Od szeptu w krzyk

Zniknięcie (1988)

Trudno znaleźć film z równie wstrząsającym finałem. Holenderskie „Zniknięcie” szokuje, bo dostrzega zło w zwyczajności i samej woli uczynienia najgorszego.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Złote jajo

Zniknięcie George’a Sluizera uważane jest za jeden z najbardziej przerażających filmów w historii kina. Sam Stanley Kubrick był tak zachwycony tym holenderskim thrillerem, że poprosił Sluizera, aby obejrzeli jego film i przeanalizowali go scena po scenie. Nieprzypadkowo również brytyjski znawca kina grozy, Jonathan Rigby, w swojej książce Studies in Terror zamiast skoncentrować się na wybranych scenach, ciekawostkach oraz sposobach, w jaki twórca wywołuje w widzu grozę (większość opisanych w tym leksykonie pozycji opiera się na podobnym schemacie), przedstawia praktycznie całą fabułę Zniknięcia, od początku do końca, tak, jakby siła tego filmu leżała już w samym temacie i jego rozwinięciu.

Para zakochanych w sobie dwudziestokilkuletnich Holendrów, Rex i Saskia (Gene Bervoets oraz Johanna ter Steege), jedzie na wypoczynek do domku na francuskiej prowincji. Podróż kończy się jednak tragicznie, bowiem po drodze, zatrzymawszy się na stacji benzynowej, dziewczyna znika bez śladu. Mężczyzna bezskutecznie próbuje znaleźć jakikolwiek trop bądź świadków, lecz nie przynosi to żadnych skutków. Przez następne trzy lata poświęca się poszukiwaniom, rozwieszając plakaty, apelując w telewizji, a nawet spełniając życzenia anonimów, którzy rzekomo coś wiedzą na temat Saski. Aż przychodzi dzień, gdy prawdziwy porywacz ujawnia się.

Dla widza jego tożsamość nie jest wcale niespodzianką. Od początku wiemy, kto stoi za zbrodnią, lecz nie znamy ani jej motywów, ani przebiegu. Raymond Lemorne (Bernard-Pierre Donnadieu) jest z pozoru spokojnym, trzeźwo myślącym nauczycielem chemii oraz kochającym ojcem i mężem. To nie przeszkadza mu jednak myśleć o sobie w kategoriach człowieka, który może posunąć się do największego okrucieństwa.

Zniknięcie w genialny sposób pozwala nam utożsamić się zarówno z katem, jak i ofiarą, ukazując złożoność tej relacji, podyktowanej często samą wolą bohatera.

Sluizer w bardzo ekonomiczny, nieefektowny nawet sposób kręci swój film, stawiając na realizm i wyjątkową powściągliwość stylistyczną. Jednocześnie kadruje poszczególne sceny, tak aby zawierały one maksimum informacji, nawet jeśli nie są one dostrzegalne na pierwszy rzut oka; skupia się często bardziej na tle niż tym, co mamy na pierwszym planie. Ma to swoje uzasadnienie w fabule, która zbudowana jest na licznych retrospekcjach oraz dwóch różnych punktach widzenia. Z jednej strony mamy perspektywę Rexa, człowieka zdesperowanego i owładniętego obsesją poznania prawdy o zniknięciu Saski, którym targają silne uczucia, być może nawet poczucie winy; z drugiej jest Lemorne, jak sam o sobie mówi – socjopata, osobnik pozbawiony skrupułów, zimny, precyzyjny, nienawidzący przypadkowości. Wgląd w życie obu mężczyzn ujawnia nie tylko druzgocące konsekwencje tytułowego zniknięcia dla życia tego pierwszego, ale również zaskakujący brak jakichkolwiek następstw dla sprawcy. Nie chodzi o konsekwencje natury prawnej bądź egzystencjalnej, lecz mentalnej, tak jakby do żadnej zbrodni nigdy nie doszło. Tak, jakby dokonanie jej było czynem pozbawionym jakiegokolwiek znaczenia.

A przecież, poznając historię Lemorne’a, nietrudno zauważyć, jak usilnie dążył do realizacji swego planu. Zniknięcie w genialny sposób pozwala nam utożsamić się zarówno z katem, jak i ofiarą, ukazując złożoność tej relacji, podyktowanej często samą wolą bohatera. Tyczy się to tak obu mężczyzn, jak i Saski, która przed swoim zniknięciem opowiada Rexowi o śnie, jaki ją nawiedził wcześniejszej nocy. Uwięziona w złotym jaju mknęła przez przestrzeń kosmiczną, w mroku, bez możliwości ucieczki czy śmierci. Jedynym ratunkiem było drugie złote jajo – jeśli oba się zderzą, koszmar się skończy. „Ale wszechświat jest taki ogromny”, dopowiada w literackim oryginale Tim Krabbé, który również napisał scenariusz do filmu. Trudno o bardziej proroczy sen.

Zatem Zniknięcie jest nie tylko dreszczowcem o chorym umyśle, sposobie, w jaki powołuje on do życia swój zbrodniczy plan, a także rodzącej się obsesji, trwającej, dopóki nie znajdzie ona możliwości własnego spełnienia; jest to również pełna gorzkiej ironii opowieść o nieprzewidywalności losu, który kpi sobie z bohaterów. I tak, jak Lemorne wierzy w siłę własnego umysłu, precyzję planu oraz samą intencję do uczynienia najgorszych rzeczy (specjalnie nie piszę o złu, gdyż ta postać nie rozpatruje swojego czynu w wymiarze etycznym, a i sam film chyba ani razu nie posługuje się tą kategorią), nie może jednocześnie zaprzeczyć, że jest zależny od przypadku. To generuje kilka zabawniejszych momentów, kiedy na wierzch wychodzą słabości jego planu, np. gdy potencjalna ofiara okazuje się być trenerką jego córki, mężczyzna zmienia otoczenie na bardziej anonimowe, przenosząc się z miasta do położonej przy autostradzie stacji benzynowej. Jednak ta sama bezradność losu decyduje również o powodzeniu zbrodni; prześledzenie dokładnego przebiegu zniknięcia Saski ukazuje niewystarczalność planu Lemorne’a, potrzebę improwizacji oraz dziwne, straszne wręcz przekonanie, że wydarzenie to potoczyło się według z góry ustalonego schematu, i nie tyle przypadek pomógł w jego realizacji, ile wszystkie postaci dramatu pomogły przypadkowi.

Film Sluizera łatwo nazwać horrorem, gdyż prezentuje sytuację tylko pozornie logiczną, w rzeczywistości rażącą w nasze rozumienie zasad rządzących światem. Koszmar, który jest udziałem trójki bohaterów, razi z jednej strony przygodnością, z drugiej niezwykłym okrucieństwem, tym silniej, im wyraźniej widzimy momenty, w których można było uciec od chorej fantazji Lemorne’a. Przerażenie zaś bierze się ze zwyczajności sytuacji, banalności kata, człowieka ciekawego własnych granic, a przez to szalenie niebezpiecznego. Nie ma w nim nic niezwykłego, fascynującego, przyciągającego; jest tylko próba udowodnienia samemu sobie, że jest się zdolnym do popełnienia największej potworności.

Niestety, reżyser zapomniał o tej banalności, kręcąc pięć lat później amerykański remake. Jeffowi Bridgesowi i Kieferowi Sutherlandowi daleko do bycia zwyczajnymi, ale to pozbawiony siły (i zrozumienia) oryginału finał stał za totalną klęską hollywoodzkiej wersji. W holenderskim filmie zakończenie poraża nagłością, ale i pewną oczywistością puenty. Sprawia, że wszystko łączy się w jedną spójną całość, bo trudno wymyślić inne rozwiązanie dla tej historii. To nie znaczy jednak, że je akceptujemy. Oglądając ostatnie minuty, dostrzegamy perfidię planu Lemorne’a oraz stopień obsesji Rexa, lecz wyraźnie się od nich dystansujemy. Jest jednak za późno. Sluizer zamyka nas, widzów, w złotym jaju i wypuszcza w kosmos, bez żadnych szans na jakikolwiek ratunek. Rzadko który film ma równie wstrząsający finał.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane