Od szeptu w krzyk

Hotel siedmiu bram (1981)

Jeden z najsłynniejszych horrorów Lucia Fulciego, włoskiego mistrza makabry.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Gdy rozum śpi, budzą się demony

Przyznam się, że przed długi czas uważałem Lucia Fulciego za twórcę nieudolnego i kiczowatego, którego horrory nie tylko mnie nie straszyły, ale i nierzadko nudziły. Będąc nastolatkiem, zobaczyłem Zombi 2 oraz Dom przy cmentarzu i z miejsca znienawidziłem dokonania Włocha w zakresie kina grozy za kompletny brak logiki, głupotę, taniość, realizacyjną bylejakość oraz siermiężną narrację. Musiała minąć dobra dekada, zanim dałem Fulciemu drugą szansę, oglądając Hotel siedmiu bram, znany u nas również pod tytułem Siedem bram piekieł, zaś w Stanach Zjednoczonych i na rynku międzynarodowym jako The Beyond.

Zaskoczył mnie tamten seans podwójnie – po pierwszy dlatego, że film autentycznie mi się spodobał, czego chyba się nie spodziewałem, a co dało mi nadzieję, że i inne dzieła człowieka uważanego za ojca chrzestnego gore przypadną mi do gustu; po drugie zaś, i jest to ważniejsza uwaga, Hotelowi siedmiu bram mogłem zarzucić dokładnie to samo, co wcześniejszym tytułom, a mimo to zmuszony byłem uznać wyższość wizji reżysera nad tymi niedostatkami. Po wielu latach mój odbiór również Zombi 2 i Domu przy cmentarzu zmienił się na dużo bardziej pozytywny.

Nawet teraz ciężko mi wyjaśnić, na czym polega wielkość Fulciego, który swe horrory kręcił szybko i tanio, dbając w większej mierze o jak najbardziej efektowne i krwawe sceny śmierci niż realizm i zasadę prawdopodobieństwa. To samo można było często zarzucić również Dario Argento, lecz stylistyczna precyzja reżysera Odgłosów odróżniała go od starszego kolegi, który pozwalał sobie również na dużo większe ustępstwa względem logiki. Zanim przejdę do fabuły Hotelu, przytoczę jedną ze scen filmu, aby dać lepszy obraz typowej dla Fulciego narracji.

Po tym, jak jeden z lekarzy przyczepia do głowy nieboszczyka elektrody, aby sprawdzić aktywność jego fal mózgowych (warto nadmienić, że nieszczęśnik nie żyje od ponad pół wieku), do kostnicy przychodzi wdowa po innym zmarłym, aby przygotować go do pochówku. Podejrzana to wizyta, choćby z powodu nieobecności żadnych pracowników szpitala, a i kobieta jest niespecjalnie zaniepokojona widokiem innych zwłok. Do czasu. W pewnym momencie dostrzega ona coś przerażającego (prawdopodobnie aparaturę, która wykazuje czynności mózgu sąsiada jej męża) i zaczyna wrzeszczeć, alarmując tym samym swoją czekającą na korytarzu córkę. Gdy ta wbiega, matka leży nieprzytomna na podłodze, a na jej twarz wylewa się ze słoika żrąca substancja. Kwas miesza się z krwią, a jasnoczerwona plama zaczyna zbliżać się do wystraszonej dziewczyny. W końcu udaje jej się otworzyć drzwi lodówki, tylko po to, aby ze środka wysypały się na nią czyjeś zwłoki. Nic w tej scenie nie ma sensu – widzimy, jak z butelki wylewa się płyn, lecz nie wiemy, w jaki sposób pojemnik upadł; plama niejako goni dziewczynę, gdziekolwiek ta by nie pobiegła, co jest absurdalne; lekarz, który podłączył elektrody do zwłok, nawet nie sprawdził wyników swojego eksperymentu – a mimo to cała ta sekwencja działa zaskakująco dobrze.

Wstrząsające obrazy są dziełem ludzi od charakteryzacji i efektów specjalnych, ale w równej mierze budzą niepokój myślowy, uderzając w nasz zdrowy rozsądek i potrzebę racjonalnego wyjaśnienia. I nawet gdy to piszę, zastanawiam się, czy nie jest tak, że staram się w sensowny sposób uzasadnić niedorzeczność stylu Fulciego.

Szukający w kinie grozy choćby śladów logiki powinni przygotować się na mały szok poznawczy, gdy po raz pierwszy stykają się z twórczością Fulciego. W swej tzw. trylogii bram piekieł, na którą obok Hotelu siedmiu bram składają się również Miasto żywej śmierci i wspomniany Dom przy cmentarzu, włoski reżyser traktuje horror jako brak sensownego wytłumaczenia dla przerażających sytuacji. Wstrząsające obrazy są dziełem ludzi od charakteryzacji i efektów specjalnych (na czele z wielkim Giannetto De Rossim), ale w równej mierze budzą niepokój myślowy, uderzając w nasz zdrowy rozsądek i potrzebę racjonalnego wyjaśnienia. I nawet gdy to piszę, zastanawiam się, czy nie jest tak, że staram się w sensowny sposób uzasadnić niedorzeczność stylu Fulciego.

Fabułę filmu, choć niepozbawiona jest dziur, da się w miarę klarownie streścić – młoda Amerykanka, Liza (bardzo dobra Catriona MacColl, gwiazda całej trylogii, która w każdym filmie pojawia się w innej roli), nadzoruje prace renowacyjne odziedziczonego w Luizjanie hotelu. Seria dziwnych wypadków każe jej się przyjrzeć historii budynku, który postawiony został na jednej z siedmiu bram prowadzących do piekieł, otwarcie której sprowadzi na ziemię plagę martwych. Liza próbuje ratować się ze znajomym lekarzem (bohaterski David Warbeck), ale gdziekolwiek się zwrócą, czeka na nich jeszcze większe zagrożenie. Jest tu też prolog rozgrywający się w 1927 roku, ukazujący lincz na jednym z gości hotelu przez miejscowych, oraz niewidoma dziewczyna próbująca ostrzec główną bohaterkę przed konsekwencjami pozostania w mieście, lecz sceny te w niewielkim stopniu tłumaczą, na jakich zasadach przenikają się w filmie świat realny z fantastycznym.

Koszmar jest już dokonany – brama została otwarta, martwi ożywają, a prawa logiki i fizyki działają tu przeciw bohaterom. W jednej ze scen strzał w okno powoduje, że eksploduje, a kawałki szkła wlatują do pomieszczenia niczym pociski, wbijając się w twarz i zabijając trzecioplanową postać. Fulci nie wyjaśnia również, jak to możliwe, że w miejskiej bibliotece zaroiło się od tarantul, które atakują w pewnym momencie leżącego na podłodze architekta, wyjadając mu usta, nos, a nawet oczy. Jest tu celebracja makabry, ze szczegółowym opisem tegoż okrucieństwa, lecz jak tylko się ona kończy, przestaje mieć znaczenie dla dalszego przebiegu fabuły.

Co ciekawe, był czas, gdy Fulci, przez wiele lat reżyser filmów komediowych, trzymał się logicznego wywodu. Na początku lat 70. stworzył bardzo dobrze przyjęte gialli, Jaszczurkę w kobiecej skórze (1971) oraz Nie torturuj kaczuszki (1972), po latach wracając do gatunku, kręcąc nadnaturalny thriller Siedem czarnych nut (1977). Do tamtego momentu trudno było zarzucić jego dziełom niezbornej narracji oraz skoncentrowania swojej uwagi na krwawych sekwencjach, ale to się zmieniło podczas realizacji jego następnych filmów. Wydaje się nieprzypadkowym fakt, że stały się one najsłynniejszymi jego produkcjami, osiągając międzynarodowy kult, jakiego on sam przez lata nie był świadomy.

W Hotelu siedmiu bram koszmar, jaki serwuje nam Włoch, wyrażony jest najpełniej, bo tam gdzie nie ma sensu, nie ma też nadziei. Gdy w finale para bohaterów dociera do punktu, w którym dalsza ucieczka jest niemożliwa, wcześniejsze nielogiczności znajdują swoje uzasadnienie. Nie posunąłbym się do nazwania filmu Fulciego surrealistycznym, jak wielu to czyni, ale ostatni, dziwnie poetycki i poruszający obraz sugeruje intencje jego twórcy wykraczające poza horror o żywych trupach i pająkach ludojadach. Nie utożsamia on bowiem piekła z zagrożeniem dla naszego ciała, lecz świadomością niewystarczalności naszego umysłu. Czy my również musimy uznać podczas seansu Hotelu, że nie jesteśmy w stanie zrozumieć tego, co oglądamy na ekranie? Jeśli tak, z Fulciego jest większy geniusz kina, niż chciałbym to przyznać.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane