Grzeszne rozkosze

Grzeszne rozkosze #12: DICK TRACY

Autor: Szymon Skowroński
opublikowano

W Dicku Tracym niewielka rólkę gra Dustin Hoffman. Nie jest to jego najbardziej znana rola, w napisach początkowych nazwisko aktora może umknąć niezauważone wśród plejady innych sław, a sam występ jest epizodyczny. Jego twarz przykrywa gruba maska świetnie wykonanego makijażu, a jego postać, nazwana Mumbles (Bełkot) wypowiada kilka niezrozumiałych kwestii. W praktyce – umyka niezauważony, chociaż wywołuje chwilowy uśmiech. Dokładnie tak samo, jak cały film.

Dick Tracy to prywatny detektyw powołany do życia na kartach komiksu w latach 30. XX wieku przez Chestera Goulda. Gould pisał i rysował poszczególne odcinki aż do roku 1977. W ciągu kilkunastu lat od premiery wydawnictwa powstało kilka filmowych adaptacji, żadna z nich nie przetrwała jednak w zbiorowej pamięci kinomanów, a po 1945 roku żaden filmowiec nie przejawiał zainteresowania postacią. Mało kto spodziewałby się, że zrobi to sam Warren Beatty, który pod koniec lat 80. był u szczytu swojej kariery. Co prawda jego ostatni film – Ishtar wyreżyserowany przez Elaine May – okazał się artystycznym i finansowym fiaskiem, ale jego wcześniejsze dokonania, Bonnie i Clyde, Niebiosa mogą poczekać i Czerwoni przyniosły mu uznanie jako producentowi i reżyserowi, a występy w Szamponie i Syndykacie zbrodni zapewniły status gwiazdora. Beatty postanowił nakręcić  Dicka Tracy’ego, wykorzystując wszystkie dostępne techniczne możliwości, swoje reżyserskie i aktorskie talenty oraz obsadę i ekipę złożoną z najlepszych ludzi w branży. Obejrzany po latach, film oferuje wiele niezobowiązującej, próżnej radości mimo kilku rozczarowań, które zapewnił ówczesnym widzom – i producentom.

Film oferuje wiele niezobowiązującej, próżnej radości mimo kilku rozczarowań, które zapewnił ówczesnym widzom – i producentom.

Fabuła jest wręcz pretekstowa – detektyw Tracy walczy z gangsterami, zaniedbuje swoją dziewczynę, pomaga pewnemu osieroconemu dzieciakowi wyjść na dobrego człowieka. Nie ma mowy o jakimkolwiek moralnym niepokoju, zaskakującym plot twiście (twist co prawda jest, ale nie zaskakuje) czy głębokim, dwuznacznym dialogu. W końcu nie o to tutaj chodzi. Nawet teoretycznie budzący wątpliwości romans bohatera z femme fatale (Madonna) z góry jest skazany na porażkę – wierna i ciepła narzeczona Dicka, Tess Trueheart, budzi – o dziwo! – więcej emocji niż wyrachowana i seksowna Breathless Mahoney. To zasługa nieodżałowanej Glenne Headley, której dyskretne urok i charyzma wygrywają ze sztucznością maniery Madonny, stanowiącej niestety najsłabsze aktorskie ogniwo w łańcuchu świetnych drugoplanowych ról. A tych jest bez liku! Estelle Parsons, Kathy Bates, Al Pacino (nominowany do Oscara, trochę chyba jednak na wyrost), Charles Dunning, Dick Van Dyke, Mandy Patinkin, Paul Sorvino  – to zaledwie część gwiazdorskiej obsady Dicka Tracy’ego.

Komizm wizualny oryginału opierał się w dużej części na fakcie, że pseudonimy gangsterów odzwierciedlały istotę ich wyglądu lub charakteru. I tak łotr o olbrzymiej głowie i malutkiej twarzy nazywał się Little Face; Shouldersem nazywano przestępcę o nienaturalnie szerokich barkach; a Flat Top miał charakterystycznie płaski czubek głowy. Zabawna gra skojarzeń słowno-obrazowych została mimetycznie przeniesiona na materię filmową z zaskakująco dobrym efektem. Makijaże i charakteryzacja stanowią jedną z najmocniejszych stron produkcji (chociaż opierają się tylko na odtwórczości względem oryginału). Podobnie scenografia i zdjęcia. Również w tych aspektach Beatty zadbał, aby film oddawał wygląd i nastrój komiksu. Atelierowe dekoracje miasta wyglądają odpowiednio sztucznie i komiksowo – choć w tym przypadku to oczywiście jak najbardziej zaleta! Równie starannie wykonano wnętrza, kostiumy i pojazdy. Fasady budynków, latarnie, neony, chodniki i ulice stworzono w skali 1:1, a dodatkowo posłużono się matte painting – czyli techniką sztucznego, optycznego przedłużania perspektywy obrazu filmowego za pomocą umieszczania w tle wielkoformatowych malowideł. W ten sposób komiks niemal ożywa na ekranie. Za scenografię odpowiadał m.in. Richard Sylbert, legendarny hollywoodzki scenograf, którego projekty można było podziwiać w wielu amerykańskich klasykach kina, jak chociażby Chinatown, Kto się boi Virginii Woolf tudzież Absolwencie.

Na osobny akapit zasługują zdjęcia Vittoria Storaro. Pod dyrygenturą Beatty’ego operator odwzorował wygląd komiksu za pomocą odpowiedniej koloryzacji materiału filmowego. Oparty na czterech dominujących kolorach: czerwieni, fiolecie, zieleni i żółci, Dick Tracy jest wizualną ucztą. Trudno znaleźć podobnie opracowany i dopracowany obraz. Kadry są świetnie zaaranżowane i bezbłędnie oświetlone. Centralne kompozycje z liniami prowadzącymi nadają filmowi głębi, a statyczna kamera służy opowieści – ponownie na zasadzie naśladownictwa komiksowego rysunku. Kilka ujęć zbudowano za pomocą split dioptera – czyli za pomocą specjalnego obiektywu, podzielonego (upraszczając) na dwa pola, z których jedno zapisuje ostry obraz na bliskim, a drugie – na dalece odległym planie, dzięki czemu powstają interesujące kadry zachowujące ostrość na bliskich i dalekich obiektach.  Całość wygląda ekstrawagancko nawet po latach, a w wyglądzie filmu odbija się każdy zainwestowany w niego dolar – a jednak w żadnym wypadku nie można zarzucić Dickowi przesady lub przepychu. Nic w warstwie wizualnej nie odwraca uwagi od akcji i postaci na tyle, by wejść na pierwszy plan, a przecież cała sztuka sztafażu zawiera się w bardzo wąskim przedziale pomiędzy „za mało” i „za dużo”.

Oprócz oka film pieści i ucho. Kompozycje Danny’ego Elfmana i napisane przez Stephena Sondheima piosenki dodają swoja szczyptę klimatu i atmosfery, nawiązując do brzmienia zwariowanych lat 30. XX wieku. Występ Madonny stworzył oczywiście możliwość wykonania przez nią kilku numerów na potrzeby filmu – i w tej roli sprawdza się o niebo lepiej. Chyba nigdy wcześniej nie miała tyle szyku, co tutaj. Swój wizerunek niegrzecznej wokalistki z popowego standardu zmieniła na elegancki i nastrojowy swing. Co ciekawe, Elfman opisał swoją współpracę z Beattym jako koszmar, czym potwierdził już wcześniejsze opinie innych artystów…

A jednak, mimo tych wszystkich niewątpliwych zalet, nie można nazwać Dicka Tracy filmem udanym ani nawet szczególnie dobrym. Techniczna maestria nie idzie w parze z wartą zapamiętania historią. Charakterystycznie kwadratowa twarz komiksowego detektywa doczekała się aktorskiego oblicza Warrena Beatty’ego. O ile jednak narysowany Tracy był płaski w sensie fizycznym, to zagrany Tracy jest płaski w sensie emocjonalnym. Zresztą Beatty jest pod tym względem fenomenem – uważam go za świetnego reżysera (Czerwoni – wielki film!) i inteligentnego producenta (Bonnie i Clyde – przełomowy film!), z kolei jego aktorski warsztat wydaje mi się ograniczony, a powierzchowność – zbyt nachalna. W Tracym prezentuje swoją standardową zdziwioną minę i niewiele ponadto. Show kradnie mu oczywiście Al Pacino, przy czym jego postać – Big Boy Caprice nie dominuje filmu, jak chociażby Joker w pierwszym Batmanie. Historyjka jest niesamowicie błaha i bez przekazu. Nawet potencjalna dydaktyczna rola Tracy’ego w wychowaniu Kida – przedstawiciela młodego pokolenia, osieroconego przez ciężkie czasy – zostaje potraktowana jako chwyt wymuszony przez konstrukcję scenariusza.

Trudno znaleźć podobnie opracowany i dopracowany obraz. Kadry są świetnie zaaranżowane i bezbłędnie oświetlone.

Jednak Tracy wygrywa porównanie z chociażby wspomnianym Batmanem Burtona. Filmy te powstały w jednym czasie (obraz Beatty’ego premierę miał rok później) i stanowiły pierwsze poważne próby ekranizacji znanych komiksów. Człowiek-Nietoperz przyniósł olbrzymi zysk i na wiele lat stał się synonimem udanej adaptacji, jednak im dłużej od premiery, tym bardziej kiczowaty i kampowy się wydaje. Surowa architektura miasta i mroczny klimat drastycznie kontrastują z przerysowaną i karykaturalną rolą Jacka Nicholsona. Oglądanie chociażby sceny zamalowywania obrazów przez jego bandę albo finalnego pojedynku na wieży bez lekkiego mrużenia oczu jest chyba dziś niemożliwe (sequel jest w tej materii dużo bardziej konsekwentny – w założeniu jest groteskowy. To raczej Powrót Burtona niż Powrót Batmana). Dick Tracy natomiast pozostaje tym, czym był w dniu premiery – radosną, kolorową zabawką.  To jeden z tych filmów, do których nie można podejść bez odpowiedniego nastawienia, ale kiedy już odrzuci się wszelką nadzieję na jakąkolwiek głębię lub przekaz, okazuje się, że przemyka niezauważalnie, wywołując chwilowy uśmiech.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane