicznymi, jak zdjęcie dzieci stojące na kominku, możliwość porozmawiania z drugim człowiekiem czy wizyta w teatrze, uświadamiają nam, jak często przestajemy doceniać te małe rzeczy, które – zebrane w całość – budują naszą tożsamość. Czynią nas tym, kim jesteśmy.

slon8

Podczas pobytu w szpitalu Merrick rozpoczyna budowę makiety katedry, która znajduje się za jego oknem. Trudno nie przypomnieć sobie w tym momencie jednej z najsłynniejszych sentencji świętego Pawła, który w pierwszym liście do Koryntian pisze: „Czyż nie wiecie, żeście świątynią Boga i że Duch Boży mieszka w was?”. Przez większość swojego życia Merrick nie mógł spojrzeć w niebo. Deformacja nie pozwalała na podniesienie wzroku do góry. Z pewnością nie patrzył również w kierunku świątyń, które były ostoją dla ludzi, nie potworów. Przed spotkaniem z Trevesem Merrick nie był pewien tego, czy aby na pewno jest człowiekiem. Świadczy o tym rozpaczliwy ton głosu, jaki wydobył się z niego w momencie, gdy krzyknął do oblegających go ludzi, że nie jest zwierzęciem, ale istotą ludzką. Chory, który całe dorosłe życie zarabiał na kawałek chleba jako cyrkowa atrakcja, rozpaczliwie poszukiwał potwierdzenia swojej tożsamości, a to mogło wypłynąć jedynie z kontaktu z osobą, która przeniknie spojrzeniem maskę Człowieka Słonia. Nic nie dzieje się jednak od razu. Wszystko jest procesem.

W przypadku Merricka dobiega on końca w momencie, gdy makieta świątyni zostaje ukończona. To oczywisty, a może i nieco banalny symbol odzyskania wiary w swoje człowieczeństwo, ale u Lyncha nabiera on prawdziwie niezwykłego charakteru. To piękne i proste podsumowanie tych wszystkich małych gestów, które utwierdziły Merricka w przekonaniu, że nie każda świątynia Boga musi być zbudowana wedle tych samych zasad, z tego samego materiału. Gdy pozostawia on swój projekt przy lekko uchylonym oknie, brak w nim obaw, że do pokoju ponownie wkradną się ludzie, którzy uczynią sobie z niego jedynie cyrkową atrakcję. Przemiana się dokonała. Marzenie o wizycie w teatrze i obejrzeniu sztuki w towarzystwie publiczności również. Do gmachu teatru nie wpuszcza się przecież zwierząt.

Kładąc się na swojej poduszce, Merrick prawdopodobnie po raz pierwszy raz w swoim dorosłym życiu spogląda w niebo. I nawet jeśli jest ono jedynie sufitem wiktoriańskiego pokoiku, Lynch wie, że musi zadbać o to, aby stało się inaczej. Po tym, gdy bohater po raz ostatni zamyka oczy, przed widzem rozpościera się widok na setki gwiazd.

Umiera John Merrick, bo Człowiek Słoń umarł jeszcze przed położeniem się do łóżka.

korekta: Kornelia Farynowska







  • Jan Dąbrowski

    Naprawdę świetny tekst, poziomem dorównujący dziełu Lyncha. Dużo ciekawostek, miodny styl, dobrze się czyta – dzięki, Filip!

  • Mariola

    Dzięki za ten tekst – pierwsza klasa.. Aż przypomniałam sobie wzruszenie podczas seansu..

  • nieoszacowana

    Kolejny tekst z film.org.pl, który zapisałam w zakładkach, żeby móc do niego wracać. Jest naprawdę świetny.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

ALAN RICKMAN – romantyczny szarlatan

Następny tekst

Nienawistna ósemka



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE