Fantastyczny cykl

TRZYNASTE PIĘTRO (1999). Matriksowe zalążki

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Filozofowie od zarania dziejów zastanawiają się nad tym, czy świat postrzegany przez nas zmysłowo jest prawdziwy, czy też pozostaje tylko naszą projekcją. Podniósł to Platon, który opisując sytuację w jaskini, stworzył alegorię tego, w jak ograniczony i nierealny sposób postrzegane są przez nas idee. Wieki później dyskusja wróciła.

Ustosunkował się do problemu m.in. Jean Baudrillard, który w Symulakrach i symulacji z 1981 roku dał do zrozumienia, że tworzymy wokół siebie nierzeczywistą sferę – odzwierciedloną przez reklamy oraz przekaz medialny – która ogranicza nasz  kontakt z tym, co dostarczają nasze zmysły. Na tym jednak nie stanęło, ponieważ dzisiejsza fizyka kwantowa (głosem np. Elona Muska) poczęła dostarczać naukowych dowodów na to, że faktycznie możemy funkcjonować w iluzji rzeczywistości.

Czy żyjemy w symulacji? Czy nasza rzeczywistość jest prawdziwa? Te pytania frapowały także filmowców.

To oczywiście nie mogło umknąć uwadze twórców filmowych i literackich. W 1999 hipoteza symulacji została spopularyzowana filmem, który stał się dla gatunku science fiction kamieniem milowym. Mowa oczywiście o Matriksie rodzeństwa Wachowskich – obrazie, do stworzenia którego wspomniane dzieło Baudrillarda było jednym ze źródeł inspiracji. Ale co ciekawe, w tym samym roku, kilka miesięcy wcześniej, premierę miał inny film, podejmujący analogiczną tematykę. Tym filmem jest nieco zakurzone już dziś Trzynaste piętro w reżyserii Josefa Rusnaka i wyprodukowane przez Rolanda Emmericha. Film zaliczył w kinach klapę i to pomimo tego, że kosztował niewiele (budżet filmu wyniósł skromne szesnaście milionów dolarów). Co nie znaczy, że zasłużył sobie na całkowite zapomnienie. Oj nie.

Co prawda odbywa się to przy użyciu nieporównanie skromniejszych środków wizualnych, ale w Trzynastym piętrze, tak jak w Matriksie, w wątpliwość podaje się autentyczność naszej rzeczywistości. Ciekawe jest jednak to, że choć na pierwszy rzut oka Trzynaste piętro wykazuje wyraźną zgodność przesłań z filmem Wachowskich, to jednak przyglądając się konstrukcji fabularnej, a przede wszystkim panującej w filmie atmosferze, podczas powtórnego seansu nasunęło mi się zgoła inne porównanie. Mianowicie w Trzynastym piętrze widać podobieństwa do kultowego Łowcy androidów. Nie chodzi w tym wypadku tylko o to, że dom głównego bohatera to te same cztery ściany, w których przebywał Rick Deckard – mowa oczywiście o Ennis House projektu Franka Lloyda Wrighta. Mam tu raczej na myśli fakt, iż film Rusnaka, tak jak i Scotta, jest twórczym połączeniem fantastyki z filmem noir.

Wskazuje na to chociażby historia, odnosząca się do tradycji klasycznych kryminałów zawierających morderstwo, śledztwo, detektywa, kobietę fatalną u boku i dym papierosowy w powietrzu. Fabuła filmu oparta została na powieści Daniela F. Galouye’a pt. Simulacron-3 z 1969 roku (to zresztą nie jedyny przykład adaptacji tej powieści – w latach siedemdziesiątych na film przerobili ją także Niemcy w Świecie na drucie). W niej twórca wirtualnego świata Hannon Fuller (Armin Mueller-Stahl) zostaje zamordowany. Jego współpracownik, Douglas Hall (zapomniany Craig Bierko), podejmuje się trudu rozwiązania sprawy. W tym celu wchodzi do zaprojektowanej przez Fullera symulacji (Ameryki lat trzydziestych), by w niej szukać odpowiedzi. Musi się jednak śpieszyć, ponieważ jak się okazuje, głównym podejrzanym w sprawie jest on sam.

Prawda, jaką odkrywa bohater, przechodzi jednak jego najśmielsze oczekiwania… nie mieszcząc się jednocześnie w możliwościach wyobraźni.

Jest jedna cecha, za którą cenię Trzynaste piętro, a która stanowi jednocześnie jakościowy wyznacznik filmów lat dziewięćdziesiątych. Chodzi mianowicie o prostotę. Rusnak nie sili się na tworzenie filozoficznego traktatu (co stało się bolączką kontynuacji Matriksa), nie gmatwa także przesadnie dróg, po których protagonista musi kierować się do celu. Przy pomocy sprawdzonych schematów czarnych kryminałów, czytelnych dla przeciętnego odbiorcy, prowadzi widza przez historię w sposób bezpieczny i skuteczny. Okazuje się bowiem, że nawet zdawkowe ślizganie się po naukowej hipotezie i filozoficznej koncepcji w pełni wystarczy do tego, by zastanowić się nad założeniami, które legły u ich podstaw.

Trzynaste piętro to tytuł zresztą przewrotny, jak przewrotna jest sama hipoteza symulacji. Tym mianem określany jest bowiem numer piętra rzeczywistego budynku, na które nie trafi się podczas przejażdżki windą. Przesądni projektanci drapaczy chmur celowo nie uwzględnili trzynastki w numeracji, stąd z piętra dwunastego trafiamy od razu na czternaste. Ale w filmie z 1999 roku to właśnie na tym piętrze mieści się firma Fullera, w której dokonuje on symulacyjnych cudów. Rozczarowanie i szok, jakich doświadcza bohater w kluczowej scenie filmu (dość niezręcznie zobrazowanej na plakacie), także posiada dwie strony: fakt, że funkcjonujemy w symulacji, może wprost świadczyć o bezsensie otaczającej nas rzeczywistości, ale także stanowić uzasadnienie dla istnienia wszelkich prądów religijnych, od wieków przewidujących istnienie Stwórcy, w rozumieniu projektanta. Ich przesłania mogły być przez nas niefortunnie rozumiane.

To do nas jednak należy wybór, czy chcemy widzieć w Trzynastym piętrze niegroźny cień otaczających nas idei, czy też prawdę zachęcającą do dalszej penetracji tematu. Nie zawiodą się jednak przede wszystkim ci, którzy oczekują od filmu po prostu przyjemnego, bezbolesnego i intrygującego doświadczenia.

Na sam koniec proponuję uraczyć się nutami utworu Erase/Rewind zespołu The Cardigans – jednego z popularniejszych kawałków ścieżki dźwiękowej, ciekawie korespondującym z treścią filmu.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane