Fantastyczny cykl

TAJEMNICA ANDROMEDY (1971)

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Mikroskopijni przybysze

Na przestrzeni lat literacka i filmowa fantastyka naukowa wyspecjalizowała się w poruszaniu wielu typowych dla siebie zagadnień, których istota polegała na technologicznym i socjologicznym antycypowaniu. Do jednych z tych typowych zagadnień można z pewnością zaliczyć kontakty z obcą formą życia, pochodzącą z kosmosu. Im więcej bowiem tajemnic wszechświata zostało – za sprawą eksploracji i postępu nauki – odkrytych przez człowieka, tym bardziej zaczął on obawiać się, że bezmiar kosmosu może być zamieszkały nie tylko przez niego.

Fantaści lubowali się więc w ukazywaniu kolejnych wymyślnych wizji konfrontacji z Obcymi, za sprawą których w popkulturze znany jest nam mit U.F.O. Umówmy się jednak: w wizjach tych z reguły (acz nie zawsze) odczuwalny był ewidentny przerost fiction nad science, a ukształtowany wizerunek kosmity opierał się albo na bogatej fantazji twórcy, albo na relacjach osób, którym niegdyś dane było przeżyć domniemany bliski kontakt z Obcym. Jest jednak wiele przykładów fabuł science fiction, w których kontakt z obcą formą życia ukazany jest z wyjątkową troską o naukowe prawdopodobieństwo. Nie ulega wątpliwości, iż jednym z nich jest powieść „The Andromeda Strain” Michaela Critchtona z 1969 roku, zaadaptowana na film o tym samym tytule przez Roberta Wise’a w 1971 roku.

Na kształt fabuły filmu wpływ wywarł nastrój niepokoju. towarzyszący pierwszym lotom kosmicznym. W okolicach małej wioski w stanie Nowy Meksyk spada wojskowy satelita kosmiczny. Jego zadaniem było zbieranie próbek mikroorganizmów z górnych warstw atmosfery Ziemi. W niedługim czasie po tym wydarzeniu mieszkańcy pobliskiej wioski giną w niewyjaśnionych okolicznościach. Przy życiu pozostaje jedynie dwójka osobników: niemowlę oraz stary opój. Wszystko wskazuje na to, że satelita przywiódł na Ziemię tajemniczy wirus, który może stanowić poważne zagrożenie dla populacji ludzkiej. Zostaje powołana specjalna grupa naukowców, która w specjalnie przygotowanym do tego kompleksie podziemnych laboratoriów ma zbadać specyfikę obcej formy życia, określanej kodem „Andromeda”.

Inwazja z kosmosu następuje w sposób przypadkowy i niepostrzeżony. Gdy człowiek nieustannie wpatruje się w teleskop w poszukiwaniu niezidentyfikowanych obiektów latających, nie zdaje sobie sprawy z tego, że Obcy mogą przybyć na Ziemię w skrajnie odmiennej postaci, a on sam- poprzez swoją naukową ciekawość- może do takiego spotkania się przyczynić. Mogłoby się wydawać, że jeśli nauka prowadzić ma do rozwoju technologii, prowadzić ma też do polepszenia jakości naszego życia, tym samym do zwiększenia naszego bezpieczeństwa. Jednak w filmie „The Andromeda Strain” to technologia w rezultacie zsyła na człowieka nieszczęście. Film, poprzez swój niemal dokumentalny charakter narracji, oparty na wiarygodnej rekonstrukcji procedur naukowych, może wzbudzać wrażenie afirmacji technologicznego postępu. Ale przecież to właśnie naukowcy – główni bohaterowie filmu – starają się za wszelką cenę zahamować zagrożenie, do którego sami, swoją życiową działalnością, pośrednio doprowadzili. Gdy sytuacja więc wymyka się spod kontroli, zachowanie badaczy przywodzi na myśl zachowanie laboratoryjnych szczurów, z tą różnicą, że w odróżnieniu od popularnych gryzoni, potrafili samodzielnie i w pełni świadomie zamknąć się w klatce, w której nie oni ustalają reguły działania.

Prócz walorów treści, wyróżniającą rolę w filmie pełnią także elementy zaliczające się do jego formy. Znakiem rozpoznawczym pracy operatora w filmie „The Andromeda Strain” są ujęcia z zastosowaniem obiektywu o podwójnej ogniskowej, gdzie elementy umieszczone zarówno na pierwszym, jak i dalszym planie są jednakowo ostre. Ten ciekawy zabieg, poprzez umiłowanie dla szczegółu, potrafi wywołać w widzu dodatkowe pokłady napięcia. Na uwagę zasługują także, przełomowe jak na tamte czasy, efekty specjalne, ukryte w ekranach komputerów naukowców, oraz futurystyczna scenografia i błyskotliwy montaż, wyróżnione z tego tytułu nominacją do Oscara.

Jednak elementem dopełniającym tę znakomitą formę, który osobiście cenię najbardziej, jest muzyka autorstwa Gila Melle’a. Ten popis elektroniczno-psychodelicznej kompozycji idealnie pasuje do atmosfery niepokoju, wywołanej atakiem pozaziemskiego wirusa – idealnie pasuje do atmosfery techno-terroru. Ścieżka dźwiękowa w filmie „The Andromeda Strain” to coś tak osobliwego i oryginalnego, a zarazem tak spójnego z obrazem, że nie sposób zachować względem niej obojętność. Elektryzuje i przykuwa uwagę od pierwszych chwil wynurzania się z głośników. Jaka szkoda, że praca Gila Melle’a została wyróżniona jedynie nominacją do Złotego Globu. Z resztą posłuchajcie sami:

Z filmem, a w zasadzie z jedną z kwestii dialogowych, wiąże się muzyczna nowinka. Kojarzycie zespół „Apollo 440”? Tak, ten brytyjski zespół muzyczny, emitujący prawdziwie elektroniczne brzmienie, słynący choćby z takich utworów jak „Krupa” czy „Ain’t Talkin’ ‚Bout Dub”. I właśnie z tym drugim utworem wiąże się ciekawostka, łącząca go z „The Andromeda Strain”. Otóż w 77 minucie filmu, podczas gdy naukowcy wlepieni są w ekran komputera systematycznie powiększając jego obraz, jeden z nich wypowiada słowa, od których zaczyna się słynny utwór brytyjskiego zespołu. Mowa oczywiście o cytacie „Let’s go back to the rock and see it at four forty”. Zakładam więc, że członkowie „Apollo 440” chcieli tym samym złożyć swego rodzaju hołd filmowi, który muzyką elektroniczną stoi.

Możliwe, że „The Andromeda Strain” to jeden z ważniejszych filmów SF w historii, a z pewnością jeden z ważniejszych filmów tego gatunku powstałych w latach 70. Ważny z tego względu, że potrafi niezwykle wiarygodnie oddać perspektywę kosmicznego zagrożenia. Nie bawi się w uproszczenia, nie wygładza przekazu, przeraża stopniem prawdopodobieństwa. Pobudza do uderzenia się w pierś oraz ponownego zadania sobie pytania – do czego tak naprawdę potrzebna jest nam wiedza o tym, czy jesteśmy sami w kosmosie?

Tekst z archiwum film.org.pl.

Ostatnio dodane