Filmowy profiler

Filmowy profiler #19. Dale Cooper. Miasteczko Twin Peaks

Autor: Karolina Chymkowska
opublikowano

Nie rozstaje się z dyktafonem, na którym uwiecznia swoje refleksje, adresując je do asystentki o imieniu Diane. Ceni sobie smak mocnej, dobrze zaparzonej kawy i placka z wiśniami. Nosi się elegancko, zawsze wygląda jak spod igły. Łączy dedukcyjne techniki śledcze z intuicyjną metodą tybetańską. Widuje karły w snach i olbrzymy na jawie.

Chluba, ale czasem i poważny problem dla FBI: agent Dale Bartholomew Cooper.

Inicjały i nazwisko Dale otrzymał po D.B. Cooperze, legendarnym porywaczu, który w 1971 roku uprowadził Boeinga 727, zażądał okupu w wysokości 200 tysięcy dolarów, a następnie ewakuował się ze spadochronem. Co się z nim dalej stało, nie wiadomo. Być może zginął – w zasadzie to najbardziej prawdopodobna teza – ciało jednak nigdy nie zostało odnalezione, a sam Cooper przeszedł do historii jako symbol brawury (czy też raczej bezczelności), efektywności, pomysłowości i dzikiej odwagi. Tym właśnie jest dzisiaj – przede wszystkim symbolem, ponieważ jego prawdziwe personalia nigdy nie zostały ustalone.

Pamięciowy portret porywacza D.B. Coopera

O biografii Dale’a Coopera wiemy sporo, nie tylko z serialu i z filmu Ogniu, krocz ze mną, ale też z książki Scotta Frosta (brata Marka) The Autobiography of F.B.I. Special Agent Dale Cooper: My Life, My Tapes, opublikowanej w maju 1991 roku. Dale urodził się 19 kwietnia 1954 roku w Filadelfii. Kiedy miał trzynaście lat, pod choinką znalazł dyktafon i z czasem nabrał zwyczaju rejestrowania swoich myśli – od głębokich refleksji po zupełnie banalne obserwacje. Sporo życiowej mądrości przekazała mu matka, to ona wpoiła mu szacunek dla snów i przekonanie, że śmierci nie należy się obawiać. Mając lat piętnaście, Cooper zdecydował, jaka będzie ścieżka jego kariery: napisał list do J. Edgara Hoovera, informując go o swoich planach wstąpienia do biura. Już jako nastolatek dysponował sporą pewnością siebie i udowodnił, że to popłaca, ponieważ otrzymał odpowiedź i zaproszenie do siedziby FBI w Waszyngtonie. Nie tylko poznał osobiście Hoovera, ale popisał się też talentem strzeleckim, bijąc na głowę wyszkolonego agenta. Jakiś czas potem zapadł na poważną chorobę, podczas której nawiedzała go wizja „dzikiego człowieka” próbującego sforsować drzwi. Te same sny miała później jego matka tuż przed śmiercią z powodu pęknięcia tętniaka. Po pogrzebie Dale doświadczył wizji swojej matki, która ofiarowała mu pierścionek. Wbrew wszelkim regułom logiki, miał go nadal po przebudzeniu.

Świadomość istnienia drugiej strony towarzyszyła Cooperowi od dzieciństwa.

W najwcześniejszym okresie dorosłości Cooper coraz częściej natykał się na morderstwa i śmierć, widywał też rzeczy, których nie umiał wyjaśnić, umykające cienie, śmiech jak z innego wymiaru… Marzenie o wstąpieniu do FBI powróciło w 1976 roku za sprawą spotkania z niezwykle błyskotliwym agentem Windomem Earle’em. Na kilka miesięcy przed wstąpieniem do biura Cooper nagrał na swoim dyktafonie znamienne zdanie „Evil does have a face”. O przydzielonej mu sekretarce Diane mówił, że to skrzyżowanie „świętej ze śpiewaczką kabaretową”. Swoje kolejne nagrania adresował już do niej.

W 1978 roku poznał Alberta Rosenfielda (którego odebrał jako „gniewnego”), a kilka miesięcy później – żonę Windoma Earle’a, Caroline. Jej późniejsza śmierć z rąk coraz bardziej pogrążającego się w obłędzie małżonka zostawiła na Cooperze niezatarte piętno. 1986 rok przyniósł mu refleksje nad dramatem Tybetu i przyczynił się do ustabilizowania jego niekonwencjonalnych technik śledczych, łączących intuicję z analizą faktów. W 1988 roku przejął śledztwo w sprawie tajemniczego morderstwa Teresy Banks po tym, jak dotychczasowy śledczy, Chester Desmond, zaginął bez śladu. Cooperowi nie udało się ustalić winnego, natomiast rok po śmierci Teresy podzielił się z Albertem pewnym przypuszczeniem. Powiedział mu mianowicie, że zabójca wkrótce znów uderzy, a jego ofiarą będzie młoda blondynka, aktywna seksualnie, zażywająca narkotyki i błagająca o pomoc. Albert oczywiście te przeczucia wyśmiał, niemniej 24 lutego 1989 roku w miasteczku Twin Peaks w stanie Waszyngton znaleziono ciało miejscowej nastoletniej piękności – Laury Palmer. I tak Dale Cooper wyrusza podjąć śledztwo w sprawie, która niepokojąco przypomina śmierć Teresy Banks…

Pierwsze skojarzenie, kiedy patrzymy na Coopera w drodze do Twin Peaks? Chyba najbardziej odpowiednim słowem będzie – dziarski i rześki. Z pewnością nie wygląda na człowieka, który ma na karku poważne śledztwo. Cooper z przyjemnością wspomina miejsce, gdzie zatrzymał się na lunch, rozważa prognozę pogody i zapas benzyny, zachwyca się unoszącym w powietrzu zapachem igliwia i oczekuje na spotkanie z szeryfem o charakterystycznym nazwisku Truman. Pytanie o gatunek rosnących w Twin Peaks drzew będzie zresztą jednym z pierwszych, jakie szeryfowi zada. Nazwę „daglezja” powtórzy z taką rozkoszą, jakby smakował wyjątkowo smaczny cukierek na języku.

Specyficzna drobiazgowość agenta Coopera idzie u niego w parze z umiejętnością cieszenia się najmniejszymi elementami codzienności. Być może jest to mechanizm obronny, który wykształcił się u niego w odpowiedzi na stałe obcowanie z najokrutniejszymi przejawami ludzkiej degeneracji.

Od samego początku widzimy zatem pogodne i życzliwe usposobienie Coopera. Ma dość wyczucia i taktu, by zręcznie połączyć informację o przejęciu dowodzenia nad śledztwem z szacunkiem wobec statusu lokalnych władz. To kolejny aspekt osobowości Coopera: nigdy nie patrzy na ludzi z góry. Ceni sobie każdą opinię, nawet tę najbardziej ekscentryczną – sam w końcu jest ekscentrykiem. Wychodzi z założenia, że każdy ma swoją opowieść, której warto wysłuchać. Co prawda chwilę mu zajmie przekonanie się do rad artykułowanych przez Pieniek za pośrednictwem Margaret, ale dojrzeje również do tego.

Cooper jest mistrzem całkowitego panowania nad sobą.

Prezentowana przez Dale’a żywość i rześkość odwraca nieco naszą uwagę od innych jego charakterystycznych cech – a mianowicie tego, że jest stale czujny, niezwykle opanowany i w pełni panuje nad sobą. Pełna kontrola to kolejny sposób, w jaki Cooper radzi sobie z rzeczywistością. Przejawia się nie tylko w potrzebie porządkowania wrażeń na kilometrach taśmy dyktafonowej, nie tylko w reżimie ćwiczeń i eleganckim, niemal staroświeckim sposobie wypowiadania się – ale również w tym, jak wygląda i jak się nosi. Ani jeden włosek nie wyrywa się na wolność (dlatego tak zabawnie wypada scena, gdy Dale budzi się gwałtownie z bałaganem na głowie). Ani jeden pyłek nie ma odwagi osadzić się na garniturze. Krok pewny, zamaszysty, sprężysty, ciało wyprostowane, głowa w górze. Samą postawą Cooper sygnalizuje pewność siebie na tyle ujmującą (a czasem onieśmielającą), że nawet jego najbardziej dzikie teorie traktuje się z powagą. Jest specyficznym ekscentrykiem, ma swoje zabawne dziwactwa, ale nigdy nie bywa śmieszny, a już na pewno nie żałosny. Chroni go przed tym pancerz naturalnej charyzmy, którą promieniuje. Ludzie automatycznie za nim podążają, wsłuchują się w to, co ma do powiedzenia, uznają jego racje. To urodzony lider, który nie waha się stanąć na pierwszej linii walki, i jak każdy świetny lider wie, kiedy należy ustąpić i cofnąć się o krok.

Z czasem dowiemy się, że ta pełna kontrola ma również swoją smutniejszą, tragiczną stronę. W życiu Coopera miała bowiem miejsce sytuacja, kiedy rozproszył się, pozwolił sobie na nieuwagę i opuścił gardę. Zginęła wtedy kobieta, którą kochał. Tej lekcji nie zapomniał nigdy. Jego pojedynek z Windomem Earle’em jest naznaczony nie tylko dramatem śmierci Caroline, ale również głęboko zawiedzionym zaufaniem do mentora, którego kiedyś bezgranicznie podziwiał. Cooper zdaje sobie sprawę, jak bardzo Earle jest niebezpieczny – w parze z umysłem jak brzytwa i napoleońskim zmysłem strategicznym idzie u niego całkowity brak empatii i w ogóle uczuć wyższych. Do kwestii Earle’a Cooper nie umie podchodzić na chłodno, chociaż niewątpliwie się stara. Ale nawet on nie jest przecież odporny na żal, ból i zawód. Trudno mu też cokolwiek poradzić na to, że gdzieś w głębi został w nim ten podziw, jakim niegdyś obdarzał Earle’a. Powinien go znienawidzić, ale do końca nie może. To rodzi tak głęboki wewnętrzny dysonans, że Cooper popełnia błędy, do których w innej sytuacji na pewno by nie doszło. Ma świadomość, że je popełnił – Dale nigdy nie ucieka przed odpowiedzialnością i mierzeniem się ze swoimi słabościami – ale to nikła pociecha.

Ostatnio dodane