Od szeptu w krzyk

Wampiry Johna Carpentera (1998)

„Wampiry” są najgorszym filmem Johna Carpentera, ale co parę lat daję im szansę rehabilitacji.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Zbuk

Nie ma reżyserów bezbłędnych. Każdemu zdarzy się gorszy film bądź zwyczajnie słaby, nawet zły, bez względu na to, czy nakręcił go Kubrick, Spielberg, Polański, czy Pasikowski. Oczywiście takie kino boli tym bardziej, jeśli podpisał je twórca ulubiony, autor wielu pozycji nawet nie tyle udanych, ile mistrzowskich, często kultowych.

Patrząc na filmografię Johna Carpentera, możemy dostrzec, jak wielki wpływ jego kino miało i ma nadal na wszystkich, którzy w horrorze i fantastyce dopatrują się czegoś więcej niż b-klasowej rozrywki, choć najczęściej właśnie w ten sposób podsumowywano jego dokonania. Czas weryfikuje takie sądy, dlatego dzisiaj te filmy Carpentera, które przepadły w czasie premiery, uważane są często za jego najlepsze dzieła (Coś, Wielka draka w chińskiej dzielnicy, W paszczy szaleństwa), a niskobudżetowy rodowód innych został zepchnięty w cień przez maestrię opowiadania oraz ponadczasową świeżość stylistyczną i zaskakującą aktualność (Atak na posterunek 13, Ucieczka z Nowego Jorku, Oni żyją). Dzięki nakręconemu w 1978 roku Halloween, niemal z miejsca rozpoznanemu jako horror doskonały, jego status mistrza gatunku nigdy nie został podważony, choć później reżyser już ani razu nie doczekał się sukcesu na miarę tamtego filmu. I nawet te tytuły, które dawniej uznawane były za mniej znaczące w jego dorobku, jak Mgła, Książę ciemności, a nawet satyryczna Ucieczka z Los Angeles, znajdują coraz większe grono fanów.

Nigdy nie kryłem się z tym, że moim najukochańszym reżyserem jest właśnie Carpenter, ale nawet on ma w swoim portfolio zbuka okazałych rozmiarów. I nie jest to ani nudny i całkowicie zbyteczny remake Wioski przeklętych, ani chybiony drugi film o Snake’u Plisskenie, ani nawet jawnie kampowe Duchy Marsa, mój osobisty guilty pleasure z filmografii Johna. Nie, najgorsze są Wampiry, bądź, jak podkreślił polski dystrybutor, gdy horror ten trafił do naszych kin, Wampiry Johna Carpentera (w gruncie rzeczy tłumaczenie dosłowne, gdyż niemal każdy film autora Halloween zawiera w tytule jego imię i nazwisko). Dziełko marnej jakości, któremu dawałem już niezliczone szanse rehabilitacji, ale z każdym seansem jedynie utwierdzam się w przekonaniu o beznadziejności sytuacji – bez względu na to, ile razy obejrzę ten film, nie będzie on ani trochę lepszy.

Skąpane w porannym słońcu pustynne krajobrazy Nowego Meksyku pięknie otwierają Wampiry, a skomponowana przez samego reżysera muzyka, w której dominują tym razem nie syntezator, ale gitary i perkusja, daje solidnego kopa na wejściu.

John nie od razu zdradza się, jakimi gra kartami. Pierwsze 20 minut tego luźno opartego na powieści Johna Steakleya filmu oferuje tanie, acz fachowo zrealizowane wprowadzenie do jedynej wampirycznej fabuły Carpentera (chyba że ktoś dopatruje się podobnego motywu w Christine – droga wolna). Skąpane w porannym słońcu pustynne krajobrazy Nowego Meksyku pięknie otwierają Wampiry, a skomponowana przez samego reżysera muzyka, w której dominują tym razem nie syntezator, ale gitary i perkusja, daje solidnego kopa na wejściu. Wkrótce widzimy Jamesa Woodsa, którego gwiazda naówczas jaśniała jeszcze mocno i pewnie, jako Jacka Crowa, lidera zwalczającej krwiopijców ekipy łapserdaków, finansowanej przez sam Watykan. Panowie są wyszkoleni, zgrani i dobrze przygotowani – wchodząc do domu, gdzie roi się od wampirów, walczą z nimi jeden po drugim, a za pomocą kuszy z linką samochodową przyczepioną do strzał wywlekają je na światło słoneczne. Proceder trwa w najlepsze, dopóki na swej drodze nie spotykają Valeka, uberwampira, który dziesiątkuje zespół Crowa, pozostawiając przy życiu jego, drugiego łowcę, Montoyę, oraz pogryzioną prostytutkę, Katrinę.

Ostatnio dodane