Od szeptu w krzyk

Pontypool (2008)

Kanadyjska rewelacja - koniec świata, którego nie widać, ale słychać.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Kanadyjskie kino grozy kojarzone jest przede wszystkim z nazwiskiem Davida Cronenberga, twórcy oczywiście nie tylko specjalizującego się w horrorach, lecz mającego wielki wpływ na jego cielesną odmianę. Terror pochodzi z wewnątrz nas samych – parafrazując amerykański tytuł jego pierwszego wielkiego sukcesu, Dreszczy – a my stajemy się niewolnikami własnych popędów, fizjologicznych potrzeb, które doprowadzają nas do obłędu. Zdradzeni przez ciało bądź podporządkowani tylko jemu, nierzadko pozbawieni świadomości, ulegamy, pociągając za sobą innych, wydaje się mówić Cronenberg, ilustrując to na różne sposoby, tak w filmie grozy (Wściekłość, Wideodrom, Mucha), jak i w innych gatunkach (Nierozłączni, Crash, M. Butterfly).

Międzynarodowy sukces reżysera sprawił, że Kanadę zaczęto utożsamiać z body horrorem, zwłaszcza że w ostatnich dwóch dekadach pojawiło się więcej twórców zainteresowanych podobnymi zagadnieniami. Vincenzo Natali, siostry Jen i Sylvia Soska, Brandon Cronenberg (syn Davida) – wszyscy oni, stylistycznie lub tematycznie, nawiązują do kina króla horroru wenerycznego, przy czym najlepiej wyszło to paniom, których American Mary w intrygujący sposób przedstawia fascynację ludzkim ciałem i dążenie do „ulepszenia” go. I nie ma nic złego w uznawaniu Kanady za dom body horroru, ale tym chętniej należy powitać film z Kraju Klonowego Liścia, który stanowi niemal antytezę tej odmiany gatunku. W którym straszyć ma nie obraz, a słowo.

Mała mieścina Pontypool, a w niej niewielka rozgłośnia radiowa, w której od niedawna pracuje Grant Mazzy (Stephen McHattie), persona zdecydowanie za duża jak na to miejsce. Mazzy prowadzi poranne audycje, zapowiadając pogodę i czytając lokalne ogłoszenia, jak to o zaginięciu kota, lecz jego niepohamowana natura każe mu ze wszystkiego robić sensację. Nie podoba się to producentce (Lisa Houle), która stara się stopować swoją gwiazdę, gdy ta na przykład żartuje sobie z alkoholizmu dwójki policjantów, rzeczywiście mających problemy z piciem. Na szczęście dla Mazzy’ego Pontypool wkrótce staje się areną niewytłumaczalnych i szokujących wydarzeń – początkowe doniesienia o ataku na dom miejscowego lekarza szybko przeobrażają się w histerię na masową skalę, gdy okazuje się, że napastnicy zjadają swoje ofiary.

Intrygujący to horror z kilku powodów. Po pierwsze, poza kilkoma początkowymi minutami, film nie wychodzi poza budynek radia.

O miejskim terrorze jedynie słyszymy, nigdy go nie widzimy, choć po pewnym czasie również rozgłośnia zostaje zaatakowana. Ta skala mikro zaskakuje przede wszystkim swoją funkcjonalnością – nie potrzebujemy obrazów, aby poczuć panikę.

Te zaczynamy mieć w głowie z każdym kolejnym opisem sytuacji, jaki słyszymy, a wyobraźnia to potężna broń, o czym najlepiej wiedział Orson Welles, strasząc ludzi radiową inscenizacją Wojny światów. Film Bruce’a McDonalda jest niejakim przypomnieniem tamtej sytuacji, gdy słuchacze, przekonani o autentyczności podawanych w formie wiadomości sensacji o ataku kosmitów, wpadli w panikę i przerażenie. Tyle że w przypadku Pontypool dochodzi do odwrócenia ról – to radiowy komentator jest tym, który dowiaduje się od „głosów w słuchawce” o koszmarze, jaki ma miejsce; to on jest tym straszonym. Jednocześnie przekazuje te rewelacje dalej, nie bardzo przekonany o ich autentyczności i słuszności tego, co robi. Nieco to przypomina genialny prolog Świtu żywych trupów George’a A. Romero, gdzie natłok szokujących informacji połączony z niewiarą w zaistniałą sytuację prowadzi do kompletnej anarchii. Z tej jednak może się wykluć coś dobrego.

To prowadzi do drugiego elementu, który u McDonalda zwraca na siebie uwagę – języka. Na przekór kinowemu medium, Kanadyjczyk zawierza w jakże niefilmowy (a zwłaszcza niehorrorowy) środek wyrazu, jakim jest słowo, służące nie tylko do zobrazowania sytuacji, oddając jej makabrę i gorączkowość w sposób wyjątkowo sugestywny, ale też będące źródłem niebezpieczeństwa. W swojej przewrotności bowiem Pontypool posuwa się do uczynienia z mowy głównego zagrożenia, co w przypadku prowadzącego audycję radiową bohatera stanowi poważny problem – w jaki sposób poinformować ludzi o szerzącej się epidemii, gdy ta przenoszona jest właśnie w formie werbalnej? Trudno nie dostrzec w tym wszystkim absurdu oraz ironii, gdy w centrum językowego koszmaru reżyser umieszcza osobę zawodowo związaną z mową. Później okazuje się, że zainfekowany jest tylko język angielski, co każe nam zastanowić się, czy aby McDonald sobie z nas nie kpi. Bastionem dla Kanadyjczyka może się w takiej sytuacji okazać… przejście na francuski.

A co ma z tym wspólnego wspomniana wcześniej anarchia? Ratunkiem może się okazać odrzucenie zasad, próba zwyciężenia wirusa mowy przez zaprzeczenie, że słowa cokolwiek znaczą. Szaleństwo pokonać innym szaleństwem i mieć nadzieję, że ktoś cię zrozumie, choć mówisz bez sensu. Najbardziej zaskakujące w Pontypool jest to, że wywód ten jest poprowadzony jak po sznurku, wyjątkowo logicznie i przekonująco. Być może wynika to z natury samego reżysera, który, podobnie jak bohater swojego filmu, ma się za buntownika, idącego własną drogą nonkonformistę, nie biorącego żadnych jeńców. Stąd w jego dorobku tak zaskakujące propozycje jak czarno-białe, rockowe kino drogi Roadkill, fałszywa biografia punkowej kapeli Hard Core Logo, czy eksperymentalnie zmontowany dramat Fragmenty Tracey. Pontypool wpisuje się w tę wywrotową twórczość głównie samym rozwiązaniem oraz postacią Mazzy’ego, lecz da się zauważyć i w tym przypadku ciekawe, trochę niepasujące do całości wybory reżysera, tnącego niektóre sceny w zaskakujący sposób, a nawet dodającego po napisach końcowych scenę wyraźnie inspirowaną stylistyką Sin City.

Horror McDonalda miał być pierwszą częścią trylogii opartej o powieść Tony’ego Burgessa (również autor scenariusza), lecz po prawie dekadzie od premiery filmu, kontynuacje są nadal tylko w planach. W międzyczasie kanadyjski twórca nakręcił inny film grozy, Hellions, ponurą, surrealistyczną i wyjątkowo krwawą bajkę, tematycznie zbliżoną do Cronenbergowskiego Potomstwa. I poniósł porażkę. Po części wynikała ona z fabuły, w pewnym momencie skręcającej w stronę makabrycznego snu, co utrudniło rozeznanie w tym, o czym film właściwie jest  – dowiedziawszy się o nieplanowanej ciąży, nastolatka jest terroryzowana przez dzieciopodobne stwory chcące odebrać jej rosnący w zastraszającym tempie płód. Z drugiej strony, być może Bruce McDonald jest jedynym kanadyjskim reżyserem, który od body horroru powinien się trzymać z daleka.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane