Serialowe uniwersum

Serialowe uniwersum. ELEMENTARY, czyli serial NIE o Sherlocku Holmesie

Autor: Kornelia Farynowska
opublikowano

Nie bez powodu powieści i opowiadania o Sherlocku Holmesie są jednymi z najczęściej adaptowanych historii. Właściwie nie bez powodów – jest ich więcej niż jeden, ale jeden z nich to fakt, że mimo upływu lat jego metoda dochodzenia do prawdy pozostanie uniwersalna. Dużo rzeczy można samodzielnie zaobserwować i wyciągnąć odpowiednie wnioski – żeby złapać mordercę czy oszusta, trzeba użyć szarych komórek.

Gdyby nie Sherlock, Elementary w ogóle by nie istniało. Pojawiały się wcześniej próby przeniesienia słynnego detektywa w przyszłość bądź teraźniejszość, ale nie odniosły tak spektakularnego sukcesu jak Sherlock. Ten sukces był zresztą trochę zaskoczeniem dla wszystkich – Brytyjczycy obsadzili sobie w głównej roli jakiegoś tam Benedicta Cumberbatcha, aktora już wówczas trochę kojarzonego, ale raczej mało rozrywanego, do tego dorzucili mu Martina Freemana, dla odmiany bardziej znanego z produkcji komediowych… I okazało się, że mają niezwykły hit, którego popularność przerosła ich wszelkie oczekiwania.

A co się dzieje, gdy coś jest popularne? Amerykanie zastanawiają się, jak zrobić to po swojemu. Steven Moffat i Mark Gatiss, producenci i scenarzyści Sherlocka, nie zgodzili się, by stacja CBS przygotowała remake ich serialu, więc postanowiono to zignorować i zrobić swoją wersję współczesnego Sherlocka Holmesa, tylko dla niepoznaki zmienić jeszcze parę rzeczy, żeby nikt nie trafił do sądu. Więc ten Holmes będzie mieszkał w Nowym Jorku. I będzie miał takie problemy z nałogiem, że trafi na odwyk. I ojciec załatwi mu nianię, przepraszam, sponsora. Sponsorem będzie niejaka Joan Watson (!). I nie będzie żadnym żołnierzem, tylko lekarką, która ma traumę i już nie operuje. Skoro udało się zmienić tyle rzeczy, że prawie słychać, jak Conan Doyle przewraca się w grobie i pyta, co to ma wspólnego z jego postaciami, to teraz można w głównej roli obsadzić Jonny’ego Lee Millera. Na pewno nikt nie zauważy, że występował z Benedictem Cumberbatchem w sztuce teatralnej Frankenstein, zupełnym przypadkiem transmitowanej w kinach na całym świecie parę miesięcy wcześniej. I nikt nie zauważy, że będzie wiązał szalik dokładnie tak samo jak Cumberbatch w Sherlocku.

No okej. Niech będzie. Mogę z tym żyć. Odłóżmy na bok te złośliwości. Ostatecznie to serial o Sherlocku Holmesie, wielkim detektywie. Ja miałabym nie obejrzeć?

Największy problem Elementary to fakt, że spłyca postać detektywa.

Tymczasem okazało się, że najciekawsza w Elementary jest czołówka. Ale poza tym serial nie bardzo ma się czym bronić. Jonny Lee Miller to wprawdzie dobry aktor, ale na role drugoplanowe, jak w Dexterze. Brakuje mu charyzmy i wyrazistości, a taki powinien być Sherlock Holmes, więc moim zdaniem Miller nie nadaje się do grania tak charakterystycznej postaci. No ale dobra, niech już będzie – to kwestia gustu, mnie akurat nie odpowiada, nie musi się każdemu podobać. Zresztą Jonny Lee Miller to w sumie najmniejszy problem tego serialu.

Największy problem Elementary to fakt, że spłyca postać detektywa. Tak jak mówiłam – jego wyjątkowość nie polega na tym, że eksperymentuje z narkotykami, jest mistrzem przebrania i frustruje Watsona czy Watson swoją nieznajomością układu słonecznego. Jego wyjątkowość polega na tym, że błyszczy intelektem. Rzuca jedno spojrzenie na człowieka i wie, kim ten ktoś jest, jaki jest, skąd przychodzi i w jakiej sprawie. Patrzy i wie – oto morderca. Jeśli nie wie, bardzo szybko potrafi to wydedukować.

A co robi Sherlock Holmes w Elementary?

Gdy pojawia się trup, detektyw ma teorię, że X jest winny. W tym momencie wygłasza stwierdzenie w rodzaju „złapałem mordercę!”, a widzowie w domu patrzą na zegarek i myślą: „eee, nieprawda, zostało wam jeszcze trzydzieści minut odcinka”. Gdy okazuje się, że X ma alibi, przerzuca się na podejrzanego Y. Widzowie patrzą na zegarek, myślą: „ee, nieprawda, zostało wam jeszcze piętnaście minut. To pewnie będzie Z, bo tylko on został i był od samego początku najmniej podejrzany”. Gdy Y też ma alibi, Sherlock triumfalnie typuje Z i – uwaga – tym razem ma rację.

Wykrycie mordercy zajmuje Sherlockowi Holmesowi czterdzieści minut odcinka, a jego dedukcje są ograniczone do minimum. Jeśli na chwilę zapomnimy o jego personaliach i popatrzymy na sposób prowadzenia śledztwa, okaże się, że to zwykły, przeciętny detektyw. Równie dobrze mógłby nazywać się Seeley Booth, Jane Rizzoli, Rick Castle, Teresa Lisbon czy Alec Hardy. W którymś z pierwszych odcinków zwaliła mnie z nóg jego dedukcja, że skoro Joan ma nastawione na rano aż dwa budziki, to oznacza, że nie lubi swojej pracy. Ciekawe, co by powiedział, gdyby się dowiedział, że ja czasami nastawiam trzy alarmy i jeszcze po drodze ze cztery razy wciskam drzemkę.

Potrafię wybaczyć sporo, ale nie fakt, że wybitny detektyw nie jest wybitny.

Gdy tworzono postacie na przykład porucznika Columbo i Adriana Monka, tylko inspirowano się Sherlockiem Holmesem, ale ci bohaterowie są bardziej Holmesem niż rzeczywiście nazwany tak Holmes z Elementary. Potrafię wybaczyć sporo, ale nie fakt, że wybitny detektyw nie jest wybitny. Elementary nie lubię i raczej już nie polubię, ale w jednej kwestii muszę oddać serialowi sprawiedliwość – w jednym czterdziestopięciominutowym odcinku Elementary jest więcej zagadki kryminalnej niż we wszystkich trzech półtoragodzinnych odcinkach czwartego sezonu Sherlocka.

Ostatnio dodane