Fantastyczny cykl

GODZILLA (1954). Narodziny ikony popkultury

Każda legenda ma swój początek...

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Estetyka destrukcji

W każdym z nas tkwi głęboko skrywana potrzeba destrukcji. Choć wiążące nasze ręce normy społeczne nie dają możliwości do burzenia otaczającego nas ładu, to jednak obserwując zachowanie małego dziecka podczas zabawy klockami da się dostrzec, że tak jak lubimy tworzyć, lubimy także niszczyć. I tu pojawia się kino z obrazami wszelkiej maści katastrof. Ich bezkarna i bezpretensjonalna obserwacja dostarcza widowni specyficznego uczucia – rozładowuje napięcie, oswaja z lękiem.

Godzilla, czyli gigant o aparycji prehistorycznego gada, na destrukcji zna się jak mało kto. Niejeden statek przecież zatopił, niejeden budynek zburzył. Jego pochód zniszczenia trwa zresztą do dziś – filmy z jego udziałem produkowane są nieprzerwanie. Nie bez powodu okrzyknięty został najsłynniejszym potworem w historii kina, którego sława przypieczętowana została nawet gwiazdą na hollywoodzkiej alei. Godzilla to popkulturowy fenomen, zbudowany na bazie kilkudziesięciu filmów i nieco mniejszej, acz równie imponującej bazie książek, seriali telewizyjnych, gier komputerowych oraz komiksów. Każda legenda ma jednak swój początek. By lepiej poznać gigantycznego jaszczura, musielibyśmy przenieść się do roku 1954. Wtedy właśnie powstał pierwszy film z serii.

Ishirô Honda oraz Eiji Tsuburaya. To duet twórców odpowiedzialnych za powołanie do życia Godzilli. Mowa oczywiście o reżyserze oraz specu od efektów specjalnych. Pierwszy miał ideę, a drugi znał sposób, by ją plastycznie zademonstrować. Połączenie ich sił dało spektakularny efekt. Honda, absolwent Akademii Sztuk Pięknych, we wstępnych etapach swej kariery filmowej współpracował z Akirą Kurosawą, od którego uczył się rzemiosła. Dopóki nie powstała Godzilla, zachodni świat kojarzył kinematografię japońską głównie za sprawą filmów Kurosawy. Honda to zmienił, czyniąc Godzillę, w momencie realizacji, najdroższym filmem w historii japońskiej kinematografii, a za sprawą sukcesu – najbardziej rozpoznawalnym na świecie tworem japońskiej kultury popularnej. Lecz, co ciekawe, inspiracja przyszła ze świata zachodniego.

Bestia z głębokości 20.000 sążni – film z 1953 tak bardzo spodobał się japońskim producentom, przedstawicielom słynnej wytwórni Toho, że postanowili przełożyć jego idee na własną modłę. Zatrudniono pisarza sci-fi – Shigeru Kayama – by stworzył opowieść, która miałaby stanowić podstawę dla scenariusza. Jego napisaniem wkrótce zajął się sam Honda wespół z Takeo Muratą. Imię potwora – „Gojira” – jest zlepkiem japońskich słów gorira i kujira, oznaczających goryla oraz wieloryba. Pierwotnie bowiem tak właśnie miał wyglądać potwór – miał bardziej przypominać współczesne zwierzęta, a jego chęć destrukcji miała być spowodowana poszukiwaniem pożywienia (oraz… dziewicy). Według innego z planów miał być gigantyczną ośmiornicą. Ostatecznie jednak, idąc za myślą Bestii z głębokości 20.000 sążni, postawiono na prehistorycznego gada, którego wygląd jest wynikiem połączenia trzech dinozaurów – tyranozaura, iguanodona oraz stegozaura – w jedno ciało.

Imię potwora – „Gojira” – jest zlepkiem japońskich słów gorira i kujira, oznaczających goryla oraz wieloryba.

Efekty specjalne zamieniły koncept w materię. Choć w Hollywood bardziej popularna była animacja poklatkowa (zastosowana chociażby w King Kongu), w Japonii nikt nie znał się na niej na tyle dobrze, by z jej możliwości skorzystać. Dlatego Tsuburaya do ożywienia potwora wykorzystał technikę suitmation, polegającą na przebraniu aktora w kostium (swoją drogą, ponoć w kostiumie Godzilli było tak gorąco, że aktorowi znajdującemu się w jego wnętrzu zdarzyło się zemdleć). Ponadto do dziś bardzo realistyczny efekt bije od miniaturowych dekoracji, które zostały stworzone po to, by potwór miał co widowiskowo burzyć. Wiśnią na torcie był oczywiście ryk Godzilli, czyli bodaj najbardziej charakterystyczny efekt dźwiękowy filmu. Choć wydawać by się mogło, że powstał na skutek zmiksowania głosów różnych zwierząt, to jednak przez lata strzeżona prawda okazała się być o wiele bardziej prozaiczna – przeszywający ryk jest niczym innym jak nasączoną w żywicy rękawicą, pocieraną o struny kontrabasu.

Ostatnio dodane