Od szeptu w krzyk

Pogrzebany żywcem (1990)

Przed „Skazanymi na Shawshank” czyli Frank Darabont debiutuje jako reżyser telewizyjnego dreszczowca o zemście zza grobu.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Zbrodnia to niesłychana, Pani zabija pana

Boimy się śmierci pod każdą postacią, ale co w takim razie powiedzieć o strachu przed pogrzebaniem żywcem? 

Jest coś przerażająco nieludzkiego w samej myśli pożegnania się z życiem tak, jakby już było się martwym – krępująca ruchy trumna, niewielki zapas tlenu prowadzący w końcu do uduszenia się, niemożność ucieczki. A gdy pojmiemy ostateczność naszego położenia, przychodzą strach, panika, rozpacz. I ta okrutna świadomość odejścia z tego świata bez śladu, bez szansy, że ktoś nas kiedyś odnajdzie, pozostawiając żyjących z pytaniem, co się z nami stało. Największy koszmar pogrzebania jeszcze za życia kryje się jednak w głowie, bo taka śmierć kwestionuje pewien naturalny porządek – w ziemi powinniśmy wylądować już jako umarli, a nie wciąż żywi.

maxresdefault

Kino wydaje się stosunkowo rzadko korzystać z tego motywu, ale trudno się temu dziwić. Mało to efektowne (w sensie filmowości), za to definitywne, nie dające zbyt dużego pola do działania dla ofiary. My, widzowie, stajemy się zaś bezbronni wobec samej myśli, niekoniecznie natomiast obrazu, i może dlatego tak niewiele filmów może pochwalić się udanym tego zilustrowaniem. Mam swoich faworytów, bez względu na to, czy bohaterowi udaje się uciec niechybnej śmierci czy nie (Kill Bill vol. 2 Quentina Tarantino, Pogrzebany Rodrigo Cortésa, Miasto żywej śmierci Lucio Fulciego, a przede wszystkim Śmiertelnie proste braci Coen), ale w przypadku jednego filmu, notabene najlepszego, motyw pogrzebania żywcem znajduje się dopiero w jego finale, zdradzenie tytułu popsułoby zatem cały seans. Kiedyś z pewnością o nim napiszę. Tymczasem przeszło ćwierć wieku temu ten temat podjął debiutujący w pełnym metrażu Frank Darabont, kręcąc wyjątkowo udany telewizyjny dreszczowiec pod wielce wymownym tytułem, Pogrzebany żywcem (1990).

Clint Goodman, poczciwy i ciężko pracujący przedsiębiorca budowlany z małego miasteczka, wygląda na zadowolonego ze swojego życia. Jego firma prosperuje tak dobrze, że składane są mu propozycje jej sprzedaży za bajońskie sumy, ma wspaniale wyglądający dom (sam go zresztą postawił), żonę, którą kocha i ogólnie poczucie, że ten obraz sielanki jest idealny, a jedyne, czego w nim brakuje, to dziecko. Joanna, jego piękna małżonka, ma zupełnie odmienne zdanie. Dziewczyna z Nowego Jorku dusi się na prowincji, nie potrafiąc zrozumieć, dlaczego Clint nie sprzeda firmy i domu, żeby wynieść się z milionami pod pachą do wielkiego miasta. W międzyczasie znudzona pani Goodman romansuje ze swoim lekarzem, Cortlandem van Owenem, który pewnego dnia proponuje jej rozwiązanie problemów – niech ta otruje swojego męża niemożliwym do wykrycia wyciągiem z pewnej egzotycznej ryby, a po jego śmierci cieszy się spadkiem i wolnością. Plan zostaje wprowadzony w życie i zdradzony Clint umiera. Tak przynajmniej wszyscy uważają. Wkrótce jednak biedak budzi się w trumnie, tuż po swoim pogrzebie.

Buried 3

Dziś aż trudno uwierzyć w to, że tak swoją karierę zaczął twórca, być może najlepiej kojarzony z ekranizacji prozy mistrza horroru, Stephena Kinga, ale przecież wcale o kino grozy nie zahaczających (poza jednym wyjątkiem). Darabont niedługo później zrealizuje wielkich Skazanych na Shawshank (1994), a potem chwytającą za serce Zieloną milę (1999), filmy-giganty, z których znany jest najlepiej. W zapomnienie natomiast pójdzie jego niemały udział przy pisaniu scenariuszy do Koszmaru z ulicy Wiązów 3 (1985), Plazmy (1989) oraz Muchy II (1989).

Z perspektywy czasu Pogrzebany żywcem może wydawać się debiutem zaskakującym, ale filmografia Darabonta udowadnia oczywistość tego wyboru – był to wówczas specjalista od straszenia.

Fabuła obraca się wokół klasycznego motywu zemsty zza grobu, tutaj w znaczeniu dosłownym, choć przewrotnym, bo główny bohater martwy wcale nie jest. Również wątki złej i chciwej żony, przebiegłego kochanka i zdradzonego męża do nowych nie należą, ale reżyser prowadzi go w sposób wzorcowy, nie każąc nam długo czekać na wiadome rozwiązania. Jego zamiłowanie do klasycznych narracji, które znajdzie swój pełen wymiar w kinowych dokonaniach, sprawdza się tutaj wyjątkowo dobrze. Należy jednak pamiętać o tym, że telewizja przed rokiem 2000 nie była miejscem na formalne fajerwerki, choć przykład Pojedynku na szosie, debiutu Stevena Spielberga, pokazuje, że prawdziwych talentów nie zdusi nawet format srebrnego ekranu. Darabont jednak przyjmuje telewizyjne ograniczenia z całym dobrodziejstwem inwentarza, zgadzając się na ekonomię języka tego medium – zawiązanie akcji odbywa się w ciągu pierwszych 10 minut, bohaterowie są raczej mało złożonymi postaciami, a kadry w formacie 4:3 przypominają, że telewizory miały kiedyś ekran prawie kwadratowy, a nie panoramiczny.

2135291,Vjo+GCOEPGRAVmFOoS0ZaZgZloi3SOBspCJjLxOHovd0+ULyiWdWElCd4kTBh9ueCs01ebRgPm4S6zQJSCfFSQ==

Reżyser ma jednak solidny scenariusz i świetnych aktorów, którzy wynoszą Pogrzebanego żywcem w rejony niedostępne dla innych produkcji telewizyjnych. Grający Clinta Tim Matheson (Menażeria, Fletch) jest sympatyczny „za życia” i jakby martwy od środka w drugiej połowie filmu; gdy przychodzi czas zemsty, nie wydaje się czerpać z niej żadnej satysfakcji, jest to raczej coś, co musi zrobić. Jennifer Jason Leigh, już wtedy znana z ról w Beztroskich lat w Ridgemont High oraz Autostopowiczu, ale jeszcze przed najlepszym etapem swojej kariery, gra Joannę w sposób, który nie pozostawia żadnych wątpliwości, że jest to postać zła i zepsuta, choć w jakiś sposób złapana w pułapkę małżeńskiego życia, jakiego nie chciała. Tę myśl podsyca w niej Cortland, zręczny manipulator i kłamca, jeszcze bardziej chciwy niż ona. Wciela się w niego William Atherton, najlepszy odtwórca ról szuj, jakiego widziało kino (Pogromcy duchów, Szklana pułapka). Cała trójka nie ma problemu, aby tchnąć w swoje postaci życia, choć w przypadku Mathesona powinienem raczej napisać o oddechu śmierci. Leigh i Atherton bawią się za to świetnie, doprowadzając swoich bohaterów do granic śmieszności, gdy zaczynają oni prowadzić i między sobą zabójczą grę.

To, co jednak najlepiej udaje się Darabontowi w swoim pierwszym filmie, to nadanie temu thrillerowi cech, które łatwiej utożsamić z horrorem niż realistyczną opowieścią o zbrodni i karze.

Sam moment, gdy Clint wydostaje się z zakopanej trumny, jest wręcz żywcem wyjęty z jakiejś gotyckiej powieści – cmentarz nocą, wielka burza z błyskawicami na niebie, wierny, czekający na swojego pana pies oraz ten, którego powrotu nikt się nie spodziewa. Główny bohater rzeczywiście wygląda jak upiór, cały ubłocony, z bladą jak ściana twarzą, dłońmi tak poranionymi od rozbicia wieka trumny, że wydaje się, że zaraz zobaczymy kości i krok typowy dla żywego trupa. Ale reżyser nawet wtedy hołduje logice, wyjaśniając, jak to możliwe, że Clint w ogóle miał szanse na powrót do żywych, albo w jaki sposób można przeżyć bezpośredni strzał z dubeltówki z bliskiej odległości.

41687_original

Horror odarty z tajemnicy i fantastyki wydaje się już czymś innym, choć nie można odmówić Pogrzebanemu żywcem atmosfery grozy oraz tych kilku scen i pomysłów, od których włos jeży się na głowie („gotujące się” dłonie w wodzie utlenionej). Gdzieś między twórczością Edgara Alana Poe a serialem Alfred Hitchcock przedstawia sytuuje się ta opowieść o zemście zza grobu – zbyt tradycyjna, aby mogła naprawdę przestraszyć, ale zapadająca w pamięć dzięki pomysłowym rozwiązaniom i zaskakującemu finałowi. Plan Clinta jest cudownie perwersyjny, a ostatnia scena dziwnie poruszająca. I nawet jeżeli samo pogrzebanie służy przede wszystkim wprowadzeniu elementów horroru niż rzeczywistej grozie, nie sposób uwolnić się od obrazu człowieka, który budzi się w trumnie i w szale wychodzi na powierzchnię. Może nie jest to jeszcze tunel pełen ekskrementów długości pięciu boisk futbolowych, ale już całkiem blisko.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane