Serialowe uniwersum

Serialowe uniwersum. Nie uniwersum Marvela, tylko Joss Whedon, nie DC, tylko Bryan Fuller

Autor: Kornelia Farynowska
opublikowano

O uniwersach, jeśli ktoś śledzi wiadomości ze świata filmu, ostatnio głośno. A to Marvel, a to DC, a to Universal Pictures – a to tylko kilka z wielu przypadków. Za komiksami nie przepadam, więc w tym trochę się gubię, zwłaszcza że seriali powiązanych mniej lub bardziej z DC bądź Marvelem jest sporo: Agenci T.A.R.C.Z.Y., The Flash, Gotham, Arrow, The Flash, Constantine, DC’s Legends Of Tomorrow, Supergirl… I ciągle powstają nowe. Tymczasem w świecie serialowym funkcjonują jeszcze co najmniej trzy inne uniwersa, które ja lubię o wiele bardziej niż te komiksowe.

Pierwszy z nich, najlepiej chyba kojarzony, to whedonverse. Tworzą go przede wszystkim seriale Jossa Whedona; niektórzy do uniwersum zaliczają także filmy. To jednak najpierw Buffy – postrach wampirów, Anioł, Dollhouse, Firefly, Dr Horrible’s Sing-Along Blog. Za Firefly ciągnie się jeszcze Serenity, a z filmów niezwiązanych z serialami Whedona – Dom w głębi lasu. Swoją drogą Whedon wyreżyserował także Avengers z 2012 roku, ale to jednak raczej Marvel, nie autorskie przedsięwzięcie…

Choć zwykło się mówić o whedonverse jako o uniwersum, które po prostu gromadzi wszystkie produkcje Jossa Whedona, część fanów próbowało łączyć je ze sobą tak, by wychodziła spójna historia. Przy odrobinie naciągania faktów nawet uda się to zrobić – to dość skomplikowane i wymaga dobrej znajomości większości seriali Whedona, więc zamiast tłumaczyć, zainteresowanych odsyłam do tej strony. Ekipa tworząca portal www.cracked.com nagrała również filmik, w którym w nieznośnie irytujący i łopatologiczny sposób wyłuszczają swoją – odrobinę odmienną – tezę. Zainteresowanych także odsyłam, acz uprzedzam, że aby obejrzeć całość, naprawdę trzeba wykazać się cierpliwością. W jednym z wywiadów – gwoli ścisłości był sprzed 12 lat i zamieszczony na stronie, która od tamtej pory znikła, ale nie brakuje w sieci odwołujących się do niej nowszych artykułów – Joss Whedon zażartował kiedyś, że w szóstym sezonie Firefly załoga statku weszłaby do jakiejś knajpy, a przy barze siedziałby ponury Spike i narzekał na życie. Dość szybko jednak zaznaczył, że traktuje te seriale jako oddzielne produkcje.

Te koncepcje fanów i naginanie rzeczywistości nie wynikają tylko z pobożnych życzeń, lecz po części także z faktu, że Whedon regularnie obsadza tych samych aktorów, często w podobnych rolach. Trudno w takiej sytuacji nie dostrzegać podobieństw, szczególnie że Whedon w różny sposób, ale jednak powtarza wątki i motywy. Można nie lubić jego stylu, ale nie da się zaprzeczyć, że jest rozpoznawalny. Lubi odwracać stereotypy (niewinna, drobna blondyneczka spuszczająca łomot wampirom), lubi wątki postapokaliptyczne (Dollhouse, Firefly, Buffy również parę razy skręcała w tym kierunku, o Aniele nie wspominając), lubi pouśmiercać sobie co bardziej lubiane przez fanów postacie (SPOILER!, SPOILER! i SPOILER!), lubi cięte dialogi (jakikolwiek odcinek czegokolwiek).

Istnieje również fullerverse, tym razem od nazwiska Bryana Fullera. O Fullerze ostatnio było głośno z uwagi na Amerykańskich bogów, ale stworzył także Hannibala, Gdzie pachną stokrotki, Trup jak ja (choć do pewnego momentu) i Wonderfalls. Film Trup jak ja przemilczę, bo abstrahując od faktu, że Fuller umiarkowanie zaangażował się w produkcję, oglądałam to w czasach, kiedy słabo znałam się na kinie, a już wtedy byłam zażenowana poziomem tego dzieła. Wracając do tematu, Bryan Fuller miał pecha do telewizji, i choć jego seriale cieszyły się dobrymi opiniami zarówno wśród fanów, jak i krytyków, często znikały z anteny po jednym, dwóch sezonach.

Bryan Fuller tworzy swoje uniwersum zupełnie inaczej niż np. Marvel.

Produkcje Fullera natomiast na pewno dzieją się w tym samym świecie. W serialach pojawiają się ci sami bohaterowie grani przez tych samych aktorów – tyle tylko, że aby się zorientować, trzeba mieć dobrą pamięć do twarzy i uważnie oglądać. Te postacie nie są bowiem nawet drugoplanowe, często pojawiają się na dalekim planie albo wręcz epizodycznie. Weźmy na przykład Trupa jak ja. Ellen Muth grała dziewczynę imieniem George Lass. George umiera… ale nie do końca, ponieważ staje się Mrocznym Żniwiarzem – musi odbierać ludziom dusze, zanim zginą, by nie cierpiały. Dobre dziesięć lat później wystąpiła w dwóch odcinkach Hannibala jako Georgia Madchen, dziewczyna cierpiąca na zespół Cotarda. Chorujący na niego są przekonani, że nie żyją. Między innymi, to tylko jeden z objawów, ale też o tym najwięcej mówiono w Hannibalu. Dodatkowo w angielskim słowo lass i w niemieckim Mädchen oznaczają dziewczynę. Georgia Lass szukała pracy za pośrednictwem agencji Happy Time, czyli tej samej agencji, do której udaje się w jednym z odcinków drugiego sezonu Ned z Gdzie pachną stokrotki. I tak dalej, i tak dalej…

Ostatnio dodane