W stronę zachodzącego słońca

PROPOZYCJA (2005)

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Choć western nieodłącznie kojarzy się z Dzikim Zachodem, to jednak Północna Ameryka nie jest jedynym wdzięcznym obszarem dla gatunku. Na przykład taka Australia także daje okazję do realizowania analogicznej zasady, wedle której widz ogląda funkcjonowanie nowej, białej cywilizacji – powstałej na skutek przybycia osadników z Europy – wypierającej tubylcze ludy i formującej własną kulturę. Ale świat ten, z pięknem bezkresnych obszarów i wolnością ludzi będących jego częścią, zaadaptował także te same rysy na swym krajobrazie. I właśnie na tym skupia się Propozycja – western z 2005 roku w reżyserii Johna Hillcoata.

Z diabłem musi być zatem tak, jak o nim mówią – jego największym osiągnięciem nie było namówienie Adama do grzechu, a wmówienie jego następcom, że nie istnieje.

Jako że akcja filmu rozgrywa się w 1880, czyli tuż po tym, jak rewelacje Karola Darwina ujrzały światło dzienne, z jednego z dialogów dowiadujemy się o uprzedzeniach jednego z bohaterów do sugestii, jakoby człowiek miał cokolwiek wspólnego z małpą. Możliwość ta zwyczajnie nie mieści się w głowie owego bohatera, czemu daje wyraz wybuchem śmiechu. Raz, że stanowi to trafną metaforę megalomanii białej rasy, przejawianej w stosunku do czarnego, rdzennego ludu (w tym wypadku – aborygenów). Dwa – odnosi się to także wprost to przekrzywionego obrazu moralności i czystości człowieka ucywilizowanego względem kultury pierwotnej. Bo to, co pokazuje i niejako udowadnia Propozycja, polega nie tyle na tym, jak wiele człowiek ma wspólnego z przysłowiową małpą, ale na tym, że ta druga, nawet nie znając pojęcia moralności, pozostaje dla świata i swych współbratymców o wiele mniejszym niebezpieczeństwem.

I pod tym względem Propozycja ma wiele wspólnego z Drogą, późniejszym filmem Hillcoata. Oba filmy mają bowiem stanowić obraz nędzy i rozpaczy. Reżyser przejawia w nich ewidentną skłonność do tragizowania rzeczywistości, acz wychodzi mu to nad wyraz autentycznie. Przede wszystkim jednak są one wyrazem kryzysu lub wręcz upadku wartości wyznawanych przez człowieka. W Propozycji poznajemy trójkę braci Burnesów, rzezimieszków, którym niejeden życzył śmierci. Dopuszczają się oni strasznego czynu – mordują niewinną rodzinę, w tym kobietę przy nadziei. Po złapaniu dwójki z braci dowódca lokalnej policji składa starszemu z nich propozycję z pozoru niemożliwą do zrealizowania. Ma odnaleźć i zabić trzeciego brata, wówczas najmłodszy zostanie wypuszczony wolno.

Tematyka z miejsca nastawia widza na nieprzyjemne emocje. W dodatku bardzo trudno jest identyfikować z postaciami, gdyż film składa się z samych antybohaterów, z których każdy ma coś na sumieniu. Jest więc duszno, nieprzyjemnie i momentami bardzo boleśnie. Symbolicznym obrazem tej atmosfery są wszechobecne muchy. Wbrew pozorom nie mają one tylko dopełniać obrazu brudu i dekadencji, stanowiącego krajobraz dla wydarzeń. Idąc bowiem za znaczeniowością spopularyzowaną przez filmowego Władcy much, tam, gdzie przebywają te uporczywe owady latające, tam przebywa także i zło. A w Propozycji zło przeszywa bohaterów dogłębnie.

W innym dialogu, tym razem z udziałem najstarszego z braci, tłumaczone jest pojęcie mizantropii. Jako że z założenia kryje ono nienawiść do ludzi, na pytanie młodszego towarzysza o to, czy w takim razie są oni są mizantropami z definicji, drugi bohater-psychopata odpowiada: „nie, my jesteśmy rodziną”. Dowodzi to bardzo przerażającej prawdy. Choć przejawy zła wydają się ewidentne z obiektywnego punktu widzenia, to ci nim przesiąknięci mogą mieć na to całkowicie odmienne zapatrywanie, wynikające z iluzji własnej doskonałości. Z diabłem musi być zatem tak, jak o nim mówią – jego największym osiągnięciem nie było namówienie Adama do grzechu, a wmówienie jego następcom, że nie istnieje.

A jak Propozycja prezentuje się pod względem realizacyjnym? Wyjątkowo dobrze, gdyż praktycznie nie ma słabych punktów. Aktorstwo jest bardzo wyrównane. Widoczni na pierwszym planie Ray Winstone, Guy Pearce i Danny Huston grają wyjątkowo powściągliwie, ale jak mniemam, jest to celowe, gdyż daje do zrozumienia, jak wiele trudnych do uzewnętrznienia emocji kłębi się w ich postaciach. Jedynie John Hurt pozwala sobie na lekką szarżę. Z kolei Emily Watson wnosi kontrast blaskiem swej kobiecej niewinności na tle palety szorstkich i zepsutych mężczyzn. Atmosferę filmu budują z kolei wysmakowane zdjęcia Francuza Benoîta Delhomme’a (Teoria wszystkiego) oraz gustowna muzyka, za którą – co dziwić nie może – wziął się autor scenariusza, Nick Cave.

Bawiąc się tytułem filmu, można powiedzieć, że Propozycja Hillcoata to wyjątkowo solidna propozycja seansu, kierowana zarówno do sympatyków gatunku, jak i widzów, którzy potrafią wyciągnąć korzyść z filmu, oddziałującego z gruntu nieprzyjemnymi obrazami. Korzyść prowadzącą do wniosków, że bez względu na to, w jak złych czasach przyszło nam żyć, na początku dnia i tak wschodzi słońce, które może, choć nie musi, zapowiadać odnowę.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane