W stronę zachodzącego słońca

SILVERADO (1985)

Kino Nowej Przygody w klasycznym westernie. Lekko, przyjemnie i z imponującą obsadą.

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Czterech wspaniałych

Lawrence Kasdan zasłynął jako scenarzysta Poszukiwaczy zaginionej Arki oraz piątego i szóstego epizodu Gwiezdnych wojen. Ale na koncie ma też kilka filmów, do których nie tylko napisał tekst, lecz także je wyreżyserował. Jednym z jego najbardziej udanych, autorskich przedsięwzięć jest western Silverado z 1985. Warto się mu przyjrzeć choćby w ramach ciekawostki – Kasdan potwierdził tym filmem status jednego z głównych propagatorów zasad Kina Nowej Przygody, które tym razem zostały zaprezentowane w tradycyjnej opowieści o kowbojach.

Historia opowiedziana w Silverado na pierwszy rzut oka przywodzi na myśl odgrzewanego kotleta. Poznajemy w niej bowiem grupkę bohaterów – rewolwerowców o wyjątkowo dobrym oku – którzy starają się przywrócić prawo i porządek w miejscowości (której nazwa stanowi, a jakże, tytuł filmu). Sęk jednak w tym, w jaki sposób opowieść ta została zaprezentowana. Jak mawiał o filmie sam Roger Ebert (którego im częściej czytam, tym częściej odkrywam zbieżność gustów): choć historia ta została już opowiedziana wcześniej, to jednak tym, co wyróżnia Kasdana, są styl i specyficzna energia. Energia – dodajmy – wypełniająca niemal każdy kadr.

Jednym z pierwszych, ale zarazem podstawowych przejawów tej energii jest obsada. Silverado to jeden z tym filmów, który może pochwalić się iście imponującą listą płac. Kevin Kline, Scott Glenn, Danny Glover, Kevin Costner, Jeff Goldblum, John Cleese, Brian Dennehy, Rosanna Arquette, Linda Hunt – oni wszyscy znaleźli się w jednym filmie. Ale co ważne, każda z granych przez nich postaci wnosi coś ważnego do opowieści, więc Silverado nie jest tylko zbiorem epizodów. Często jest tak, że jeśli twórcy gromadzą imponującą obsadę, znaczy to ni mniej, ni więcej tyle, iż chcą w ten sposób odwrócić uwagę od tego, jak mało mają do powiedzenia w innych elementach. W przypadku filmu Kasdana się to jednak nie sprawdza, co stanowi jego ewidentną zaletę.

Choć sam Glenn jeszcze nie wiedział, że przyszło mu pracować z przyszłą filmową gwiazdą, to już wtedy takim mianem żartobliwie zwykł określać młodego aktora na planie.

Chemię, jaka wystąpiła między aktorami podczas kręcenia zdjęć, potwierdził swego czasu Scott Glenn w jednym z wywiadów. Jego zdaniem ten bogaty w nazwiska casting wpłynął zarówno na ostateczną jakość filmu, jak i sposób jego reżyserowania. Glenn wspomina, jak wielką estymą darzył wówczas Kevina Costnera (swego ekranowego, młodszego, nieco narwanego brata), dla którego był to zarówno pierwszy western na koncie (zapoczątkowujący romans Costnera z tym gatunkiem), jak i w ogóle początki wielkiej, hollywoodzkiej kariery.

Choć sam Glenn jeszcze nie wiedział, że przyszło mu pracować z przyszłą filmową gwiazdą, to już wtedy takim mianem żartobliwie zwykł określać młodego aktora na planie. Było to związane z poruszającą magią, która jego zdaniem wyodrębniła się w kreacji Costnera. Ta jest dostrzegalna po latach, gdyż Costner bodaj nigdy później nie grał już na takim luzie, korzystnie wpływającym na bijący z ekranu wigor. Ale oczywiście postać Costnera to nie jedyna wybitna kreacja. Świetnie wypada także Kevin Kline, który w roli statecznego rewolwerowca niejako zaprzecza ugruntowanemu w latach późniejszych wizerunkowi komedianta.

Jak wspomniałem na początku recenzji, to, co wyróżnia Silverado, to przede wszystkim styl, realizujący założenia Kina Nowej Przygody. Nominowana do Oscara muzyka Bruce’a Broughtona umiejętnie podkreśla ducha przygody i przywodzi na myśl najlepsze takty twórczości Johna Williamsa. Film z 1985 roku to bowiem westernowa wersja Poszukiwaczy zaginionej Arki, z odpowiednio wygładzonym, lekkim przekazem (widok krwi jest rzadkością), wyraźnym podziałem na dobro i zło oraz z dużą liczbą porywających scen czyniących z filmu prawdziwe widowisko.

Ale w tym wszystkim jest to także western bardzo typowy, wręcz klasyczny, gdyż świadomie gromadzi najbardziej czytelne elementy gatunkowe, jak bójka w salonie, strzelanina na skalistym zboczu oraz crème de la crème, czyli finalny pojedynek dwóch rewolwerowców stających naprzeciw siebie w próbie nerwów. Kasdan w tym przetwarzaniu bezpiecznych wzorców jest jednak niezwykle szczery. Nie sili się na oryginalność, ale po prostu opowiada to, co zafascynowało go w latach młodości. Czyni to jednak z większym rozmachem, nie nudząc, zachęcając do udziału w przygodzie, kibicowania bohaterom, składając jednocześnie ukłon tradycji gatunku.

Ostatnio dodane