Fantastyczny cykl

PANDORUM (2009). Gdy kosmos przytłacza, a nauka zawodzi

Niedoceniony kosmiczny horror z ciekawym pomysłem wyjściowym, tajemnicą i zaskoczeniem.

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Raj nieosiągnięty

Jeśli zastanawiacie się, jak wyglądałoby połączenia kultowego Ukrytego wymiaru z horrorem Zejście, film Pandorum z 2009 roku wydaje się być produkcją skrojoną idealnie pod tę ciekawość. Przygotujcie się zatem na kolejną kosmiczną podróż, acz w wyjątkowo mrocznym wydaniu.

*

Mimo że idea podboju kosmosu jest nam coraz bliższa, jedna rzecz z nim związana ciągle nam umyka. Bo choć możemy zadbać o zasoby pożywienia, wody oraz tlenu, które miałyby wystarczyć na lata kosmicznej podróży, to jednak nie możemy być pewni tego, w jaki sposób nasza psychika zareaguje na długotrwałe oderwanie od ziemskich korzeni. Innymi słowy, w sferze wątpliwości pozostaje to, czy przypadkiem w kosmosie najzwyczajniej nie oszalejemy. Dokładnie tak jak bohaterowie Pandorum. Tytuł filmu to bowiem nazwa fikcyjnego (póki co) syndromu, który odnosi się do zespołu dysfunkcji orbitalnych. Syndromu, który pogrążył załogę Elizjum.

I tak jak nazwa statku przywołuje mitologiczne zaświaty, miejsce doskonałego szczęścia, tak przed załogą został postawiony równie wspaniały cel. Mieli dostać się na bliźniaczą do Ziemi planetę Tanis w celu założenia kolonii – raju dla wybranych. Po drodze, jak to zwykle bywa, coś jednak poszło nie tak. Budzący się ze stanu hibernacji astronauci Bower (Ben Foster) oraz Payton (Dennis Quaid) nie bardzo wiedzą, kim są ani co robią na statku, co jest konsekwencją zbyt długiego przebywania w kapsule. W drodze do odkrycia prawdy będą musieli sprostać tajemniczemu zagrożeniu, nawiedzającemu statek, i przy okazji dowiedzieć się czegoś wartościowego o… ludzkim gatunku.

Nie bez powodu wspomniałem na początku o podobieństwie Pandorum do Ukrytego wymiaru. Kosmiczna podróż z 2009, podobnie jak film Paula W.S. Andersona, ma w sobie więcej znamion horroru aniżeli science fiction. Ale tak się też składa, że reżyser filmu z 1997 roku postanowił sygnować Pandorum swoim nazwiskiem, gdyż stał się jego producentem. I choć nie zasiadł on za sterami tego projektu, gdyż rolę reżysera objął mało znany twórca niemieckiego pochodzenia Christian Alvart, to jednak można powiedzieć, że Pandorum wygląda i działa dokładnie tak, jakby ten pierwszy sobie tego życzył. Pandorum to bowiem jedno z tych dzieł, które usterki logiczne oraz pomniejsze niedorzeczności potrafi rekompensować solidną dawką mrocznego klimatu, wartkiej akcji oraz intrygującego pomysłu wyjściowego.

We wstępnej wersji scenariusza akcja była umieszczona na statku więziennym.

Scenariusz do filmu powstał z ręki Travisa Milloya. W jego wstępnej wersji akcja była umieszczona na statku więziennym. Nadia i Manah, postacie, które napotyka astronauta Bower, byli zatem więźniami. Producenci przekazali tekst Christianowi Alvartowi, który był zaskoczony podobieństwami do jego własnego scenariusza zatytułowanego No Where (Nigdzie). Historia rozpisana przez niego dotyczyła z kolei czterech astronautów statku osadniczego, którzy cierpią na amnezję. Alvart zdecydował, że oba scenariusze powinny zostać połączone w jedną całość, na co zgodzili się zarówno producenci, jak i Milloy.

Co ciekawe, pierwotnie film miał kosztować zaledwie dwieście tysięcy dolarów i zostać wyprodukowany bez udziału większego studia. Przy połączeniu sił Constantin Film Produktion oraz Impact Pictures udało się jednak zebrać sumę trzydziestu trzech milionów dolarów budżetu. Koszty filmu nie zdołały się jednak zwrócić. Pandorum w kinach na całym świecie poniosło bowiem porażkę, zarabiając marne dwadzieścia milionów dolarów. Słabe wpływy pogrążyły jednocześnie pomysł na powołanie sequeli, które były we wstępnych planach twórców.

Dlaczego zatem wspominam film Alvarta i wyróżniam go w swoim cyklu? A dlatego, że pomimo wywołania kiepskiego pierwszego wrażenia na dłuższą metę Pandorum okazuje się być tworem idealnie ulepionym pod gusta zatwardziałych sympatyków gatunku. Zwłaszcza tych rozumiejących jego kiczowate odloty oraz mających tolerancję dla nierzetelności – także naukowych. Pandorum po latach zyskał status filmu kultowego, bo spełnia podstawowy warunek – ma wady (jak np. teledyskowy montaż), ale daje radość. Jego fani stworzyli nawet grupę na Facebooku o wymownej nazwie „Fani sequela Pandorum„, żywiąc nadzieję, że Christian Alvart i Travis Milloy raz jeszcze połączą siły i dopiszą dalszy ciąg tej historii.

Pamiętny finał Pandorum, przypieczętowany zgrabnym twistem, dostarczył bowiem ten rodzaj zaskoczenia, za którym chciałoby się pójść dalej. Może się zatem wydawać, że sequel miałby swoje uzasadnienie. Ja jednak byłbym w tej kwestii sceptykiem. Mam wrażenie, że Pandorum najlepiej działa właśnie jako jednorazowa, samodzielna przygoda, dążąca do ujawnienia tajemnicy. Pewne pytania, jak to dotyczące tego, w jakim kierunku jako ludzie ewoluujemy, lub gdzie znajduje się nasze Elizjum, czasem lepiej wypadają bez jednoznacznych odpowiedzi. Cenię zatem w Pandorum to, że zamiast tworzenia łopatologicznych teorii woli wysuwać jedynie ciekawe, zdawkowe sugestie, ubrane w atrakcyjny kostium.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane