Od szeptu w krzyk

Candyman (1992)

Po ćwierć wieku „Candyman” nadal budzi uzasadniony strach, choć dzisiaj, być może bardziej niż w dniu premiery, zachwyca elegancją w próbie obalenia miejskiej legendy.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Sama słodycz

Kiedy na początku lat 90. popularny dekadę wcześniej slasher odszedł w zapomnienie, a horror zaczął być kojarzony głównie z wystawnymi odczytaniami słynnych gotyckich opowieści (Dracula Francisa Forda Coppoli, Frankenstein Kennetha Branagha, Wywiad z wampirem Neila Jordana oraz, nieco późniejsza, Mary Reilly Stephena Frearsa), nietrudno było zrozumieć potrzebę zmian w gatunku, który niejako zatoczył koło, posiłkując się klasycznymi tekstami oraz tymi korespondującymi z klasyką. Zanim jednak przyszła postmodernistyczna odwilż (zwłaszcza dzięki Wesowi Cravenowi i jego Nowemu koszmarowi oraz Krzykowi), otrzymaliśmy jeden z najciekawszych i najchętniej pamiętanych horrorów, w inteligentny sposób próbujący podważyć to, na czym w dużej mierze opiera się groza fantastyczna. I choć Candyman Bernarda Rose’a zatrzymuje się w pół drogi między wybitnym przedstawicielem swojego gatunku a standardowym straszakiem o potworze, jest to tytuł, który znać trzeba.

Pisząca doktorat o miejskich legendach Helen Lyle (trafiona w dziesiątkę Virginia Madsen), wraz ze swoją najlepszą przyjaciółką i partnerką w zbrodni, Bernadette Walsh (Kasi Lemmons), natrafiają na opowieść o Candymanie, monstrum, które pojawia się w lustrze, gdy pięciokrotnie wypowiesz jego imię, tylko po to, aby rozpruć cię wielkim hakiem. Szybko odkrywają, że legendarnej postaci najbardziej boją się mieszkańcy chicagowskich blokowisk Cabrini-Green, gdzie doszło już do niejednego morderstwa, przypisywanego mitycznemu potworowi. Zwłaszcza Helen mocno angażuje się w sprawę, doprowadzając nawet do aresztowania człowieka, który podawał się za Candymana, w rzeczywistości członka okolicznego gangu. Wkrótce jednak nawiedza ją wysoki mężczyzna odziany w stare futro, z wbitym w krwawy kikut hakiem…

Krew jest po to, aby ją przelewać, a hak by rozpruwać ludzkie ciało, twierdzi Candyman.

Ten oparty na opowiadaniu Clive’a Barkera horror już podczas napisów początkowych zaczyna budzić w widzu trudny do sprecyzowania niepokój. Organowa i chóralna muzyka Philipa Glassa wybija się na plan pierwszy, kiedy na ekranie widzimy filmowane z góry miasto. Ale jest w tych kadrach coś nienaturalnego – wertykalne ujęcie sprawia, że typowa sceneria jawi nam się jako coś obcego, a kojarzone z kościołem dźwięki sugerują być może boską perspektywę. Chwilę później słyszymy jednak męski głos, tłumaczący, że krew jest po to, aby ją przelewać, a hak, by rozpruwać ludzkie ciało. Żaden to bóg, lecz Candyman, choć w dalszej części filmu nazwie wierzących w jego mit ludzi – wyznawcami. Podczas tej narracji widzimy na ekranie rój pszczół, które nagle wzbijają się do góry, tworząc nad miastem ciemną zasłonę. Obraz ten nie jest w żaden sposób uzasadniony fabularnie, stanowi jednak czytelną zapowiedź nadchodzącego horroru.

Wracając do nietypowego kadrowania z początku, przekłada się ono na konstrukcję całego filmu. Brytyjski reżyser, znany z nakręconego wcześniej znakomitego dramatu fantasy Dom na papierze, wyraźnie rozróżnia nienaturalność od nadnaturalności – wyrzeka się tej drugiej, a skupia na jak najbardziej realistycznym ujęciu fabuły, korzystając z fantastyki tylko w konieczności. Przez dobrą połowę historii nie ma nawet takiej potrzeby. Oglądamy śledztwo Helen, próbującej niejako od środka rozmontować miejską legendę o Candymanie, starając się dociec nie tyle, kim jest (był) morderca z hakiem, ile w jaki sposób działa ludzka wyobraźnia i moc plotki. Nie tylko odrzuca możliwość istnienia potwora (dosyć szybko widzimy, jak wypowiada jego imię przed lustrem pięć razy), ale również sprawia, że i inni przestają w niego wierzyć, zwłaszcza gdy policja łapie lidera gangu, który lubił korzystać z haka.

Równie ważne, co sama legenda, staje się miejsce jej nader częstego upowszechnienia. Bloki Cabrini-Green zamieszkuje biedna czarnoskóra społeczność, wśród której nierzadko są przestępcy. Mitem o Candymanie można wytłumaczyć każde niewyjaśnione morderstwo, zwalić całą winę na widmowego mordercę, uczynić go groźbą dnia codziennego; wszystko po to, aby ludzie się mniej bali faktycznego, niefantastycznego zagrożenia. Skoro rzeczywistość ich przerasta, łatwiej się zwrócić w stronę bajki, choćby nie wiem jak okrutna była. A może jest odwrotnie i mit przyjął się z powodu nadmiernej przestępczości, zła, które obecne jest każdego dnia? Rose mądrze korzysta z autentycznych lokacji, nie starając się przerysować niebezpieczeństwa, jakie ze sobą niosą. Zawierza prawdzie, dzięki czemu podróż Helen i Bernadette przez kolejne korytarze i opustoszałe mieszkania w poszukiwaniu śladów obecności (a raczej nieobecności) Candymana trzyma w niesłabnącym napięciu.

Ostatnio dodane