Fantastyczny cykl

FLASH GORDON (1980)

Największą zaletą filmu Hodges’a jest zatem to, że jako kolorowa space opera, jest w pełni świadoma niedorzeczności kostiumy, w jakim pojawiła się na baliku przebierańców.

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Definicja kampu

Humor i erotyzm wpływające na tonację. Pstrokatość, surrealizm i kamp określające stylistykę. Playboy z rozkładówek dla kobiet – Sam J. Jones – oraz Max von Sydow i Timothy Dalton widoczni na pierwszym planie. Wiśnia na torcie tego kolorowego tortu? Zespół Queen z niezapomnianą ścieżką dźwiękową. To jednak nie jedyne wyróżniki Flasha Gordona, kultowego filmu science fiction z 1980.

Dzisiejsze filmowe adaptacje komiksów przyzwyczaiły nas do tego, że o tym, co nierealne i groteskowe, mówi się w taki sposób, jakby było częścią naszego świata. Wszystko musi mieć swoje uzasadnienie, swoją przyczynowość. We Flashu Gordonie ekranowy komiks ma okazję realizować swoje stereotypowe znaczenie – bycia na poły naiwną, na poły szaloną formą ucieczki do fantastycznej przestrzeni fabularnej. Tak rozumiano tę sztukę i tak ją kiedyś adaptowano.

Planował tego dokonać chociażby George Lucas, ale gdy dowiedział się, jak drogie jest wykupienie praw do adaptacji słynnego komiksu, zdecydował się stworzyć coś autorskiego. I tak powstały Gwiezdne wojny.

Flash Gordon, komiks stworzony przez Alexa Raymonda w 1934, obok przygód Bucka Rogersa uznawany jest za żelazną klasykę space oper – podgatunku SF, którego założeniem jest ukazanie fantastycznych przygód herosa, dziejących się w kosmosie.  Z uwagi na swoją popularność Flash Gordon na przestrzeni lat zamieniał się w telewizyjny serial – aktorski lub animowany. W latach 70. postanowiono jednak stworzyć pełnometrażową adaptację kinową. Planował tego dokonać chociażby George Lucas, ale gdy dowiedział się, jak drogie jest wykupienie praw do adaptacji słynnego komiksu, zdecydował się stworzyć coś autorskiego. I tak powstały Gwiezdne wojny, które skradły publikę adaptacji Flasha Gordona, gdy ta już powstała.

Film wyprodukował Dino De Laurentiis, legendarny włoski producent lubujący się w fantastycznych widowiskach. Spod jego ręki ręki wyszły takie filmy jak King Kong (1976), Conan Barbarzyńca czy Armia Ciemności. Ale był on także producentem filmów Federico Felliniego – m.in. La Strady. Co ciekawe, słynny włoski twórca brany był pod uwagę w charakterze reżysera przygotowywanego Flasha Gordona. Choć nie udało się go ostatecznie zaangażować (można tylko przypuszczać, jak ciekawie wypadłby rezultat tej współpracy), jego duch jest obecny w projekcie, ponieważ w filmie popis swoich możliwości zaprezentował długoletni współpracownik Felliniego – Danilo Donati, czego obrazem jest surrealistyczna oprawa wizualna, zgodna z komiksową wizją.

Na stanowisko reżysera było jeszcze kilku innych kandydatów (m.in. Sergio Leone), ale ostatecznie stanęło na Mike’u Hodgesie (Dopaść Cartera, Omen II). Z obsadzeniem roli tytułowej było zresztą podobnie – stanęło ostatecznie na mało znanym przez kinomanów, ale lepiej przez czytelników magazynu „Playgirl” modelu Samie J. Jonesie, który wyglądał, jakby został wycięty z kart komiksu, choć do roli startowali także Kurt Russell i Arnold Schwarzenegger. Reżyser po latach wspomina, odnosząc się do licznych problemów produkcyjnych filmu, że do dziś jest on jedynym improwizowanym filmem, który zdołał zarobić 27 milionów dolarów. Twórcy nie byli zadowoleni z rezultatu końcowego. Film zbierał głównie mało przychylne recenzje. Obsada miała podpisane kontrakty na serię filmów osadzoną w tym świecie, ale nie zdecydowano się na kontynuowanie historii (inaczej ma się sprawa z ewentualnym remakiem, który od lat jest w planach producentów). Można tylko przypuszczać, że jeśli do premiery filmu doszłoby przed Gwiezdnymi wojnami, wówczas jego odbiór byłby zupełnie inny. Ale umówmy się – Flash Gordon to w konsekwencji zupełnie inna liga. Na czym więc polega jego wyjątkowość?

Po latach film i tak doczekał się statusu dzieła kultowego, do czego humorystycznie nawiązano w komedii Ted z 2012. Wielu krytyków przyznaje, że właśnie dla takich filmów jak Flash Gordon powstało pojęcie grzesznej rozkoszy (ang. guilty pleasure). Widowisko w całości stoi bowiem kampem, czyli takim środkiem wyrazu, który twórczo bawi się tym, co powszechnie uznawane jest bycie częścią złego gustu. Naprawdę potrzeba zatem osobliwego zmysłu estetycznego lub wyrobionej tolerancji na stylistyczny wygłup, by zaakceptować tę wizualną i narracyjną karuzelę zaprezentowaną w filmie Hodgesa. A to potrafi inspirować – mnie np. wystarczy jeden rzut oka na kolorystykę Strażników Galaktyki czy trzeciego Thora, by wiedzieć, do czego nawiązują.

Nawiasem mówiąc, reżyser zapowiadanego od lat remaku Flasha Gordona, Matthew Vaughn, przyznał w niedawnym wywiadzie, że jeżeli film ostatecznie nie zostanie zrealizowany, to będzie to wynikać z tego, iż wspomniane wyżej filmy pokazały dokładnie to, co mogłoby w takowym remaku się znaleźć.

Surrealistyczne dekoracje oraz psychodeliczna kolorystyka, poprowadzone technologią Todd-A0, sprawiają wrażenie, że wszystko, z czym mierzymy się, oglądając Flasha Gordona, przywodzi na myśl senne marzenie. Dlatego bardzo trudno traktować całość poważnie. Na szczęście zawrotne tempo filmu nie pozwala nawet zastanowić się nad fabularnym nonsensem, w którym ziemski futbolista powstrzymuje niszczycielskie oraz erotyczne zakusy Imperatora wszechświata. Ten brak czasu na oddech był, jak mniemam, w pełni celowym działaniem twórców.

Największą zaletą filmu Hodgesa jest zatem to, że jako kolorowa space opera jest w pełni świadoma niedorzeczności kostiumu, w jakim pojawiła się na balu przebierańców. W ten właśnie sposób wszelkie filmy stają się kultowe. Bo emanują dystansem i skupiają się na samym udziale w przygodzie, bez względu na wątłość celu oraz obecność innych słabostek, istotnych z punktu widzenia kompozycji, ale nie emocji samych w sobie.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane