Od szeptu w krzyk

Gabinet figur woskowych (1988)

Popularny swego czasu b-klasowy horror komediowy, oparty na obiecującym koncepcie i ciekawych obserwacjach, ale ostatecznie zadowalający się jedynie makabrycznym żartem.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Na (nie)wysoki połysk

Figury woskowe trudno nazwać ikonicznymi bohaterami kina grozy, gdyż cała ich siła kryje się w nieżywotności, pozorze człowieczeństwa, ale też straszliwej możliwości, że w pewnym momencie te nieruchome eksponaty ożyją. Częściej jednak lśniący wosk przykrywa nie potwory, ale ofiary chorej wyobraźni szaleńca – tak było chociażby w obu wersjach Gabinetu figur woskowych według pomysłu Charlesa Beldena (pierwszy film z 1933 r. wyreżyserował przyszły twórca Casablanki, Michael Curtiz, następny zaś, nakręcony przez Andrégo De Totha, z popisową rolą Vincenta Price’a, powstał 20 lat później) oraz Domu woskowych ciał, efektownym, ale głupim slasherze Jaumego Colleta-Serry. Bez względu na funkcję, jaką pełnią w opowieści, połyskujące figury niepokoją samą swoją obecnością, ukazując ludzkie ciało w całej swej doskonałości i jednocześnie martwocie. Jeśli mamy się czegoś bać, to właśnie tej nienaturalności.

W debiucie Anthony’ego Hickoxa, w Polsce znanym oczywiście jako Gabinet figur woskowych bądź rzadziej Figury z wosku, tytułowe rzeźby przestawiają słynne potwory literackie (Dracula, Upiór w operze), filmowe (zombie rodem z Nocy żywych trupów, klasyczna mumia) oraz autentyczne (Markiz de Sade, Kuba Rozpruwacz), lecz nie wszystkie z nich mamy przyjemność zobaczyć „z bliska”. Kiedy grupka nadętych studentów zostaje zaproszona na nocny pokaz figur przez pstrokato ubranego mężczyznę, który z miejsca daje sygnały własnej niepoczytalności (przerysowany David Warner), nawet nie przewidują, z jakim realizmem przyjdzie im się spotkać; po przekroczeniu barierki oddzielającej eksponaty od widowni młodzi lądują bezpośrednio w historii danej postaci z wosku. Brytyjski reżyser ma przy tym sporo frajdy, inscenizując poszczególne jednoaktówki z właściwą dla tych opowieści specyfiką, nadając każdej z nich własne tempo, atmosferę oraz tonację.

Są to najlepsze momenty filmu, który tematycznie najwięcej czerpie z innego Gabinetu figur woskowych, a konkretnie ekspresjonistycznego dzieła w reżyserii Paula Leniego z 1924 roku. Również i tam bohater przenosi się (dzięki własnej wyobraźni) do fabuły, w której pierwsze skrzypce gra postać z wosku, całość zaś składa się z kilku epizodów różniących się gatunkowo. Hickox natomiast znajduje idealną równowagę pomiędzy horrorem opartym w dużej mierze na estetyce gore a komedią o współczesnych burżujach, stających oko w oko z najgorszymi koszmarami, które – przynajmniej w jednym przypadku – zostały niejako wyproszone. Czyż bowiem spotkanie z hrabią Draculą w jego zamku nie jest tym, o czym marzyła China (zimna Michelle Johnson), mówiąc o pragnieniu poznania dystyngowanego obcokrajowca?

Pastelowe kolory bogatych amerykańskich przedmieść i konwencjonalne rozwiązania fabularne, jakie można było spotkać tylko w kinie lat osiemdziesiątych, nie idą w parze z ukrytym za nonsensowną fabułą pojedynkiem współczesnych quasi-dekadentów z prawdziwymi panami życia i (zwłaszcza) śmierci.

Inna bohaterka, skromna Sarah (eterycznej urody Deborah Foreman), zamiast wybrać przystojnego, bogatego i nieszczęśliwego w miłości Marka (znany z Gremlinów Zach Galligan), woli oddać się biczowaniu przez samego de Sade’a – kiedy dziewczyna odrzuca zaloty swojego kolegi, tłumacząc, że czeka na kogoś całkiem innego, nie mamy pojęcia, jaki jest jej ideał. Hickox, który film nie tylko wyreżyserował, ale i napisał, wyraźnie sugeruje, że wejście w fantastyczny świat woskowych postaci grozi zespoleniem się z rolą ofiary, jaką przygotowano dla głównych bohaterów. Jest w tym jednak niekonsekwentny – o ile kobiety ulegają swoim przystojnym oprawcom, podporządkowując się fabule, o tyle mężczyźni przez cały czas są świadomi własnej tożsamości, próbując uciec przed potworami, jakie na nich czekają. Dlatego też epizody z Chiną i Sarah odznaczają się poważniejszą tonacją i silnym zabarwieniem erotycznym, podczas gdy spotkanie Tony’ego (Dana Ashbrook, przed rolą Bobby’ego Briggsa w Miasteczku Twin Peaks) z wilkołakiem bądź pogoń żywych trupów za Markiem, choć niepozbawione napięcia, wyraźnie celują w stronę żartu.

Cały film nawet nie stara się kryć z parodystycznym tonem, przewijającym się nie tylko w dosłownym wejściu bohaterów do krainy horroru. Z wyjątkiem cichej Sary młodociane postaci przedstawione są w swoim naturalnym środowisku jako rozpieszczeni i zepsuci kabotyni, rażąc swoją nieautentycznością niczym woskowe figury, ale to porównanie jest wnioskiem wyciągniętym bardziej z konstrukcji opowieści niż z tego, co oglądamy. Pastelowe kolory bogatych amerykańskich przedmieść i konwencjonalne rozwiązania fabularne, jakie można było spotkać tylko w kinie lat osiemdziesiątych, nie idą bowiem w parze z ukrytym za nonsensowną fabułą pojedynkiem współczesnych quasi-dekadentów z prawdziwymi panami życia i (zwłaszcza) śmierci. Jest tak, jakby Hickox, idąc w stronę jawnie prześmiewczą, nie dostrzegł myśli wiążącej całą historię i nadającej jej zaskakującą wartość.

O ile lepszy byłby to film, bardziej spójny i przekonujący, gdyby jego twórca umieścił akcję w swym ojczystym kraju. Anglia wydaje się oczywistym wyborem dla fabuły, w której szlacheckie urodzenie Marka jest tak mocno akcentowane, a styl poszczególnych epizodów przywodzi bardziej na myśl brytyjskie produkcje Hammera, nie zaś wcześniejsze o kilka dekad amerykańskie filmy ze studia Universal, również specjalizującego się wtedy w grozie. Co więcej, Anthony jest synem Douglasa Hickoxa, również reżysera, mającego na swoim koncie przede wszystkim Krwawy teatr, w którym grający nieudanego aktora Vincent Price morduje po kolei swoich krytyków. Także w tamtym filmie zbrodniarz posługiwał się klasyką, inspirację czerpiąc z dzieł Szekspira, a ofiary lądowały w samym środku spektaklu stworzonego specjalnie dla nich. W przeciwieństwie do syna Hickox senior nie poddaje się zgrywie – horror wybrzmiewa u niego do samego końca, choć i tu otrzymujemy solidną dawkę czarnego humoru.

Gabinet figur woskowych Anthony’ego Hickoxa nie wykorzystuje szans na bycie czymś więcej niż b-klasowym horrorem komediowym, opartym na obiecującym koncepcie i ciekawych obserwacjach, zadowalającym się jedynie makabrycznym żartem. Wszelkie ambicje są tu stopowane przez twórcę efektownego i warsztatowo więcej niż biegłego, u którego jednak nie gości żadna refleksja. Późniejsza filmografia Hickoxa jedynie to potwierdza – Zmierzch: wampiry w odwrocie, Hellraiser III, Czarnoksiężnik 2 oraz Pełne zaćmienie to dzieła często zaskakujące wizualnie i pomysłowe w wykonaniu, jednocześnie marnujące dobry punkt wyjściowy na pokaz technicznej biegłości, który po pewnym czasie zwyczajnie nuży. Doceniam debiut Brytyjczyka za nieskrępowaną zabawę klasyką gatunku, ale po niedawnym seansie trudno nie traktować jego filmu w kategoriach małego rozczarowania. Reżyser skupił całą swą uwagę na wosku, który po 30 latach od premiery stracił nieco na swym połysku, ale daleko mu do roztopionej masy.

Ostatnio dodane