Fantastyczny cykl

ZAGUBIENI W KOSMOSIE (1998). 20 lat od premiery

Scenariusz ma błędy, a efekty specjalne wypadają cienko. Ale za aktorów, utwór promujący oraz pozytywną energię filmu, wiele mu dziś wybaczam.

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Międzygwiezdna przygoda w rodzinnej atmosferze

Czy science fiction może dobrze wypaść w połączeniu z typowym kinem familijnym? Tak, ale przy zachowaniu odpowiednich proporcji. Futurystyczna akcja musi bowiem zrobić w tym wypadku miejsce zarówno humorowi, jak i wzruszeniu. Twórcom Zagubionych w kosmosie, space opery z 1998 roku, nie do końca się ta sztuka udała, ale po latach wiele grzechów tej produkcji uległo przedawnieniu, dzięki czemu można do niej podejść względnie bezboleśnie.

Po raz kolejny w moim cyklu sam narzucam sobie niewdzięczną rolę przypomnienia i znalezienia wartości w tym filmie, który zapracował na zapomnienie. Zagubieni w kosmosie to bowiem jeden z tych obrazów, które, choć w czasie premiery robiły wokół siebie wiele szumu, to w rezultacie nie zdołały zadowolić ani sympatyków SF, ani tym bardziej rodzin z dziećmi. Pojawiły się jednak dwa powody, by po latach przyjrzeć się tej produkcji raz jeszcze i zweryfikować jej jakość. Po pierwsze filmowi w kwietniu stuknie równa dwudziestka. Po drugie w tym samym miesiącu w bibliotece Netflixa udostępniony zostanie serial o tym samym tytule, będący, tak jak film z 1998, kolejną wersją serialu emitowanego w latach 60. (jego recenzji wypatrujcie już wkrótce).

Nakręcony przez Stephena Hopkinsa film opowiada o kosmicznej wyprawie, na którą udaje się przykładna rodzina Robinsonów. Celem ich misji jest założenie kolonii na odległej planecie Alpha Prime. Ziemia w 2058, na skutek przeludnienia i wyczerpywania się naturalnych zasobów, chyli się bowiem ku upadkowi. Razem z profesorem Johnem Robinsonem (William Hurt) i jego rodziną – żoną, synem i dwiema córkami – na podbój kosmosu wyrusza major Don West (Matt LeBlanc). Tak długo jednak, jak na pokładzie statku znajdować się będzie doktor Smith (Gary Oldman), Robinsonowie nie mogą być pewni co do powodzenia misji. Smith będzie ją bowiem systematycznie sabotował.

Nie bez powodu akcja filmu rusza trzydziestego września 2058. Jest to bowiem nawiązanie do trzydziestego września 1659, dnia, w którym na bezludnej wyspie utknął najsłynniejszy rozbitek naszej kultury – Robinson Crusoe. Od imienia bohatera powieści Daniela Defoe wzięło się nazwisko filmowej rodziny (ale poniekąd także od Szwajcarskiej rodziny Robinsonów, filmu przygodowego z 1960). Łącznikiem obu treści jest bowiem zagubienie. Problemem produkcji z 1998 jest jednak to, że owo zagubienie bohaterów udzieliło się także scenarzyście, Akivie Goldsmanowi. Historia opowiedziana w filmie jest bowiem narracyjnie bardzo nierówna.

Niedopracowany scenariusz to niejedyna bolączka. Jak na film z dużym budżetem, Zagubieni w kosmosie źle prezentują się także w wymiarze efektów specjalnych.

Film zalicza świetny, dynamiczny początek, wiele obiecując, po czym w okolicach środka akcja grzęźnie na mieliźnie, pozostawiając widza z uczuciem niepewności. To rwane, nierówne tempo, które raz za długo zapiera widzowi dech, by za chwilę jeszcze bardziej go rozleniwić, to duży problem Zagubionych w kosmosie. Czuć, że film został polepiony z różnych pomysłów i wątków podpatrzonych w oryginalnym serialu. Inny problem scenariusza polega na tym, iż nie posiada wyrazistego czarnego charakteru. Bo choć ten pojawia się niespodziewanie w ostatnim akcie filmu, to jednak jego obecność oraz charakter są tak wyrwane z rzeczywistości filmu, że trudno traktować go poważnie. Niedopracowany scenariusz to niejedyna bolączka. Jak na film z dużym budżetem, Zagubieni w kosmosie źle prezentują się także w wymiarze efektów specjalnych. Miejscami widać bowiem szwy, przez co wychodzi na jaw ich ogólna amatorka. Niechlubną wizytówką tego aspektu pozostaje ta nieszczęsna, kosmiczna małpka, jak żywo wyjęta z animacji tworzonej na poły z filmem aktorskim, a nie obrazu, gdzie efekty specjalne mają za zadanie wspierać, poszerzać rzeczywistość.

Oczekiwania względem filmu były tak duże, jak duży był jego budżet. Zagubieni w kosmosie wyprodukowany został za osiemdziesiąt milionów dolarów – sumę w tamtym czasie niemałą. Z kolei fabuła rozpisana została tak, by w razie sukcesu frekwencyjnego dać widowni niejeden sequel. Wszyscy aktorzy byli nawet zakontraktowani do trzech filmów. Na planach się jednak skończyło. Choć Zagubieni w kosmosie był pierwszym blockbusterem z 1998, którego wynik frekwencyjny z pierwszego weekendu wyświetlania pozwolił w końcu zakończyć kilkunastotygodniową dominację Titanica (mającego premierę w grudniu 1997), to jednak w rezultacie nie można powiedzieć, by producenci byli zadowoleni z rezultatu końcowego. Film Hopkinsa okazał się finansową klapą, gdyż zdołał zarobić ze świata jedynie sto trzydzieści sześć milionów dolarów.

Gdy jednak obejrzałem Zagubionych w kosmosie po latach, film potrafił przynieść mi wiele frajdy. Pomysł wyjściowy traktujący o wysłaniu rodziny naukowców w kosmos jest nadal świetny i wielka szkoda, że nie zaryzykowano wtedy jego filmowej kontynuacji. Jednym z plusów produkcji, który jako pierwszy rzuca się w oczy, jest wyjątkowo udany casting. W zespole aktorskim przeplatają się twarze zarówno znane bardziej, jak i mniej, ale co ważne, czuć między wszystkimi dobrą łączność. Pozytywnym zaskoczeniem jest występ Matta LeBlanca, który dotychczas znany był mi tylko z występów w serialu Przyjaciele. To właśnie ówczesna popularność Joeya przełożyła się najpewniej na angaż dla aktora. LeBlanc musiał dzielić kręcenie zdjęć Zagubionych w kosmosie z pracą na planie serialu. Choć w kilku miejscach ma ochotę na typowe dla siebie wygłupy, to jednak jako pilot statku kosmicznego potrafi zachować powagę, co wychodzi mu bardzo naturalnie. Co nie mniej ważne, sceny akcji z jego udziałem także wypadają przednio.

Zagubionych w kosmosie cenię sobie jednak przede wszystkim za pozytywną energię. Świetnie czuję się na statku Robinsonów, chcę z nimi podróżować. Przyczyniają się do tego także ciekawe projekty kostiumów i scenografii. Ponadto intryguje mnie relacja ojca rodziny z synem. Jak się okazuje, zwraca to moją uwagę nieprzypadkowo. Jest też w filmie wiele zgrabnego, niewymuszonego humoru, który nie obraża inteligencji widza. W przypadku Zagubionych w kosmosie liczy się zatem nie tyle siła pierwszego, ile ostatniego wrażenia. To, co zostaje z nami na dłużej, rozbrzmiewa w napisach końcowych. Rewelacyjny utwór zespołu Apollo 440 słucha się dobrze nawet w oderwaniu od filmu, a z kolei w połączeniu z nim idealnie wpisuje się w klimat intensywnej, międzygwiezdnej przygody. Nie jest ona pozbawiona wad, ale wiele można jej wybaczyć.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane