W stronę zachodzącego słońca

WYATT EARP (1994). Nierówny rywal „Tombstone”

Costner się przeliczył. Jego sposób opowiadania o legendzie Dzikiego Zachodu jest nieciekawy i nudny.

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Nieporozumienie

Kilka lat po sukcesie Tańczącego z wilkami nikogo zapewne nie zdziwiło, że Kevin Costner postanowił ponownie wejść do świata westernu. Powód znalazł sobie do tego nieprzeciętny, gdyż nowy projekt miał się skupiać na postaci Wyatta Earpa, prawdziwej legendy Dzikiego Zachodu. Problem jednak w tym, że powstały w efekcie tych starań film okazał się być wynikiem… nieporozumienia. I to przełożyło się też na jego jakość.

Wyatt Earp z 1994 roku jest bowiem niczym innym jak filmową odpowiedzią na nakręcony rok wcześniej Tombstone. Oba filmy podejmują analogiczną tematykę, przybliżając historię słynnego kowboja. Co ciekawe jednak, Tombstone pierwotnie był projektem, w który Kevin Costner był zaangażowany. Ale na skutek tego, że aktorowi nie spodobała się wizja scenarzysty Kevina Jarre’a, wedle której nacisk rozłożony został na wszystkie postacie, bez skupiania się tylko na Earpie, film ostatecznie powstał bez udziału gwiazdora.

Costner nie dał jednak za wygraną. Skrzyknął zaufanych sobie ludzi i ruszył z realizacją kolejnego, bliźniaczego w tematyce filmu – tym razem z Earpem osadzonym w centrum. Na czele projektu stanął Lawrence Kasdan, czyli reżyser, z którym Costner współpracował wcześniej przy Silverado. Planowano, aby Wyatt Earp był sześciogodzinnym filmem, który miał zostać podzielony na części i wyświetlany w telewizji jako miniserial. Upór Costnera był duży. Ponoć gwiazdor miał nawet uruchomić znajomości w wytwórniach, by utrudnić dystrybucję Tombstone. Oczywiście jego celem było stworzenie przestrzeni dla widowiska, którego był producentem i gwiazdą. Na skutek jednak tego, że duża część dostępnych w okolicy strojów z epoki została już wypożyczona na plan filmu Tombstone, w konsekwencji to produkcja Wyatta Earpa została opóźniona (do niej bowiem musiano ściągać kostiumy aż z Europy).

Choć przyznaję to z przykrością, gdyż darzę Costnera estymą, to jednak w tym wypadku mocno się w swym działaniu przeliczył. Chciał za wszelką cenę doprowadzić do realizacji widowiska, które byłoby prowadzone na jego warunkach (i którego byłby gwiazdą, czym ujawnił swoje ego), ale nie brał pod uwagę, że wizja Kevina Jarre’a, reżysera i scenarzysty Tombstone, może po prostu wygrać. Wyatt Earp poniósł frekwencyjną i artystyczną porażkę. Koszty budżetu się nie zwróciły, a dobrze rozkręcona kariera Kevina Costnera została na moment zachwiana. Tombstone co prawda fortuny nie zarobił, ale przynajmniej zwrócił koszty produkcji i do dziś cieszy się zasłużonym uznaniem. Celowo porównuję te dwa filmy, ponieważ mam wrażenie, że dobry odbiór mającego premierę wcześniej filmu niejako pogrążył projekt Costnera i Kasdana. Ludzie podeszli do niego po prostu z rezerwą. Ale nawet jeśli dla niektórych nieznany był kontekst łączący oba filmy, Wyatt Earp jako twór samodzielny wypada zwyczajnie blado.

Zacznijmy od tego, że film jest po prostu nudny. I to trzeba podkreślić. Choć ostatecznie skrócono pierwotny zamysł filmu o połowę, czyniąc z niego trzygodzinną produkcję, to jednak i tak czas ten stanowi dla widza wyzwanie. Wszystko przez dobór wątków oraz sposób narracji. Gdy przyjrzeć się historii Wyatta Earpa, nie wydaje się ona na tyle atrakcyjna, by prezentować ją w tak szczegółowy sposób. Można to było skrócić, postawić na niedopowiedzenia, które wzmogłyby tajemnicę. Dlatego najlepiej wypada finał opowieści, gdy mamy już do czynienia z bohaterem ukształtowanym i – co jeszcze ważniejsze – zdeterminowanym. Nieśpieszna narracja wydłuża jednak nieubłaganie czas produkcji, przeciągając do granic najmniej ciekawe i niepotrzebne fragmenty.

Costner otrzymał za występ w Wyatcie Earpie Złotą Malinę.

Choć Kevin Costner nie ma na swoim koncie aktorskiego Oscara (jedyne dwie statuetki – dodajmy, w pełni zasłużone – otrzymał za realizację Tańczącego z wilkami), to jednak posiada również kilka Złotych Malin. Jedną z nich otrzymał za występ w Wyatcie Earpie. I cóż, tak jak często niespecjalnie przejmuję się wynikami tych niechlubnych nagród, tak w tym wypadku jest coś na rzeczy. Costner swą grą, delikatnie mówiąc, nie powala. Jest bardzo drętwy, sztywny. To odpowiedź na założenie, iż główny bohater na skutek przejść został wyprany z emocji. Ale to w moim mniemaniu nie upoważniało go do przebrnięcia przez film na jednej minie. Minie, z której bardzo trudno jest w dodatku wyczytać, jakimi intencjami kieruje się bohater. A robienie z tego zagadki, w przypadku narracji niemalże biograficznej, wydaje mi się co najmniej niezrozumiałe. Z kolei w pierwszej części filmu, która odbywa się przed negatywnym w skutkach przełomem, aktor zamiast wybrać naturalność, popada w śmieszność swą udawaną, młodzieńczą ekspresją. I tą nieszczęsną peruką, dopełniającą obrazu groteski.

Reszta obsady nie nadrabia tych braków, gdyż imponująco prezentuje się tylko na papierze. W filmie widzimy bowiem takie osobistości jak Gene Hackman, Bill Pullman, Isabella Rossellini, Téa Leoni, Tom Sizemore, a w epizodzie Jim Caviezel. Jest też Michael Madsen, który dla tego filmu musiał zrezygnować z udziału w Pulp Fiction. Wszyscy jednak celowo przebywają w (wątpliwym) cieniu Costnera, więc nawet jeśli chcieli pozwolić sobie na ciekawsze manewry, to jednak nie umożliwił im tego scenariusz. Nieco więcej swobody otrzymał jedynie Dennis Quaid, który wciela się w Doca Holidaya. Aktor schudł do tej roli kilkanaście kilogramów, by wiarygodnie oddać wyniszczenie bohatera przez gruźlicę. To bardzo dobra rola, bo choć częściowo przerysowana, to jednak przynajmniej charakterystyczna, burząca tekturowe otoczenie. To wedle mnie jasny punkt tej produkcji.

A skoro o zaletach już mowa, to warto podkreślić fakt, że inne aspekty realizacyjne filmu stoją na bardzo przyzwoitym poziomie. Mam tu na myśli przede wszystkim zdjęcia, które nawet za swą jakość zostały nominowane do Oscara. Wyatt Earp to bowiem bardzo klasycznie i przy tym rzetelnie skadrowany film, na który najzwyczajniej dobrze się patrzy. Punkty atmosferze dodaje także piękna muzyka Jamesa Newtona Howarda, która nadaje całości filmu odpowiedniego majestatu. To się udało.

Film Lawrence’a Kasdana jest zatem bardzo nierówny. Pogrążyła go jednak przede wszystkim buta Costnera, który za wszelką cenę chciał opowiedzieć historię Wyatta Earpa po swojemu, rezygnując z udziału w Tombstone. Ta decyzja okazała się kluczowa, gdyż za jej sprawą Costner postanowił udowodnić, że odwrócenie akcentów o 180° wyjdzie tej historii na dobre. Nie wyszło. Widzowie wyczuli fałsz i wskazali właściwego wygranego tej rywalizacji. Wyatt Earp nie jest jednak wedle mnie filmem złym. Jest filmem jednak w zły sposób wykorzystującym potencjał postaci legendarnego kowboja. Być może jego historia nadawała się do prezentacji od A do Z, ale nie w tak wymuszony, nieciekawy sposób. Wyszedł z tego tkwiący w mieliźnie westernowy epos, przez który bardzo trudno jest przebrnąć.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane