Fantastyczny cykl

EQUILIBRIUM (2002). 15 lat od premiery

Kicz, wtórność, czytelne przesłania i rewelacyjne sceny akcji. Oto przepis na kino fanowskie.

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Zabójcy uczuć

Zastanawia was, jak wyglądałoby filmowe połączenie Roku 1984 i 451 stopni Fahrenheita, przyprawione akcją rodem z Matriksa? Tak się składa, że kino zna przykład takiego połączenia. Nosi tytuł Equilibrium. W grudniu minie już piętnaście lat od jego premiery. Jak go pamiętamy?

Rok 2072. Ludzkość jest po trzeciej wojnie światowej i nie ma najmniejszej ochoty na czwartą. Ta mogłaby bowiem dokonać nieodwracalnych zniszczeń. W celu zapobieżenia przyszłemu rozlewowi krwi naukowcy opracowują lek o nazwie Prozium, którego nadrzędnym zadaniem jest tłumienie negatywnych emocji – uznanych za główne źródło konfliktów. Obywatele Librii – futurystycznego miasta-państwa – muszą bezwzględnie każdego dnia zażywać dawkę leku. A to z kolei prowadzi do stopniowego ujednolicenia społeczeństwa (z angielskiego słowo equilibrium oznacza równość).

Czuwać nad tym procederem ma ręka władzy, Tetragrammaton, którego członkowie nazywani są potoczni Klerykami. Na czele instytucji stoi sam Ojciec (czytelny odpowiednik Wielkiego Brata) wraz ze swym zastępcą, Konsulem. Historię śledzimy z perspektywy wybitnie praworządnego Kleryka, Johna Prestona (w tej roli Christian Bale, czerpiący wówczas z siły oddziaływania kreacji z American Psycho), który pod wpływem śmierci kolegi z pracy postanawia odłożyć ampułki z lekiem na bok. Z dnia na dzień spływa do niego coraz więcej emocji, zaczyna dostrzegać to, na co wcześniej był ślepy, świat w jego oczach staje się barwny i piękny… I za to właśnie będzie musiał zginąć.

Science fiction ma to do siebie, że pod płaszczykiem fantastycznej wizji potrafi sprzedać opowieść o charakterze uniwersalnym, pełniąc przy tym role paraboli. I tak jest właśnie z Equilibrium.

Idea filmu, zgodzicie się, brzmi intrygująco. Ale w swoim założeniu jest też wyjątkowo absurdalna. Bo umówmy się co do jednego: nie trzeba być światowej sławy psychologiem, by wiedzieć, że ludzkie emocje są o wiele bardziej złożonym stanem, niż przedstawiono to w filmie. Dość powiedzieć, że widoczna w Librii architektura (notabene wzorowana na projektach Hugh Ferrissa, słynnego dwudziestowiecznego artysty, na podstawie prac którego powołano też Gotham City), także musiała przecież zostać zaprojektowana przy udziale odpowiednich pokładów wrażliwości. Ale mam wrażenie, że od samego początku nie o realizm w tej historii chodziło. Science fiction ma to do siebie, że pod płaszczykiem fantastycznej wizji potrafi sprzedać opowieść o charakterze uniwersalnym, pełniąc przy tym role paraboli. I tak jest właśnie z Equilibrium – filmem, którego nie należy brać na poważnie, jeśli chce się wyciągnąć to, co najważniejsze.

Takie też założenie najpewniej przyświecało Kurtowi Wimmerowi, reżyserowi i zarazem scenarzyście filmu. Owszem, trudno z dystansem i umownie traktować coś, co przez większość czasu zachowuje wysoką powagę – bo jeśli miałbym coś zarzucić Equilibrium, to to, że swoją tonacją nie da po sobie poznać, iż tak naprawdę pełni rolę historii kompletnie wydartej z naszej rzeczywistości (wbrew temu, co sugeruje narrator), funkcjonującej gdzieś na poziomie świata równoległego, alternatywnego do tego, który widzimy za oknem (bo choć reżyser w kilku miejscach stara się to nawet zasugerować – m.in. nie stawiając na rozwój technologii – to jednak jest to zbyt trudno dostrzegalne).

Equilibrium to przede wszystkim klasyczna antyutopia, która służy temu, by podywagować, jak wyglądałoby hipotetyczne społeczeństwo przy narzuceniu mu nowego, doskonalszego narzędzia kontroli. A biorąc pod uwagę, że w grę wchodzi wstrzymanie naturalnych procesów emocjonalnych, twórcy reżimu i tym razem muszą ponieść porażkę. Zadaniem widza nie jest z kolei wypunktowywanie logicznych nieścisłości antyutopijnej wizji, a zrozumienie osobliwości, jaką ta, przy użyciu hiperboli, chce podkreślić. A w tym wypadku wnioski są dość oczywiste, acz niezmiennie ważne: człowiek potrzebuje wolności nie tylko z punktu widzenia przestrzennego, ale także, albo przede wszystkim, w sferze własnej myśli, a już tym bardziej emocji. To one bowiem nadają sens naszej egzystencji, nadają jej kolorów, co podkreśla jedna z bohaterek filmu słowami kierowanymi do Prestona:

Bez miłości oddech to tylko tykanie zegara.

W ten z założenia antyemocjonalny film Kurt Wimmer wsadził jednak dużo serca. Co ciekawe, najwięcej widać to w scenach akcji. Niewielu wie, że specyficzny sposób walki i poruszania się podczas strzelania z pistoletu, uprawiany przez Kleryków, został w całości powołany przez reżysera. Żeby było śmieszniej, idea nowej sztuki walki – nazwanej gun kata – została opracowana przez Wimmera w jego ogródku. Założenia gun kata, czerpiącej z japońskich sztuk walk takich jak aikido czy kendo, mają za zadanie uczynić z pistoletu broń totalną dzięki maksymalnej sile rażenia wymierzonej w maksymalną liczbę przeciwników. Wimmer jednak spierał się z choreografem walk Jimem Vickersem o to, jak mają wyglądać poszczególne starcia. Podczas gdy reżyser stawiał na łagodność i płynność ruchów, choreograf upierał się, by walki zaprezentowane zostały w zdecydowanie bardziej dosadny sposób. Musieli jednak pójść na kompromis – scenariusz postawił bowiem przed głównym bohaterem nie lada wyzwanie – zabicie, bagatela, stu osiemnastu postaci.

Preston z zadania, jak wiemy, wywiązuje się wzorcowo, czym… zapisał się w historii kina jako jeden z najbardziej skutecznych i samodzielnych zabójców.

Nie wszyscy jednak zdołali docenić serce, jakie reżyser włożył w film, pisząc do niego scenariusz – luźno posługując się motywami z literackich klasyków gatunku – oraz projektując nawet na jego potrzeby oryginalną sztukę walki. Krytycy do dziś wieszają na filmie psy (na Rotten Tomatoes wyróżnia go niechlubne 38% pozytywnych recenzji), wytykając mu wtórność oraz bijący z ekranu nonsens (choć, co ciekawe, sam Roger Ebert dał filmowi trzy z czterech możliwych gwiazdek, doceniając go za to, że ma znacznie więcej głębi niż wiele podobnych mu kombinacji SF z efektami specjalnymi). W projekt najwyraźniej nie wierzyło też samo studio Miramax, odpowiedzialne za jego dystrybucję. Film nie zarobił worka pieniędzy – całościowy wpływy to raptem około pięciu milionów dolarów. Ale przyczyna leży w tym, że kopia filmu trafiła do ograniczonej liczby kin. Dwudziestomilionowy budżet filmu zwrócił się już na etapie sprzedaży zagranicznych licencji, dlatego studio nie chciało podejmować większego ryzyka.

Nie przeszkodziło to jednak w tym, by film trafił do publiki i się jej spodobał – zwłaszcza tej geekowskiej. I chyba taki był też cel reżysera – zaadresować widzowi swe ambitne, acz ujęte w ciekawej, lekkiej formie przemyślenia, a nie krytykowi, gatunkowemu znawcy, którego odbiór wypaczony jest licznymi porównaniami. Zresztą Wimmer na wieść o krytycznych ocenach obecnych w recenzjach Equilibrium odpowiedział skrzętnie, całkowicie bagatelizując powagę sytuacji:

Dlaczego miałbym robić film dla kogoś, z kim nie chciałbym się bawić? Czy kiedykolwiek spotkałeś krytyka, z którym można się bawić? Bo ja nie.

I w tym właśnie rzecz. By z Equilibrium umieć po prostu czerpać radość, rozumiejąc jednocześnie zasady konwencji dostarczającej nam całkowicie nierzeczywisty świat, napędzany jednak rzeczywistymi prawidłami.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane