Action Collection

TANGO I CASH. Inspektor pomada, sierżant dzikus i narkopalant od łaciatych szczurów

Autor: Odys Korczyński
opublikowano

Gdyby w tym filmie grał tylko Kurt Russell, uznałbym, że to jakiś klon Ucieczki z Nowego Yorku Carpentera. Może przez stylistykę zdjęć Donalda E. Thorina, a także opuszczone, nieco postapokaliptyczne plenery, gdzie nakręcono kluczowe dla akcji sceny. Wiem jednak, że tak nie jest. Nie podziwiam ani świetnego Russella uciekającego z Big Apple, ani rewelacyjnego obrazu Andrieja Konczałowskiego pt. Uciekający pociąg. Za to oglądam gwiazdorskie kino akcji z elementami komedii w stylu Zabójczej broni. Co ciekawe, wyszło ono spod ręki reżysera Syberiady. Nie ma w tym filmie żadnych patetycznych przemówień, skomplikowanych rozkmin na temat polityki i społeczeństwa, skłóconych wewnętrznie charakterów, ani zbyt inteligentnych policjantów. Jednym słowem, jest typowa, amerykańska sensacja z przymrużeniem oka, jaką na przełomie lat 80. i 90. Amerykanie umieli doskonale robić. No i właśnie dlatego za każdym razem, kiedy oglądam Tango i Cash, świetnie się bawię.

Akcja filmu Tango i Cash zbudowana jest na kanwie znanej i starej techniki negocjacyjnej dobry i zły glina

Film Konczałowskiego jest właściwie kinem akcji, a nie sensacyjną odmianą filmu fabularnego. W dzisiejszych czasach ten podział nieco się już zatarł. Zasadnicza różnica polega na wysyceniu produkcji środkami wyrazu typu pościgi samochodowe, bijatyki, strzelaniny i wszelkie inne sceny, gdzie potrzebni są kaskaderzy. Filmy sensacyjne kręcone przed 1980 rokiem zawierały w sobie zdecydowanie mniej rozwałki, a więcej dialogów między postaciami. Suspens opierał się na interakcji aktorów, a nie sukcesywnym niszczeniu wszystkiego, co popadnie, wybuchach i odgłosach strzałów fantastycznie przekraczających pojemność magazynków. A zresztą. O jakim w ogóle suspensie mówimy, gdy chodzi o Tango i Cash?

Akcja zaczyna się niemal od pierwszych minut. Zbudowana jest na kanwie znanej i starej techniki negocjacyjnej „dobry i zły glina”. Postacie Ray’a Tango (Sylvester Stallone) i Gabriela Casha (Kurt Russell) są na tyle sprytnie zaprezentowane, że zupełnie nie ma się pretensji o te wszystkie nieścisłości i dziury w fabule. Bo np. trudno wytłumaczyć, jak to się dzieje, że wypomadowany Tango ma środki i czas aż tak dbać o siebie, jednocześnie być intelektualistą i jeszcze pracować jako gliniarz. Uwzględniam oczywiście to, że służy w snobistycznym Beverly Hills. Zresztą nawet w filmie jego koledzy również są nieco zdziwieni jego glancusiowatym wizerunkiem. Wygląda na takiego, co według tych z Wydziału Wewnętrznego musi brać w łapę. W filmie jest jednak czysty jak łza, a dodatkowo uparcie regulaminowy i prawy. Pozornie same więc sprzeczności.

Na drugim końcu miasta funkcjonuje jego kompletne przeciwieństwo. Cash to nieokrzesaniec, brutal, niechluj i dzikus. Jego wygląd jest w pewnym sensie odbiciem sytuacji rodzinnej. Jak sam twierdzi – stosunki z matką jego dziecka ograniczają się do pobierania przez nią alimentów. Można przypuszczać, że same kontakty z owocem ruchów jego lędźwi wyglądają podobnie, więc są w opłakanym stanie. Samotny Cash ucieka więc w pracę na ulicy. Znęca się nad zatrzymanymi, bez skrupułów wyciągając z nich informacje. Jest skuteczny, chociaż zachowuje się jak kontrowersyjny frustrat.

Pomysł zestawienia tych dwóch sprzecznych indywidualności to strzał w dziesiątkę, trochę jednak spóźniony, bo dwa lata wcześniej Richard Donner w Zabójczej broni stworzył już duet Glover-Gibson. Tamci zebrali większość poklasku, chociaż stylistycznie film Donnera wypadł gorzej. Mam tu na myśli głównie scenografię i zdjęcia. Konczałowski jakoś szczęścia do amerykańskich nagród nigdy nie miał, a więc ominęły go również komercyjne sukcesy, co nie znaczy, że nie potrafił zrobić niezłego kina akcji.

Dwóch dowcipnie kłócących się policjantów musiało jeszcze zostać dopełnionych przez szalonego antagonistę. Został nim Yves Perret. W tej roli aktor z kosmicznym wręcz potencjałem w odgrywaniu szaleńców, czyli Jack Palance. Paradoksalnie to najsłabszy element filmu. Niedopracowany niemal jak intryga wrobienia Tango i Casha w zabójstwo agenta FBI.

Yves Perret, narkotykowy boss, wielbiciel łaciatych szczurów za wszelką cenę udaje przebiegłego. Otaczają go i pieniądze, i bardzo niebezpieczni, lecz oddani ludzie. Na Tango i Casha to mimo wszystko zbyt mało. Właśnie tak potężny boss powinien wiedzieć, że radykalne usunięcie takich „legendarnych” policjantów wyszłoby znacznie opłacalniej niż kombinacje z fabrykowaniem intrygi, procesem sądowym, dziwnie niedociekliwymi mediami i akcją w więzieniu. Skoro i tak Perret ma możliwości przekupienia nawet FBI, to czemużby miał się przejmować tym, że kiedy Tango i Cash zostaliby skrytobójczo zamordowani, z legend stali by się męczennikami. To myślenie tak naciągane, że aż boli. Jaka różnica czy usunąć ich na służbie, czy w więzieniu? Zostawmy lepiej ten wątek, bo legenda filmu upadnie.

Ostatnio dodane