Serialowe uniwersum

Serialowe uniwersum. Notorycznie powtarzane schematy

Autor: Kornelia Farynowska
opublikowano

Choć dzisiaj mam dla nich mniej czasu niż kiedyś, wciąż naprawdę chętnie oglądam seriale. Nie wybrzydzam – oglądam zarówno te uważane za ambitne, pokroju Konfliktu czy Westworld, jak i te mało wymagające, pokroju Pamiętników wampirów czy Chirurgów. Nie uważam zresztą, żeby było w tym coś złego. Ale mimo całej mojej sympatii i cierpliwości czasami seriale doprowadzają mnie do białej gorączki, ponieważ powielają nudne schematy czy zwyczaje.

Seriale doprowadzają mnie do białej gorączki, ponieważ powielają nudne schematy czy zwyczaje.

Nie chodzi mi nawet o powtarzane w kółko „Nie umieraj mi tu!” albo „Czego w zdaniu (tu wstaw wypowiedziane przed chwilą słowa) nie rozumiesz?”. Ani nawet o sytuacje, kiedy bohaterowie są uwięzieni pod wodą w bagażniku malucha i przy dźwiękach podniosłej muzyki w ostatniej chwili odstawiają MacGyvera, przebijają blachę szpilką, robiąc otwór o średnicy pięciu metrów, i triumfalnie wynurzają się na powierzchnię. Ani nawet o sytuacje, w których Y mówi: „To sprawa życia i śmierci, muszę ci pilnie coś opowiedzieć!”, na co X w przelocie rzuca: „Yhym, dobrze, dobrze, ale nie mam teraz czasu, możemy pogadać za dwie godziny?”, po czym dziesięć minut odcinka później stoi z głupią miną nad zwłokami Y i zastanawia się na głos: „Jak to X nie żyje?! Czy to mogło mieć jakiś związek z tą sprawą życia i śmierci?!”.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak bardzo chciałam, żeby ktoś się utopił

Nie; na pierwszym miejscu mojej listy denerwujących nawyków scenarzystów jest chyba unikanie poważnych rozmów między postaciami. Sztuczne budowanie napięcia w ten sposób kompletnie nie działa. Szlag mnie trafia, jeśli bohaterowie przez trzy miesiące się na siebie dąsają, ale nikt o nic nie zapyta zamiast po ludzku rzucić „Ej, o co chodzi, czemu się tak zachowujesz?”, usiąść i rozpracować konflikt. Jeszcze pół biedy, jeśli to trwa odcinek, ale jeśli rozciąga się to na połowę sezonu… Celują w tym bohaterowie Chirurgów – nawet biorąc poprawkę na to, że serial jest operą mydlaną nieco wyższych lotów niż Moda na sukces, jednak trochę przeginają.

Tak samo nie działają momenty, gdy postać otrzymuje ofertę pracy gdzieś indziej. Wiadomo, że to się nie utrzyma – zwłaszcza jeśli dwa dni temu ogłoszono, że wszyscy podpisali kontrakt na kolejne sezony. Ale nawet jeśli tego nie ogłoszono, i tak szansa, że ktoś rzeczywiście odejdzie, jest niska. Nie dość, że przygotowywanie nowego planu zdjęciowego wiąże się z wydatkami, to jeszcze fani lubią widzieć bohaterów razem, nie oddzielnie. Serialem, który wyjątkowo długo podtrzymał taki wątek, byli – znowu – Chirurdzy, gdy Cristina wyjechała do Minnesoty.

Nie cierpię odcinków, w których ktoś nagle się zamyśla i wyobraża sobie alternatywny świat. A co by było, gdyby… I oglądamy inną wersję wydarzeń. Okazuje się, że stanowcza, energiczna kobieta byłaby zahukaną szarą myszką. Ewentualnie: smukła piękność była kiedyś gruba i pryszczata – prawdziwa przemiana z brzydkiego kaczątka w łabędzia. Ktoś, kto jest świetnym policjantem, pracowałby w pobliskim barze. Osoba, która dzisiaj zbawia świat, byłaby kurą domową. Albo wszystko na odwrót. I im więcej drwiny, żartowania i przerysowywania, tym lepiej. Oczywiście często takie refleksje prowadzą do tego, że Postać Myśląca Nad Sensem Swojego Życia podejmuje decyzję rodzaju „powiem ukochanej/-emu, że go/ją kocham, zaryzykuję! Raz się żyje!”. Fuj. Właściwie jeszcze nie widziałam odcinka, w którym byłoby to dobrze pomyślane. Może z wyjątkiem Buffy – ale dlatego, że w tamtej alternatywnej rzeczywistości nikomu nie było do śmiechu.

Albo…

A może by zrobić musical?

O nie, spada nam oglądalność! Szybko, obsadźmy jakiegoś seksownego aktora albo aktorkę, żeby pojawili się w paru odcinkach jako potencjalne zagrożenie dla lubianej pary w serialu! Para nawet nie musi być oficjalnie razem, mogą się po prostu ewidentnie bardzo lubić. Ludzie na pewno będą chcieli sprawdzić, czy ktoś kogoś nie zdradzi albo jak daleko się posunie – nie ma to jak trójkąt miłosny! Przykład? A bo ja wiem, wpiszcie w Google „serial amerykański” i wybierzcie dowolny tytuł. Szanse na to, że chybicie, są naprawdę niskie.

A może by zrobić musical? Przecież wszyscy kochają musicale (z wyłączeniem autorki tego tekstu, która niedawno obejrzała La La Land i nadal nie potrafi pojąć, dlaczego wszyscy dostali hopla na jego tle). Taki odcinek na pewno zwiększy oglądalność. I o ile Once More, With Feeling w Buffy Jossa Whedona wypadło zaskakująco dobrze, o tyle Song Beneath the Song Chirurgów niemal w całości nadaje się do kosza. Wczoraj w Stanach była premiera The Song in Your Heart, musicalowego odcinka Dawno, dawno temu. Nie mogę się doczekać tego fałszowania.

I zawsze można też nakręcić odcinek, w którym kamerzysta łazi za bohaterami, a my musimy podglądać postacie przez wizjer kamery. I wiadomo – ktoś się będzie złościł na brak prywatności, ktoś się będzie popisywał, ktoś będzie unikał ekipy. A widzowie będą dostawać migreny od chwiejnej kamery, nerwowo łykać ibuprom i wstydzić się za bohaterów.

Dawno, dawno temu, czyli once upon a musical

Umówmy się – takich schematów jest dużo: małżeństwo zawarte spontaniczne, pod wpływem chwili. Ewentualnie: małżeństwo zawarte dawno temu, pod wpływem alkoholu. I oczywiście nikt o nim nie pamięta, bo bohaterom przypomina się o nim magicznie w najbardziej nieodpowiednim momencie. W każdym serialu kryminalnym prędzej czy później pojawi się grabarz czy kanibal. I w każdym serialu kryminalnym prędzej czy później główny bohater obudzi się na miejscu zbrodni – najlepiej przytulony do trupa, z którym parę godzin wcześniej robił sobie słitaśne samojebki z kijkiem. A obok będzie leżał zakrwawiony nóż, więc wszyscy – włącznie z najlepszymi przyjaciółmi postaci – zakładają wbrew logice, że na pewno jest mordercą. A potem zdziwią się, że jednak nie. I pewnie będą odcinki świąteczne, tak żeby połowa postaci mogła ponarzekać na święta, druga połowa mogła je powychwalać. A koniec końców wszyscy i tak usiądą razem do wigilijnego stołu, gdy w tle gra Have Yourself a Merry Little Christmas Elli Fitzgerald.

Narzekam, bo uważam, że niby wszystko już było i trudno wymyślić coś nowego, a z drugiej strony stare można przedstawić interesująco. Seriale dają dużo możliwości ciekawego i przede wszystkim kreatywnego wykorzystania historii. Szkoda, że mało który scenarzysta wykorzystuje te możliwości.

Narzekam, ale wciąż będę seriale oglądać. I narzekać na nie, oczywiście.

Ostatnio dodane