W stronę zachodzącego słońca

NIESAMOWITY JEŹDZIEC (1985)

Ciekawostka z potencjałem.

Autor: Piotr Han
opublikowano

Nie zawsze się wygrywa.

Bez przebaczenia jest jednym z najsłynniejszych filmów wszech czasów, dzięki niemu Clint Eastwood zapewnił sobie nieśmiertelność. Znacznie mniej osób słyszało jednak o wcześniejszym o kilka lat Niesamowitym jeźdźcu. Również w tym filmie Eastwood gra główną rolę i odpowiada za reżyserię. Rzut oka na zarys fabuły jest wielce zachęcający. Mała osada poszukiwaczy złota rozpaczliwie broni się przed zakusami bezwzględnych zbirów, a gdy wszystko wydaje się stracone, do gry włącza się tajemniczy przybysz (odgrywany przez wiadomo kogo), pojawia się też wątek zemsty. To zwyczajnie nie mogło się nie udać. A jednak! Co poszło nie tak?

Największą wadą filmu jest absolutny brak napięcia. Widza kompletnie nie interesuje, jak cała historia się skończy.

Brak tu postaci, którym można by kibicować.

Jest tak, ponieważ brak tu postaci, którym można by kibicować albo chociaż z uwagą śledzić ich losy. Ci źli są tutaj nudni i nijacy – nie powodują strachu i nie wywołują żadnych emocji. Jeszcze gorzej rzecz się ma z bohaterami pozytywnymi, za których, w teorii, widzowie powinni trzymać kciuki. Oni są ekstremalnie irytujący i zwyczajnie głupi! W czasie seansu aż chciałoby się kibicować złym, aby tylko w końcu zrobili porządek z tą skazaną na wymarcie zbieraniną. Niestety ani na chwilę nie da się zapomnieć, że „złoczyńcy” posiadają mniej charyzmy niż worek cementu.

W Niesamowitym jeźdźcu wykorzystano znany westernowy schemat. Zły przedsiębiorca pragnie przejąć ziemię należącą do szlachetnych szaraczków. Oni jednak bronią się za wszelką cenę. Wszystkie działki z wyjątkiem tej jednej znajdują w rękach owego demonicznego (w teorii, bo… – patrz akapit drugi) magnata, który najpierw stara się ich wykupić, potem zaś przechodzi do bardziej radykalnych działań. W tym momencie sama nasuwa się pewna refleksja. Może  uparta postawa osadników blokuje rozwój okolicy? Przecież ów „businessman” zbudował znajdujące się nieopodal miasto, podczas gdy oni dalej gnieżdżą się w namiotach i barakach? Nic im się nie udaje. Analogia z właścicielem kiosku, który blokuje budowę metra, nasuwa się sama! A może by tak poprzesuwać akcenty i opowiedzieć tę historię od drugiej strony? Banda złych, agresywnych kowbojów kurczowo trzyma się swojej działki, kiedy wokół próbuje rozrastać się cywilizacja. Oczywiście powyższa teoria może wydać się dosyć naciągana, ale podczas seansu Niesamowitego jeźdźca umysł robi wszystko, aby tylko nie skupiać się na akcji.

Ktoś mógłby zapytać, a co z tytułowym Jeźdźcem i jego zemstą? Przecież to właśnie te elementy stanowią o sile większości westernów. W tego typu historiach im pada mniej słów, tym lepiej. Tutaj Clint posunął się jednak stanowcza za daleko. Widzowi dostarcza się bowiem tak mało informacji, że nie jest w stanie wczuć się w klimat opowieści. Bohater Eastwooda (który okazuje się pastorem!) nie wiadomo dlaczego,  mści się na nie wiadomo kim, za nie wiadomo co. Czy kogoś może to obchodzić?

Sytuację pogarsza fakt, że starcie zostało zainscenizowane mało efektownie –  bez krzty polotu i wyobraźni.

Widać, że scenarzyści próbowali tutaj nawiązywać do spaghetti westernów (przestylizowanie niektórych scen, nieco umowny charakter opowieści). Wydaje się jednak, że tak naprawdę nie widzieli żadnych filmów z tego gatunku, lecz jedynie ktoś im o nich opowiedział. Najgorsze jest to, że wiele pomysłów ma w sobie potencjał (kaznodzieja mszczący się za dawne grzechy, wydobywanie złota przy użyciu dewastujących środowisko pomp wodnych, ciekawy klimat), jednak scenariusz sprawia wrażenie, jakby po napisaniu nikt go już nie przeczytał. Skrypt do Bez przebaczenia krążył po Hollywood przez kilkanaście lat i przez ten czas był wielokrotnie poprawiany. Może gdyby Niesamowity jeździec też został parę razy przepisany, to mielibyśmy do czynienia z porównywalnym arcydziełem? Albo inaczej – jak wyglądałoby opus magnum Clinta, gdyby trafiło na ekrany w pierwotnej wersji?

Trud włożony w pracę nad Niesamowitym… nie poszedł jednak na marne. Eastwood ewidentnie czegoś się wtedy nauczył. Zdobywane przez lata wiedza i doświadczenie nie poszły w las, a z wcześniejszych porażek wyciągnięte zostały właściwe wnioski. Prawdopodobnie, gdyby nie opisywana tutaj abominacja, to Unforgiven nie byłoby AŻ TAK dobre.

Podsumowując: jeżeli przyjmie się, że Niesamowity jeździec był jedynie swojego rodzaju poligonem próbnym, to film ma jednak pewną wartość i jest wart obejrzenia. Jako ciekawostka.

Chociaż może cały powyższy wywód nie ma sensu? Scenariusz do obu filmów został napisany przez zupełnie innych ludzi, nie ma więc mowy o jakiejkolwiek ewolucji! Ale to by oznaczało, że Clint jest przeciętnym twórcą, który scenariusze wybiera na chybił trafił, a wszystkie sukcesy zawdzięcza temu, że od czasu do czasu ktoś podsunie mu pod nos coś wartościowego? Jak inaczej wytłumaczyć fakt, iż w jego filmografii mocarne Gran Torino sąsiaduje z niemal disneyowskim Invictus?

Nie, to nie może być prawda. Na pewno istnieje inne logiczne wytłumaczenie tego zjawiska.

Ostatnio dodane