W stronę zachodzącego słońca

BEZPRAWIE (2003)

Dużo gadają, mało strzelają.

Autor: Rafał Donica
opublikowano

Rozstrzelana nuda

Spokój, cisza, nic się nie dzieje. Dużo gadają, mało strzelają. Tak mniej więcej wygląda Bezprawie, nowy film Kevina Costnera, próba come backu podupadłego nieco aktora i zupełnie już upadłego reżysera (zawsze gdy przypomnę sobie jego wyczyn w postaci Wysłannika przyszłości, nóż w kieszeni bynajmniej nie pozostaje obojętny). Costner zaangażował do Bezprawia staruszka Roberta Duvalla (Boss Spearman), którego obsadził w jednej z głównych ról, drugą rezerwując dla siebie. Bądźmy szczerzy; Duvall nie dodał i tak powolnie toczącym się wydarzeniom choćby grama dynamizmu, a i reszta obsady jakby nigdzie się nie spieszy. Czy zatem taki ospały, leniwy klimat dzieła Costnera jest w stanie jakkolwiek widza zainteresować, przykuć uwagę, czy po prostu choćby nie znudzić?

Doskonały przykład wykorzystania klasycznej konstrukcji powolnej akcji.

Zostawmy na chwilę Bezprawie i skoczmy w przeszłość, aby na podstawie kilku innych tytułów pokazać, że z ‚nic się nie dziania’ spokojnie można uczynić największy atut filmu, pod warunkiem jednak, że w finale cisza i spokój zostanę rozdarte przez huk wystrzałów, a kulminacyjna konfrontacja ekranowych oportunistów eksploduje z niespotykaną mocą, wgniatając wyrwanego z marazmu widza w fotel. Wystarczy, że w tym miejscu wymienię cztery tytuły filmów, z których Bezprawie czerpie garściami i, choć nie można filmu Costnera postawić na półce tuż obok wymienionych za chwilę dzieł, to nowy antywestern twórcy Tańczącego z wilkami plasuje się tuż tuż za nimi, stanowiąc doskonały przykład wykorzystania klasycznej konstrukcji powolnej akcji, która wciąga dialogiem, atmosferą, niepewnością i narastającym w sennym tempie poczuciem, że konflikt zmierza do punktu zero, gdzie czeka bohaterów i widza wspaniała nagroda.

W samo południe i Rio Bravo to chyba najlepsze przykłady na ‚coś złego wisi w powietrzu’; w tym pierwszym szeryf musi samodzielnie stawić czoła groźnym przestępcom, którzy koło 12:00 mają przybyć do miasteczka, w celu ‚wywarcia na nim srogiej pomsty w zapalczywym gniewie’. Szeryf jest sam, nikt nie kwapi się, by pomóc mu w z góry skazanym na porażkę starciu. Kluczy zatem po miasteczku przez cały film, rozmawiając z ludźmi; w końcu, gdy wybija 12:00, staje samotnie do nierównej walki. Podobna historia ma miejsce w Rio Bravo, gdy szeryf i pijak, pilnując w areszcie jednego z bandziorów, czekają przez 3/4 filmu na przybycie reszty jego bandy, której będą musieli się przeciwstawić w emocjonującym i wybuchowym finale, skutecznie burzącym dotychczasowy narracyjny spokój. Japoński Harakiri to z kolei największy kontrast między usypiającą formą niemal całego filmu a dynamicznym, krwawym i choreograficznie genialnym zakończeniem, w którym samotny Ronin dzielnie stawia czoła zastępom samurajów.

100 minut filmu to tylko i wyłącznie retrospekcje i opowieści, mozolnie i z namaszczeniem snute przez bohaterów; krótki, piekielnie szybko rozegrany finał to zatem dla widza wielkie zaskoczenie, ale i wielka nagroda za to, że dzielnie dotrwał do końca.

Budowanie nastroju za pomocą jedynie opowiadania o przeszłości bohatera (swoisty dramaturgiczny fundament wylewany pod końcową ‚akcję’), to nie tylko domena znakomitego Harakiri, ale i jednego z najlepszych antywesterów w historii kina: Bez przebaczenia, gdzie podstarzałych bohaterów mających już za sobą najlepsze (czy raczej najgorsze) czasy poznajemy tylko ze szczątkowych opowieści, z których nie do końca wiemy, które są prawdą, a które ubarwionymi poprzez przekazywanie z ust do ust legend, nie mających nic wspólnego z rzeczywistością. W Bez przebaczenia każde słowo niemal, każda wzmianka o czynach bohaterów (w szczególności Williama Munny’ego) ma za zadanie wzmóc w widzu zainteresowanie postaciami i emocjonalnie przygotować go pod dramatyczny i wgniatający w fotel finał, gdzie jedne mity padają, a inne potwierdzają się z nawiązką. Dokładnie ten sam ‚myk’ zastosowano w Bezprawiu

… Kevin Costner bowiem garściami czerpał z wyżej wymienionych filmów. Jego bohater, zgorzkniały kowboj z niejasną (krwawą) przeszłością, to człowiek próbujący wreszcie żyć spokojnie, pasać po prostu bydło, mieć przyjaciół i czuć wolność na bezkresach prerii. Tylko ze strzępów informacji dowiadujemy się, że w Charliem Waicie siedzi uśpiony diabeł wcielony i że prawdopodobnie lepiej nie wchodzić mu w drogę. Jest też pewien zły zabijaka, który ponoć nie ma sobie równych (kończy żywot w dość nieoczekiwany sposób) i pokaźna banda miejscowych złych charakterów, oraz oczywiście punkt zapalny akcji, czyli konflikt naszych bohaterów (Waite i Boss Spearman) z owymi miejscowymi, trzymającymi miasteczko i mieszkańców w garści.

Podobnie jak w wyżej wymienionych filmach, akcja rozwija się powoli, konsekwentnie budując nastrój i zapoznając nas z osobami dramatu. Nie będę jednak ukrywał, że film Costnera nieco słabiej sprawuje się na polu budowania napięcia, szczególnie w porównaniu ze znakomitymi prekursorami, z których Kevin (z zadowalającym mimo wszystko rezultatem) ‚ściągał’. I choć 3/4 Bezprawia widza nieco nudzi (acz jeśli dać się ponieść nieco ospałemu klimatowi, to film ogląda się naprawdę nieźle!), to końcowa strzelanina stawia już każdego na równe nogi i nie daje wytchnienia przez ponad 15 minut, bo tyle trwa ta zrealizowana z niezwykłym pietyzmem i polotem realistyczna wymiana ognia. Znajdziemy tu przede wszystkim nowatorskie ujęcia; w jednym z nich kamera podąża za bronią Charliego, którą rozbija szybę i bez wahania strzela do wroga, a z lufy unosi się dym, który niemal wszystko przesłania. W innym potężny strzał przez ścianę szopy niemal wyrywa z butów jeden z ‚czarnych charakterów’.

Trochę szkoda, że niemal cała siła Bezprawia tkwi w jedynej scenie akcji, a reszta opowieści nieco przynudza, ale uroku nowemu filmowi Costnera mimo wszystko odmówić nie można.

Wszystko jest bowiem na swoim miejscu; piękne zdjęcia, niezłe aktorstwo, klimat, i konsekwentnie (choć naprawdę powolnie) budowane napięcie. Jedyny zarzut pod adresem Bezprawia to to, że mimo widocznego nakładu pracy i pasji włożonej w film, nie można go postawić na jednej półce obok wyżej wymienionych klasyków. Żeby jednak nikogo przypadkiem nie zniechęcić do Kevina Costnera, należy pochwalić go za to, że po paśmie wpadek (Wyatt Earp, Wysłannik przyszłości, Wodny świat) nie zrezygnował z pracy przed i za kamerą i stworzył po prostu niezły film.

Tekst z archiwum film.org (2004).

Ostatnio dodane