Od szeptu w krzyk

Nocny strażnik (1994)

Piekielnie trzymający w napięciu thriller. Jednocześnie przyczynek do dyskusji, dlaczego niektórzy reżyserzy kręcą ten sam film dwa razy.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Nie wiem, czy powodem, dla którego Amerykanie tak chętnie remake’ują obcojęzyczne hity, jest rzeczywiście niechęć czytania napisów w kinie, ale bez względu na to, czy jest to teza prawdziwa czy nie, warto się nad tym chwilę zastanowić. Lenistwo widzów idzie często w parze z lenistwem filmowców, którzy nie tylko nie potrafią zaproponować czegoś nowego, ale przede wszystkim dążą do realizacji praktycznie tego samego obrazu jeszcze raz, tylko tym razem po angielsku. Rzadko zdarza się, aby podjęty ponownie temat dorównał oryginałowi, nie mówiąc o przewyższeniu go, choć da się wyróżnić chlubne wyjątki. Choćby mający swoich fanów Krąg Gore Verbinskiego albo Infiltrację Martina Scorsesego, która zdobywając wór Oscarów, zepchnęła w cień bardzo dobry przecież chiński oryginał.

nightwatch-nattevagten.29586

Czasem jednak producenci tak bardzo chcą powtórzyć sukces pierwowzoru, że do realizacji remake’u zapraszają tego samego reżysera. Tak było w przypadku George’a Sluizera, twórcy holenderskiego thrillera Zniknięcie, który kilka lat później ponownie opowiedział tę historię, przenosząc akcję do Stanów Zjednoczonych. Takashi Shimizu zgodził się przerobić swój horrorowy cykl Ju-On na The Grudge: Klątwę, i nawet najpłodniejszy od czasów Moliera twórca francuskiej komedii, Francis Veber, dał się przekabacić, kręcąc w Ameryce Trójkę uciekinierów, remake filmu z Pierre’em Richardem i Gerarde’em Depardieu. Żadnej z tych nowych wersji nie można określić mianem udanej ani tym bardziej potrzebnej. Mimo tego ta amerykańska metoda jest wciąż praktykowana (choć już nieco rzadziej), tak, jakby nadal liczono, że kiedyś ktoś udowodni jej zasadność.

Duński dreszczowiec Nocny strażnik Ole Bornedala był wydarzeniem w rodzimym kraju, a sukces, jaki osiągnął, zauważono również w Hollywood.

Nic więc dziwnego, że trzy lata później reżyser podpisał się pod nową wersją, z Ewanem McGregorem w roli głównej. Nie zamierzam poświęcać amerykańskiemu filmowi zbyt dużo miejsca i wcale nie dlatego, że się nie udał. Wprost przeciwnie – Bornedal potrafił wykreować równie ponurą atmosferę jak ta, która cechowała pierwowzór, nie zapominając przy okazji o wyjątkowo czarnym humorze oraz pierwszorzędnie budowanym napięciu. Ci, którzy nie widzieli wcześniejszego obrazu, mogli zadowolić się dobrym remakiem. Lecz czy ma jakikolwiek sens kręcenie tego samego filmu przez tego samego twórcę dwa razy?

vlcsnap-00010-1.png~original

Bohater oryginału, studiujący prawo Martin (debiutujący Nikolaj Coster-Waldau, późniejsza gwiazda Gry o tron), zatrudnia się jako tytułowy strażnik w miejskiej kostnicy. Jego poprzednik ostrzega go, aby kupił sobie do pracy radio i jest to jedna z cennych uwag, jakie Martin słyszy przed swoją pierwszą zmianą. Okazuje się bowiem, że człowiek w takim miejscu może przestraszyć się nie na żarty albo oszaleć, zwłaszcza jeśli siedzi sam w nocy. Gdy w mieście zaczyna grasować mordujący prostytutki szaleniec, zwłoki jego ofiar trafiają do miejsca pracy chłopaka, który wkrótce staje się celem chorych zabaw psychopaty.

Przy okazji Phantasm pisałem o lęku przed cmentarzem, przy Pogrzebanym żywcem o straszliwej świadomości bycia zakopanym w grobie za życia. Podejrzewam, że myśl o kostnicy idzie w parze z tamtymi przykładami podświadomej obawy przed śmiercią. U Bornedala podsycanej kolejnymi doniesieniami o krwawych poczynaniach nieuchwytnego mordercy, którego ciągnie do zimnych trupów i specyficznej atmosfery miejsca ich tymczasowego spoczynku. Ale i bez sensacyjnego wątku Duńczyk potrafi wystraszyć widza i Bogu ducha winnego Martina. Każąc mu chodzić co noc po całym budynku, przekręcać kluczyk o wyznaczonej godzinie w wyznaczonych miejscach, panikować na widok lampki ostrzegającej o „przebudzeniu” zwłok, reżyser doprowadza go na skraj załamania nerwowego, nie robiąc przecież nic szczególnego. Obserwuje go przy pracy – jego niepokój, gdy przechodzi obok pomieszczenia z kadziami wypełnionymi formaliną oraz popłoch przy przykrytych prześcieradłami ciałach. Nawet dyżurka nie sprawia wrażenia azylu, z uwięzionymi i trzepiącymi skrzydłami ćmami oraz zdjęciem więźnia sprzed stu lat, którego spojrzenie burzy spokój głównego bohatera.

maxresdefault

Ale również i poza nową pracą Martin nie może czuć się bezpiecznie. Wraz ze swoim najlepszym przyjacielem, Jensem (Kim Bodnia, znany zwłaszcza z pierwszych filmów Nicolasa Windinga Refna), sprawdzają się nawzajem w grze w wyzwania. Niektóre z nich są przezabawne, np. gdy jeden każe drugiemu nie przyjąć komunii, przy której służy jego dziewczyna. Inny zakład jednak prowadzi do spotkania Martina z prostytutką, mogącą coś wiedzieć o serii zabójstw, lecz przestaje to mieć znaczenie, gdy prawdziwym celem Jensa staje się nie tylko skompromitowanie kumpla, ale przede wszystkim dziewczyny. Scena w restauracji jest najbardziej szokującą z całego filmu, choć nie pada tam żaden trup. Zamiast tego obserwujemy drugie dno pozornie niewinnej zabawy – panowie kpią sobie w najlepsze z wszelkich zasad, religii, sztuki, a przede wszystkim drugiego człowieka. O ile Martin ma jeszcze trochę przyzwoitości i odczuwa wyrzuty sumienia, o tyle Jens wydaje się badać swoje własne granice kosztem innych. Oczywiście bardzo szybko nocny strażnik zacznie mieć wątpliwości dotyczące swojego przyjaciela.

Bornedal, wierny uczeń Hitchcocka, ale i w jakiejś mierze protoplasta nordic noir, które podbój świata zacznie dopiero w następnej dekadzie, wychodzi od atrakcyjnej dla widza sytuacji, umieszczając w niej moralnie niejednoznaczne postaci, a następnie tworzy atmosferę podejrzeń i braku zaufania, gdzie króluje fałsz podszyty niepewnością. I nie chodzi mi tu o niepewność związaną z pytaniem o tożsamość mordercy – tropy, jakie reżyser podsuwa widzom już na początku filmu, powinny dać jasno do zrozumienia, kto zabija. Zamiast tego Bornedal skupia się na kompleksach mężczyzn, którzy chcąc udowodnić swoją wartość, przekraczają granice uczciwości, obyczajowości, prawa, a nawet człowieczeństwa. Jak bowiem inaczej nazwać praktyki nekrofilskie mordercy oraz jego zamiłowanie do zdejmowania swoim ofiarom skalpów? Kobiety są tu sprowadzone do roli kawałka ciała, które leży już zimne i zbezczeszczone bądź dopiero może się takowym stać. Nie ratuje tego obrazu ani prawdziwa miłość Martina do jego dziewczyny, ani ostatnia scena rodem z komedii romantycznej. Błędem byłoby jednak nazwać ten film szowinistycznym – reżyser nie atakuje kobiet, lecz mężczyzn, pozbawionych odwagi, aby zmienić się, nie krzywdząc przy tym innych ludzi.

nattevagten20-203

Nocny strażnik nigdy nie posuwa się do nadmiernej obrazowości; woli sugerować bądź pokazywać efekt działań szaleńca bardziej niż sam akt przemocy.

Horror czai się tu zatem nie tylko w umiejscowieniu akcji filmu w kostnicy, lecz – być może nawet bardziej – w świadomości, z jakim złem siedzącym w człowieku mamy do czynienia.

Prowadzi to zresztą do granic absurdu i śmieszności, gdy sam psychopata gubi się w skonstruowanej przez siebie intrydze. Zdając sobie sprawę, że popełnił poważny błąd, reaguje zdumieniem i na jego twarzy wyraźnie rysuje się wysiłek intelektualny, aby znaleźć jakieś sensowne wyjaśnienie i wyjście z beznadziejnej sytuacji. Ostatecznie jednak poddaje się – zaczyna uśmiechać się i gwizdać, ciesząc się, że nie musi już udawać ani myśleć. Powtórzona w remake’u scena robi równie duże wrażenie, dowodząc, że szaleństwo jest rozpoznawalne bez względu na inny język, kulturę czy szerokość geograficzną. Pewnie dlatego też amerykańska wersja, choć zbyteczna, potrafi obronić się jako solidnie zrobiony thriller z zachowanym charakterystycznym sznytem.

Pytanie o jej zasadność jednak wraca – po co Bornedal zgodził się nakręcić ten sam film drugi raz? Możemy uznać, że dla producentów ważne są pieniądze, a dla amerykańskich widzów to, by nie musieli czytać napisów. Ale co w takim razie siedzi w głowie reżysera podejmującego się powtórnej realizacji swojego dzieła? Czy Fabryka Snów świeci aż tak jasnym światłem, że zaślepia i nie można jej odmówić? A może Bornedal chciał w jakiś sposób poprawić Nocnego strażnika, widział niedoskonałości, które należało wyrugować? Bez względu na odpowiedzi, on, Sluizer, Shimizu oraz Veber powinni wiedzieć, że nie kręcą tylko dla Amerykanów. I że niektóre filmy lepiej brzmią w języku, którego kompletnie nie znamy.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane