Od szeptu w krzyk

Wrzask (1978)

„Wrzask” Jerzego Skolimowskiego może być moim ulubionym filmem grozy, na którym się nie boję. Wybitne kino.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Dźwięki opowiadania

Na łamach tego cyklu bardzo często oceniam dany horror pod względem umiejętności wywołania w widzu uczucia strachu, przerażenia, niepewności i innych emocji, które najczęściej utożsamiamy z tym gatunkiem. Łatwo obronić film grozy, jeśli oglądając go, boimy się; historia może być głupia, aktorstwo nieprzekonujące, a jakiekolwiek przejawy artyzmu nie muszą istnieć, ale jeśli dzieło potrafi zrobić z widza trzęsącą się ze strachu lub choćby nerwowo reagującą ofiarę oglądanych obrazów, trudno nie mówić o sukcesie takiego filmu.

Tym samym horror, który nie przeraża, który nie umie uruchomić w nas silnej reakcji na to, co widzimy na ekranie (i reakcji właściwej gatunkowi – irytacja czy rozbawienie również mogą być silne, choć niechciane, gdy mowa o grozie), powinien z miejsca być zignorowany i odrzucony jako przykład nieudanego warsztatu. Emocje są jednak bardzo subiektywnym wyznacznikiem dla jakości filmowego dzieła dlatego, że po pierwsze to, co straszy jednego, może być powodem do śmiechu dla kogoś innego, a po drugie końcowa ocena nie powinna być uzależniona tylko od tego, czy dany film – w tym przypadku horror – nami wstrząsnął. Mimo to strach jest dla wielu jedynym wyznacznikiem udanego filmu grozy. Być może dlatego nagrodzony na festiwalu w Cannes przez krytyków Wrzask Jerzego Skolimowskiego nie jest tak znany, jak być powinien – intryguje, zaprasza widza do specyficznej gry, ale niespecjalnie jest zainteresowany straszeniem.

Przeniesiona z lat dwudziestych do współczesnej filmowcom dekady lat siedemdziesiątych ekranizacja opowiadania Roberta Gravesa zabiera nas do zakładu dla umysłowo chorych, gdzie ma rozegrać się mecz krykieta z udziałem pacjentów, lekarzy oraz okolicznych mieszkańców. Zadania zliczania punktów podejmują się zaproszony przez ordynatora pisarz Graves (Tim Curry) oraz Charles Crossley (Alan Bates), osobnik szalenie inteligentny i oczytany, acz nie do końca normalny. Czym jednak jest normalność, pyta literat, na co ordynator pokazuje mu dwa drzewa – jedno potężne, o bujnej, pełnej liści, koronie, drugie zaś z powykręcanymi gałęziami, prawie nagie. Crossley wierzy, że jego dusza została rozbita na cztery części oraz że podczas wielu lat spędzonych wśród Aborygenów nabył umiejętność śmiercionośnego wrzasku. Następnie opowiada Gravesowi historię małżeństwa Anthony’ego i Rachel Fieldingów (John Hurt i Susannah York), których pewnego dnia nawiedził w małej, nadmorskiej wiosce.

Granica między tym, co prawdziwe, a tym, co fantastyczne, praktycznie nie istnieje, skoro w obu przypadkach efekt końcowy brzmi jak coś nie z tego świata.

Warto w tym miejscu się zatrzymać, gdyż w chwili, gdy przenosimy się do opowieści Crossleya, zauważamy, że postaci Fieldingów widzieliśmy już w filmie wcześniej – on jest jednym z graczy w krykieta, ona zaś osobą, która w pierwszej scenie wbiegła szybko do zakładu, aby obejrzeć leżące w jadalni zwłoki. Nie wiemy, kim jest ofiara, kto zginął ani w jaki sposób, lecz następny obraz również początkowo trudno zrozumieć i połączyć z resztą historii – ubrana w marynarski surdut nieznana postać idzie przez piaszczysty teren, a gdy widzimy ją już z bliska, okazuje się być Aborygenem. Wszystkie elementy układanki znajdą swoje miejsce wraz z rozwojem dziwnej opowieści Crossleya, w której będzie on pełnił rolę rozbijającego małżeństwo intruza, przekonanego o morderczej sile własnego krzyku.

Elementem nadprzyrodzonym jest tu tytułowy wrzask, początkowo brany za wymysł szaleńca, lecz w przedstawionej przez Crossleya historii będący źródłem autentycznej mocy. Wydaje się on jednak odgrywać raczej dekoracyjną rolę, stanowiąc bardziej naddatek niż kluczowy element fabuły. Gdy słyszymy w końcu ów krzyk, robi on wrażenie czegoś autentycznie nieludzkiego, potężnego, ale i jednostkowego – nie zmienia rzeczywistości, a jedynie na moment ją udziwnia. Nie mniej niż muzyczne eksperymenty, które w swoim studiu prowadzi Anthony, bawiąc się różnymi przedmiotami wydobywa z nich nowe dźwięki, a następnie jeszcze je przetwarza. Odnosi się wrażenie, że granica między tym, co prawdziwe, a tym, co fantastyczne, praktycznie nie istnieje, skoro w obu przypadkach efekt końcowy brzmi jak coś nie z tego świata.

Polskiego reżysera jednak (podobnie zresztą jak Gravesa w opowiadaniu) interesuje w mniejszym stopniu niesamowita umiejętność krzyku, w większym zaś sposób, w jaki przybysz oddziałuje na małżeństwo Fieldingów. Najpierw wprasza się do nich na obiad, próbuje udowodnić swoją wyższość nad mężem, magicznym sposobem zmusza żonę do uległości, zawłaszczając sobie jej ciało i umysł. Nagle zabójczy krzyk okazuje się być najmniejszym z problemów Anthony’ego, tracącego swoją pozycję w domu, niepotrafiącego bronić się przed niesamowitym wpływem Crossleya. Pod tym względem Wrzask przypomina inne thrillery o napastliwym gościu szerzącym zamęt w życiu głównych bohaterów – napięcie ma wynikać ze stopniowej dominacji obcego i bezsilności domowników. Ale choć grany przez Alana Batesa przybysz rzeczywiście może niepokoić (jest w nim coś diabelskiego, co przejawia się w wyglądzie, spojrzeniu oraz głoszonych sądach), trudno poczuć prawdziwą grozę, jeśli przypomnieć sobie, że jesteśmy słuchaczami opowieści, w której od początku dostrzegamy pewne niejasności.

Już podczas pierwszego seansu łatwo wyłuskać moment graniczny, kiedy horror ustępuje miejsca czemuś zgoła innemu. Crossley tymi oto słowami rozpoczyna swoją historię:

Wszystko, co teraz powiem, jest prawdą. Mimo że za każdym razem opowiadam ją inaczej, jest to wciąż ta sama historia. Czasem zmieniam kolejność wydarzeń lub umiejscowienie punktów zwrotnych, dzięki czemu opowieść jest wciąż żywa. Chcę, aby żyła.

Graves, a za nim Skolimowski, zastanawiają się nad siłą samego procesu opowiadania, przenikania się prawdy i fałszu, zamiast, jak zazwyczaj jest w horrorach, realizmu i fantastyki. Ta ostatnia ma oczywiście wielki wpływ na słuchacza, budzi zainteresowanie i niepokoi, lecz jednocześnie podaje w wątpliwość każde zasłyszane słowo. Co więcej, zarówno literacki oryginał, jak i ekranizacja wprowadzają postać autentyczną, samego Gravesa, jeszcze bardziej komplikując (zwłaszcza w filmie) rozeznanie między tym, co rzeczywiste, a tym, co wymyślone. Prawda napędza fikcję, a fikcja prawdę, choć być może za tą ułudą kryje się bardziej zaszczytne miano sztuki. Opowiadanie Crossleya zostanie przecież spisane przez literata (prawdziwy Graves za jedną z inspiracji podał autentyczny mecz krykieta rozegrany w przytułku dla umysłowo chorych), Anthony tworzy z nietypowych dźwięków własną muzykę, próbując nawet później odtworzyć niesamowity wrzask, zaś w jednej ze scen wisząca w jego pracowni reprodukcja obrazu Francisa Bacona ożywa na naszych oczach. Sztuka i życie napędzają się nawzajem, do samego końca nie dając po sobie poznać, gdzie zaczyna się jedno, a kończy drugie.

Dzieło Skolimowskiego uwielbiam za bezwiedną wręcz umiejętność wprowadzenia widza do świata przedstawionego – podobnie jak bohater Tima Curry’ego słuchamy dziwnej historii, będąc pod wrażeniem maestrii opowiadającego, jego brawury w urzeczywistnieniu nawet najbardziej niesłychanych pomysłów oraz zastanawiającej potrzebie ciągłej ewolucji anegdoty. I choć magnetyzm Batesa jest nie do zakwestionowania, York jak zwykle emanuje silnym erotyzmem, a zarówno warstwa wizualna, jak i dźwiękowa filmu zachwycają, Wrzask nie emocjonuje, nie straszy. Jest zbyt zajęty procesem własnego opowiadania, aby zastanawiać się jeszcze nad tym, jak ma się poczuć widz.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane