Serialowe uniwersum

Serialowe uniwersum. Obsesja Eve (Killing Eve)

Autor: Kornelia Farynowska
opublikowano

Planowałam obejrzeć Killing Eve – u nas serial zatytułowano Obsesja Eve – jeszcze zanim pojawiły się pierwsze bardzo pochlebne recenzje przedpremierowe. Wynikało to przede wszystkim z sympatii do Sandry Oh, którą lubię za fantastyczną rolę w Chirurgach. Dopiero później zorientowałam się, że serial jest chwalony za oryginalność, pomysłowość i reklamuje się go jako „porywający thriller”. No cóż, jeśli ktoś nigdy wcześniej nie widział żadnego dreszczowca, to ma prawo tak myśleć…

Trudno nie zauważyć, że są stereotypowymi postaciami.

Jedną z dwóch głównych bohaterek jest Eve Polastri (Sandra Oh), agentka MI5. Agentka oczywiście bardzo bystra, łącząca ze sobą fakty, których nikt inny nie skojarzy. Wyrzucona z pracy za inicjatywę i przeprowadzanie śledztwa na własną rękę. Zaraz po tym zatrudniona w tajnej sekcji MI6, której szefowa Carolyn Martens (Fiona Shaw) dostrzega w Eve potencjał.

Drugą główną bohaterką jest Vilanelle, grana przez stosunkowo nieznaną Jodie Comer. Vilanelle jest psychopatką, dobrze opłacaną zabójczynią odpowiedzialną za wiele morderstw popełnionych na całym świecie. To na jej trop wpada Eve, której nikt nie chce wierzyć, gdy mówi, że wśród zamachowców pojawił się ktoś nowy, nierejestrowany jeszcze w bazach danych. Vilanelle potrafi wszystko: przygotować bezzapachowe perfumy, które zabijają, walczyć wręcz, strzelać, zabijać wsuwką do włosów…

Kobiety nie są idealne; Eve jest impulsywna i krnąbrna, woli działać na własną rękę, a Vilanelle, abstrahując już od tego, że bez trudu zdobyłaby najwyższy wynik na skali psychopatii, równie chętnie co Eve przejmuje inicjatywę i różnymi dziecinnymi, czasami absurdalnymi zachowaniami prowokuje ludzi wokół siebie. Trudno jednak nie zauważyć, że są stereotypowymi postaciami, a to, co je spotyka, to również dość typowe, standardowe, banalne, nie tylko w gatunku dreszczowca zresztą, wydarzenia.

Eve dość szybko wpada na trop Vilanelle, a Vilanelle na trop Eve. Pierwszy sezon to ich wzajemny pościg. Akcja jest wartka, nie ma ani chwili, by się znudzić, po drodze pada całkiem sporo trupów, ale nic tutaj nie porywa oryginalnością. Charyzmatyczna zabójczyni z tajemniczą, acz prawdopodobnie tragiczną przeszłością, jej tajemniczy szefowie o enigmatycznej nazwie, rzetelna i praworządna agentka, jej tajemnicza, ekscentryczna szefowa. Ten, kto był najmniej podejrzany, nagle okazuje się najbardziej podejrzany; ten, kogo Eve irracjonalnie nie lubi, jest przeciwko niej. Na korzyść serialu przemawia w tym momencie przede wszystkim humor sytuacyjny – trudno nie parsknąć śmiechem, kiedy agentki MI6 spotykają się w sklepie mięsnym i nad podrobami rozmawiają o sprawie.

Grafika promocyjna serialu "Killing Eve"

Dwa powody, dla których warto obejrzeć ten serial, nazywają się Jodie Comer i Sandra Oh. To, że Oh potrafi fantastycznie grać, nieszczególnie mnie dziwi, bo przez dziesięć lat Chirurgów była w obsadzie jedyną osobą, która zawsze trzymała równy, bardzo wysoki poziom. W Obsesji Eve jest tak samo – ogląda się ją fantastycznie, gdy zachowuje kamienny wyraz twarzy i jedynie oczami sygnalizuje dezaprobatę albo że mało ją interesuje to, co ktoś do niej mówi, bo i tak zrobi po swojemu. Sporą niespodzianką jest natomiast Jodie Comer – w zasadzie nieznana, dwudziestopięcioletnia aktorka, której najgłośniejszymi występami do tej pory były role w My Mad Fat Diary i Białej księżniczce. Drobna, szczupła blondynka o delikatnych rysach gra niezrównoważoną, bezwzględną, dziecinną zabójczynię… I robi piorunujące wrażenie. Gra z lekkością, niewymuszenie, w ułamku sekundy przechodzi od rozpuszczonej dziewczynki do obojętnej morderczyni. Comer zebrała zresztą bardzo dobre opinie za swój występ – i te pochwały są akurat zasłużone.

Powinnam przy tym zaznaczyć, że Obsesję Eve ogląda się naprawdę dobrze – pochłonęłam całość w jeden czy dwa dni – ale nazywanie produkcji „najlepszym serialem 2018 roku” albo „przezabawnym, odkrywczym thrillerem” to gruba przesada. Owszem, jest ciekawie pomyślany i dobrze obsadzony (choć nie wszyscy dostali materiał, przy którym mogli się wykazać), łatwo się wciągnąć i zasiedzieć do trzeciej w nocy w tygodniu roboczym (winna!), ale to po prostu dobra rozrywka, nie żadne ambitne, ponadczasowe, zrywające ze schematami dzieło. I może właśnie dlatego gdy większość nowych seriali zwykle z tygodnia na tydzień traci widzów, Obsesja Eve ich zyskiwała – i nie dziwi mnie to, podobnie jak nie dziwi mnie decyzja BBC America, by zagwarantować Phoebe Waller-Bridge, producentce serialu, drugi sezon. Zamierzam go obejrzeć, zwłaszcza że ostatni odcinek był akurat jednym z mocniejszych momentów Obsesji Eve, licząc na to, że doczekam się wreszcie tego obiecanego powiewu oryginalności.

Ostatnio dodane