Action Collection

ACTION COLLECTION #2. Peacemaker – 20 lat od premiery

Autor: Tekst gościnny
opublikowano

Autorem tekstu jest Tadeusz Skarbek.

W 1994 roku Steven Spielberg, Jeffrey Katzenberg i David Geffen powołali do życia firmę DreamWorks. Słynny reżyser w nowo założonej wytwórni miał się zająć produkcją filmów fabularnych z aktorami, szefujący do tej pory studiem Walta Disneya drugi z założycieli objął oczywiście pieczę nad animacjami, a trzeci z nich – nad oddziałem muzycznym. Branżowa prasa szybko ochrzciła ich mianem trzech tenorów, a panowie ochoczo zabrali się do rozkręcania wspólnego przedsięwzięcia pod kątem biznesowym i rozwijania przyszłych, potencjalnie zyskownych projektów.

Na pierwsze rezultaty DreamWorks SKG (inicjały pochodzą od nazwisk współzałożycieli) na polu kinowej produkcji przyszło wszystkim poczekać aż do 1997 roku. I nie był to, jak początkowo przypuszczano, film twórcy Parku Jurajskiego i Listy Schindlera. Taki obraz zawitał na srebrne ekrany dopiero pod koniec roku (Amistad), wcześniej natomiast miała premierę kontynuacja przeboju sprzed czterech lat o dinozaurach, zrealizowana przez Amblin dla Universal (Zaginiony świat: Jurassic Park), także wtedy trwały już intensywne prace nad Szeregowcem Ryanem, koprodukowanym właśnie przez to nowe studio wśród wielkich graczy Hollywood oraz Paramount.

Zaś pierwszym oficjalnym pełnometrażowym filmem DreamWorks był Peacemaker, któremu właśnie stuknęło 20 lat (uroczysta premiera w USA odbyła się 23 września, do szerokiej dystrybucji trafił trzy dni później, a polscy widzowie musieli na niego poczekać niewiele dłużej, bo do 7 listopada). Na pierwszy rzut oka ów debiut – jak na początek działalności świeżo utworzonej platformy rozrywkowej, mającej ambicje konkurowania z największymi – może się wydać wyborem dość nieoczywistym i dalekim od wcześniejszego dorobku reżyserskiego i producenckiego Stevena Spielberga, do tego ryzykownym pod względem ewentualnych zysków (filmowi przyznano kategorię wiekową R: for strong violence and some language). Jednak po bliższym zapoznaniu się z osobami zaangażowanymi w powstanie Peacemakera, większość wątpliwości zostaje szybko rozwiana, na szczęście z pożytkiem dla samego widza, przynajmniej tego, który tęskni za wysokooktanowym kinem akcji z lat 90. ubiegłego wieku.

Ale po kolei. Początek filmu zrealizowany jest według prawideł mistrza Hitchcocka. W Rosji dochodzi do brzemiennej w skutkach katastrofy kolejowej z udziałem dwóch pociągów: pasażerskiego i wojskowego, przewożącego głowice nuklearne. Z tego ostatniego zostaje wykradziona broń masowej zagłady, a wybuch jednej z atomowych bomb na bezkresnych połaciach dawnego ZSRR ma zatuszować ten niecny proceder i obarczyć winą niekompetentnych dowódców będącej w stanie rozkładu armii rosyjskiej. Przenosimy się do Stanów Zjednoczonych. Tam, w specjalnej komórce przy Białym Domu, sztab antykryzysowy z niepokojem obserwuje wydarzenia w dawnym supermocarstwie. Szefowa działu, analityk doktor Julia Kelly (Nicole Kidman), wysuwa teorię, wedle której był to akt terrorystyczny, a jego sprawców nie da się raczej szybko zidentyfikować. Do pomocy w ustaleniu przebiegu całego zajścia i przeprowadzenia śledztwa zostaje jej przydzielony podpułkownik Thomas Devoe (George Clooney), podzielający akurat zdanie Kelly. Po błyskawicznej weryfikacji najważniejszych faktów stwierdza, że było to celowe działanie, za którym prawdopodobnie stoi generał Aleksandr Kodoroff (rosyjski aktor Aleksandr Baluev). Oboje udają się do Wiednia na spotkanie z oficerem wywiadu rosyjskiego i bliskim przyjacielem Toma, pułkownikiem Dimitrim Vertikoffem (jak zwykle solidny Armin Mueller-Stahl), będącym w stanie naprowadzić ich na właściwy trop.

Tak mniej więcej rysuje się pierwszy akt Peacemakera, a dalej czeka nas jeszcze kilka fabularnych niespodzianek (kto tak naprawdę jest mózgiem całej operacji terrorystycznej i jakie są motywy jego działania) oraz widowiskowych sekwencji pościgów i strzelanin, umiejętnie wkomponowanych w szkielet tegoż szpiegowskiego thrillera akcji.

Koloryt tamtejszych miejsc przydał filmowi tylko większego autentyzmu.

Producentami z ramienia DreamWorks zostali Walter Parkes i Branko Lustig (pojawia się też w epizodzie jako mężczyzna z pudlem w windzie w finale filmu). Ten pierwszy przez wiele lat, wspólnie z żoną Laurie MacDonald, szefował Amblin, gdzie pod jego nadzorem powstały Twister (1996), Faceci w czerni (1997), Dzień zagłady (1998) i Maska Zorro (1998) (ich producentem wykonawczym był Steven Spielberg), a później także walnie przyczynił się do powstania Gladiatora (2000) i wielu obrazów, które wyszły spod ręki autora Szczęk. Lustig, urodzony w 1932 roku w Chorwacji, razem ze Spielbergiem zdobył Oscara za najlepszy film 1993 roku (Lista Schindlera), kolejną statuetkę przyznano mu za epicki fresk o starożytnym Rzymie Ridleya Scotta, z którym udanie kontynuował współpracę w kolejnych latach. Zatem były to osoby na właściwym miejscu, zdolne do właściwego pokierowania całym przedsięwzięciem od strony finansowej i logistycznej.

Zdjęcia powstawały m. in. w Nowym Jorku, Macedonii (tam nakręcono choćby katastrofę kolejową) i Słowacji (Bratysława udawała Wiedeń, a wnętrza stadionu hokejowego, po uprzednich zabiegach scenograficznych, Biały Dom), między 29 maja a 16 września 1996 roku. Warto nadmienić, że doświadczenie Branko Lustiga w kręceniu we środkowo-wschodniej i południowej Europie i jego korzenie bałkańskie (ten geograficzny trop ważny jest dla samej opowieści, o czym więcej w dalszej części tekstu), okazały się niemałym atutem, a koloryt tamtejszych miejsc przydał filmowi tylko większego autentyzmu.

Ostatnio dodane